Społeczeństwo

Edwin Harmata: Złoty środek


12 kwietnia 2017 o 20:24   /   komentarzy (0)

Pewien mądry starzec w starożytnej Grecji spośród monolitu swej mądrości wykuł etyczną zasadę złotego środka. Próbował przekazać nam element swoich przemyśleń i sprawić, by na ziemi żyło się lepiej. Odkrył, że nie można popadać zarówno w zbyt rygorystyczne podejście moralne jak i w zbyt liberalne uleganie żądzom i pragnieniom. My dziś, pomimo znajomości postaci Arystotelesa oraz jego postulatów, nadal rękoma i nogami zapieramy się przed jego mądrością i wnioskami z niej płynącymi. A jak one mają się do problemów współczesnego świata?

Po kilku tysiącach lat od śmierci Arystotelesa, a mianowicie przeszło dwóch, na świat przyszedł kolejny wielki filozof – Jan Mosdorf. Swoim przenikliwym i dalekosiężnym wzrokiem już przed rozpoczęciem II wojny światowej potrafił przewidzieć największy problem dzisiejszej Europy – migracje. We „Wczoraj i jutro” dał nam receptę na współczesny problem z emigrantami z krajów wschodnich oraz jej etyczne uzasadnienie, które z pewnością jest nie w smak demoliberalnym politykom i mediom. Nim jednak przejdziemy do gruntownej analizy tematu retoryki proimigracyjnych polityków, powinniśmy najpierw określić ich główne argumenty i sposoby racjonalizacji przyjętego poglądu.

Pierwszym i naczelnym argumentem, wbrew zasadom erystyki, jest argument emocjonalny. Żaden z postępowych polityków nie stawia argumentu merytorycznego i logicznego ponad emocjonalny w kwestii imigracji. Inteligentni słuchacze, którzy zostają obdarowani na dzień dobry argumentem emocjonalnym, czują się nieomal, jak gdyby dostali siarczysty policzek. Oto mówca wybrany przez dużą część obywateli swojego kraju, zamiast trafiać do ludu poprzez swoją mądrą, prawdziwą i piękną przemowę, ucieka się do taniej manipulacji sumieniami widzów. Następnie, niczym jego cień, media podchwytują tanią sensację i poprzez rzewnie ukazane zdjęcia cierpiących umacniają siłę jego przekazu. Przed prawymi obywatelami i wszystkimi ludźmi dobrej woli pojawia się w takim momencie opcja wyboru: albo pokazać, jak bardzo współczujemy ofiarom i przyklasnąć politykowi, albo okazać się bezdusznym sukinsynem niewrażliwym na cierpienia innych. Truizmem byłoby stwierdzenie, że większość osób będzie zmuszona postąpić zgodnie z mechaniką konformizmu. Niemniejszym truizmem jest jednak stwierdzenie, że będą oni dążyli do udowodnienia swojej racji poprzez racjonalizowanie. Stoimy więc w tłumie ludzi i słyszymy, jak polityk pyta ogół: co, gdybyśmy stali na miejscu tych imigrantów? Czy nie oczekiwalibyśmy pomocy? Czy chcielibyśmy ujrzeć przed sobą zamknięte granice i straż graniczną celującą do nas z broni automatycznej? Chcielibyśmy w tej sytuacji krzyknąć do tego tłumu naszych rodaków, którzy ulegają tej manipulacji, że z tego zdania nic nie wynika. Że nie mamy żadnego interesu, żeby wpuszczać do naszego kraju obcych ludzi w ogromnych ilościach. Jakże jednak brzmi poszukiwanie interesu w obliczu cudzej krzywdy? Stawia nas w pozycji niemoralnej, kneblując usta wobec wszystkich świętych, którzy krzyczą głosem demoliberalnej polityki „refugees welcome”. Najgorszym jednak faktem ze wszystkich jest ten, że nie możemy jednoznacznie potępić ludzi, którzy w tę retorykę wierzą, bowiem większość z nich, posiadając wybitne sumienia, nie posiada na tyle wybitnego intelektu, by przejrzeć oszustwo. Pozostajemy wobec tego po jednej stronie z Narodem i jednocześnie przeciw jego zmanipulowanej części. Nie życzymy jednak tym ludziom źle, a wręcz modlimy się o ich zdolność do przejrzenia na oczy.

Drugim argumentem, którym posługują się politycy, jest „ubogacenie kulturowe”. Ma on pełnić rolę argumentu merytorycznego. Co prawda badania udowadniają istnienie zjawiska synergii w grupach złożonych z różnorodnych osób, czego nie zaobserwujemy w grupach jednorodnych, jednak większość osób, które stosują tę retorykę, pomija fakt, że do wystąpienia zjawiska synergii w różnorodności potrzebne są ścisłe, niemal sterylne, warunki psycho-społeczne. Potrzebna jest doskonała organizacja i w jednej niewielkiej grupie potrzebnych jest przynajmniej trzech liderów, którzy będą nadawali kierunek rozwoju i działań grupy. Dodatkowo, by grupa dobrze funkcjonowała, musi ona być kulturowo odpowiednio „zaprogramowana”. Przykładowo w kulturze japońskiej indywidualizm jest traktowany jako swego rodzaju nietakt, a w kulturze amerykańskiej widzimy tendencję przeciwną. Jeżeli zatem zrobimy z nich jeden zespół, to katastrofy możemy być niemal pewni.

