Kultura

Ultima ratio: „A kaz tyz ta Polska?” – wątki narodowowyzwoleńcze w „Weselu” Wyspiańskiego


11 października 2017 o 21:53   /   komentarzy (0)

„Wesele” należy niewątpliwie zaliczyć do dzieł moralnego niepokoju. Już Norwid zżymał się, że my Polacy, zamiast polegać na doświadczeniu fachowców, od wszystkiego mamy „wieszczów”, którym ślepo ufamy. O ile cecha ta przebija się negatywnie w zachowaniu współczesnych „salonów”, których członkowie nie potrafią wyrazić własnego zdania, nie podparłszy się opiniami różnej maści „autorytetów”, „ludzi honoru” itp.,to jednak z drugiej strony na każde niemal wyzwanie natury społecznej pojawia się u nas odpowiedź w postaci dzieła literackiego, malarskiego, rzadziej muzycznego.

I tak problem walki narodowowyzwoleńczej opracowuje niemal cała twórczość epoki romantyzmu, od Dziadów i Konrada Wallenroda aż po Anhellego. Na kartach Faraona Bolesław Prus podejmuje kwestię budowy i funkcjonowania maszynerii państwowej – temat nad wyraz żywy w społeczeństwie poszukującym możliwości wybicia się na niepodległość. Z kolei Henryk Sienkiewicz w postaci Andrzeja Kmicica z Potopu zdaje się przemawiać do tych z Polaków, którzy zaprzedali się zaborcom. Tak jak on mogą powrócić na służbę narodu i odzyskać dobre imię. A był to ważny komunikat, bo w dobie braku suwerenności zawsze roi się od renegatów.

Nie mniej istotny jest przekaz „Wesela”, choć skryty za zasłoną powszedniej bieganiny i drobnomieszczańskich konwenansów. Kurtuazyjne wymiany zdań, chybione grzeczności, ksiądz który do spółki z Żydem stara się wydusić zaległe należności od wieśniaków, parobkowie ukradkiem umizgający się do druhen. Ot, zwyczajne wesele i nieistotne błahostki, którymi żył „Krakówek” doby fin de siècle. Jednak co chwila spod płaszczyka codzienności przebijają się sprawy ogromnie doniosłej wagi, warunkujące świadomość milionów – a to ktoś nieopatrznie wspomni ojca zamordowanego w rabacji galicyjskiej, a to obnaży wzajemną nieufność między chłopstwem a inteligencją.

Wystarczyło kilka nieopatrznych słów i gestów, by z odmętów podświadomości wypełzły widma w postaci osób dramatu, widma, o których nie zawsze chciano pamiętać. Panna Młoda, nierozważnie przyzywając niezwykłych gości, zapoczątkowała tym samym reakcję łańcuchową. W kolejnych scenach widzimy jak pęka zimna skorupa serc ludzkich, spod której tryska mickiewiczowska lawa, płonąca idealizmem i rządzą wielkich dokonań.

Widzimy jak duch Stańczyka w konfrontacji z Dziennikarzem obnaża marazm i pustkę programu konserwatystów galicyjskich, ubarwionego warstewką bogoojczyźnianego sztafażu:

„Myślisz – że się trupy odświeżą
strojem i nową odzieżą –
a ty z trupami pod rękę
będziesz szedł na Ucztę-mękę[?!]”

Dziennikarz, który do tej pory cynicznie lekceważył posłannictwo swej pracy (chciałoby się rzec podręcznikowy pracownik Gazety Wyborczej – takie wrażenie robią jego wypowiedzi na swój temat: „Usypiam duszę mą biedną i usypiam brata mego”, „Rzeczy serio nie ma, wszystko jest prowizoryczne[…]”), nagle pełen niezadowolenia z dotychczasowych osiągnięć zapałał poczuciem winy i tęsknotą za idealizmem i czystością lat młodzieńczych:

„Może się z mętów dobędzie człowieka;”
„[…]o Młodości, jakożeś daleko,
a to jeszcze wczora, prawie wczora…”
„[…] Czy my mamy prawo do czego?!!
Czy my mamy jakie prawo żyć…?”

I wtedy Poeta (kolejny bohater sztuki) będący adresatem tych gorzkich refleksji ujrzał obraz, o którym skrycie marzył od lat – majestatyczne i groźne widmo rycerza, który gwałtem wyrywa go z pajęczyny błahostek, dla których marnował swój talent z braku natchnienia. Rycerz ów, przywołujący wizję dawnej chwały, przemocą wciąga Poetę na służbę Polsce, rysując przed nim zapał i dzieła na miarę dawnych wieszczów:

„- A czy wiesz, czym ty masz być,
o czym tobie marzyć, śnić?[…]
– Słowo, Widmo gończe!
– Zwiastun!
– Głos jak marzeń moich piastun,[…]”

W tym momencie Poeta, wiedziony porywem serca woła:

„Potęga, wieczysta Potęga,
Moc nieprzeparta!![…]
poczułem na szyi arkan –
Polska to jest wielka rzecz[…]”

Jednak, spoglądając na majestat dawnej chwały, tym dobitniej dostrzega własną małość („[…] czymże bym ja tam być miał. […] Niedołęga byłem – a dzieła to mitręga próżna […]”).