Last, but not least, przytaczany jest argument logiczny, jakoby zgodne z moralnym obowiązkiem chrześcijanina i człowieka dobrego serca jest przyjąć uchodźców do swojego kraju. Oczywiście logika tego argumentu jest tyleż mocna, co głęboka. W końcu zgodnie z potocznym rozumieniem narzuconym poprzez rozumienie Boga w konwencji Jesus Christ Superstar, Jezus jest tożsamy z kolokwialnie i potocznie rozumianym dobrem. A zatem zamknięcie drzwi przed uchodźcą staje się czarnym wyborem w monochromatycznym świecie. Jeśli jednak spojrzymy na problem oczyma ludzi żyjących w XXI w., z potężnymi możliwościami intelektualnymi, to dostrzeżemy, że złożoność problemu jest większa. Jezus Chrystus nie był naiwny ani głupi. Był mądry na tyle, żeby ludzie przeszło dwa tysiące lat po jego śmierci i zmartwychwstaniu nadal uczyli się interpretować jego słowa. Nie możemy zatem traktować moralności zawartej w Biblii jako wskazówek dla ćwierćinteligentów w formie jednozdaniowych nakazów bądź zakazów na wzór Dziesięciu Przykazań. Otwarcie drzwi do rodzinnego domostwa, którym jest kraj dla narodu, nie jest po prostu przyjęciem kogoś w gościnę. Jest również ryzykiem, że ktoś, kogo wpuścimy, zabrudzi nam podłogę! No cóż, nie na takie wyrzeczenia zdobywaliśmy się dla bliskich. Gość może jednak być nieumyty i zepsuć nam powietrze w mieszkaniu! Też przetrwamy, w końcu Chrystus tego od nas oczekuje. W końcu jednak może to być osoba chowająca za plecami nóż, a w torbie Koran. Czy powinniśmy zatem sądzić, że Jezus nakazuje nam bierność w momencie zagrożenia naszych bliskich? Czy powinniśmy uważać, że sytuacja, kiedy ojciec obserwuje, jak jego rodzina jest mordowana, jest bliska sercu Zbawiciela?

Jan Mosdorf przewidział, że degeneracja świata zachodniego będzie postępować. Trafnie prognozował nadejście problemu migracji. Jednak rozumiał go na znacznie głębszym poziomie. Dostrzegł on pewną dziejową zależność. Narody popadają od spójnej jednolitości w niespójną różnorodność. Od totalnej i zastygłej w rozwoju monotonii do chaotycznej kakofonii, którą nie sposób kontrolować. Obecnie jesteśmy na etapie, gdy po monotonii II wojny światowej pełnej jednorodnych państw, przechodzimy do etapu totalnej kakofonii narodów. Wciąż zatem żyjemy w zaklętej pętli, którą dostrzegł Jan Mosdorf jeszcze przed wojną. Skoro zatem już wówczas był on w stanie swym przenikliwym wzrokiem dotrzeć do naszych czasów, może powinniśmy pochylić się i poświęcić nieco czasu na rozważenie proponowanej przez niego drogi do pokonania przeszkody. Tą drogą byłaby, jak na filozofa przystało, droga środka. Złotego środka. Celem narodu powinno być dążenie do spójnej różnolitości, która, niczym misterny fraktal lub kolorowy witraż, w swej mnogości elementów składowych, daje niesamowity efekt końcowy. Gdzie każdy element w swej indywidualności dąży do tego, by stworzyć z innymi elementami pewną wspólną całość.

Na zachodzie możemy obserwować niemal podręcznikowy przykład kakofonii, a my w Polsce nie stworzyliśmy jeszcze na tyle silnej kultury narodowej, byśmy sami stanowili element takiej mozaiki narodów. Tożsamość narodowa Polaków jest zbyt słaba, by nie uległa degeneracji przez czynniki obce kulturowo, więc strategią na najbliższe lata winno być nie poszukiwanie różnorodności, bo doprowadzi to do katastrofy, a raczej poszukiwanie ducha narodu polskiego i jego tożsamości. W zalewie medialnym, który głosi jedyną słuszną retorykę, musimy stanowić redutę, na której będzie załamywało się to morze naiwnej lub wrogiej nam polityki. Musimy próbować ze wszystkich sił powstrzymywać ster naszego narodu przed zwróceniem się zgodnie z prądami, które miotają obecnie światem zachodnim. Jeżeli wytrzymamy ten sztorm i uda nam się zachować obrany kurs, być może dane nam będzie ujrzeć zarys harmonii, o której marzył Jan Mosdorf, a której nie dane mu było dożyć.


EDWIN HARMATA
Student psychologii, biega w maratonach i trenuje kalistenikę.
W swojej publicystyce porusza tematy społeczne, w których kompiluje wiedzę z zakresu psychologii i idei narodowej, zgłębia zawiłości religii katolickiej i odnosi koncepcje filozoficzne do współczesnych wydarzeń.



Komentarze (0)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)