Niebawem, gdy przybywa Wernyhora, aby zlecić Gospodarzowi niezwykłe zadanie, ma miejsce kolejna scena, która przeszła do historii literatury polskiej. Gospodarz za pomocą cudownego rogu zwołać ma lud polski, aby zjednoczony wespół z inteligencją ruszył do walki o niepodległość. Zaskorupiałe podziały mają odejść w niepamięć, a zwycięstwo jest pewne!

Gospodarz – w tej postaci Wyspiański utrwalił Włodzimierza Tetmajera, malarza i społecznika rozbudzającego tożsamość narodową wśród mieszkańców Bronowic – natychmiast rwie się do działania, by spełnić powierzone zadanie. Czas marazmu i beznadziei minął! Pora na wielkie wyzwania!

Rozemocjonowany zbiera się do drogi wyrzucając wszem i wobec swoją frustrację na inteligencję, która nie ma żadnej wizji działania:

„Wy a wy – co wy jesteście:
wy się wynudzicie w mieście,
to się wam do wsi zachciało:
tam wam mało, tu wam mało,
a ot co z nas pozostało:
lalki szopki, podłe maski,
farbowany fałsz, obrazki;[…]”

Dramatyzm tej sceny, (niezwykle ważnej dla całego utworu, bo daje nam pojęcie o kondycji psychicznej ówczesnych społecznych elit narodu) został w mistrzowski sposób odwzorowany przez Andrzeja Wajdę w ekranizacji z 1972 r.: gdy Gospodarz nuci z cicha „Jeszcze Polska nie zginęła…” obecny obok parobek z niemą czcią okrywa głowę. Po jego odjeździe odpiętą ze ściany karabelą sieka swój własny obraz.

W histerii bezsilnie szamotającego się Gospodarza widzimy, czym było piekło zaborów – ucisk i rządy obcych, germanizacja i rusyfikacja, wydzieranie Polakom krok po kroku ziemi, wiary i historii. Do tego świadomość absolutnej bezsilności – wszelki opór musi skończyć się klęską, jak tyle powstań. Patriota może w tych warunkach skończyć na Sybirze lub w leśnej mogile, a w najlepszym wypadku bezradnie obserwować, jak zaborca odbiera tożsamość jego własnym dzieciom. Naprawdę nie należy dziwić się histerii Gospodarza.

Jednak, wyłajawszy się do syta, zasypia snem sprawiedliwego i zapomina o wszelkich egzaltacjach – ani śladu Wernyhory, złotego rogu, czy snów o potędze. Czyżby cudowne wizje niepodległej Ojczyzny były fantasmagoriami odurzonego wódką umysłu? Następnego dnia jak zawsze skory do bitki Czepiec, który posłyszał, że chłopi mają się gdzieś zebrać, aby iść na „Moskala” „z ostrzem rozmaitem”  stara się dowiedzieć czegoś więcej, jednak zdumiony Gospodarz niczego nie pamięta. Widzimy, że przebierając się w kontusze i podśpiewując starodawne kurdesze jest spadkobiercą dawnej szlachty na dobre i złe – z żarliwą miłością Ojczyzny, ale również powierzchownością i sybarytyzmem, które to cechy niweczą szlachetne porywy  serca.

Obraz finału wesela jest również wizją stanu Polaków u zarania XX w. pokrzepionych dziesiątkami lat pracy organicznej podejmowanej przez tysiące ludzi dobrej woli. Naród przeniknięty duchem rozwoju i solidarności. Naród, który już niecałe dwie dekady później (jeszcze w tym samym pokoleniu!) sięgnął po niepodległość i zdołał ją utrzymać, zdolny do przezwyciężenia wszelkich przeciwności – nie było już bowiem siły, która byłaby w stanie powstrzymać miliony Polaków zjednoczonych, przenikniętych jednym duchem, jedną wolą – wolą pracy dla Ojczyzny i gotowością daleko idących poświęceń na jej rzecz.

Taki jest klimat trzeciego aktu „Wesela” – chłopi uzbrojeni, gotowi do walki. Zwołani na polecenie Wernyhory. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zapowiadają niezwykłe zdarzenia, wszyscy w napięciu oczekują na przełom. Przełom jednak nie następuje i zebrani pogrążają się w letargu – letargu zaborów. Drużba Jasiek całą noc objeżdżał okolicę, by zwołać jej mieszkańców pod broń, ale zgubił złoty róg, który miał ich pchnąć do walki i przyzwać obiecanej pomocy z nieba.  W efekcie Wernyhora nie przybywa, aby swym głosem umocnić wolę Polaków, a zastępy anielskie nie zstępują, by wziąć udział w walce za „Sprawę”. Przybywa za to Chochoł, który swym graniem usypia zebranych i utrzymuje w marazmie.

Przekaz, jaki autor zamknął w wersach Wesela, napawa niepokojem, wręcz przyprawia o dreszcze: jeżeli już nawet doczekamy się interwencji z Niebios, o którą modliło się tyle pokoleń patriotów, i Niebiosa dadzą nam w prezencie wolną Polskę, to my jej nie udźwigniemy, bo od pokoleń bujamy w obłokach zaniedbując rzetelną, choć mało widowiskową pracę społeczną, pracę nad faktycznym kształtem Narodu i jego miejscem we współczesności. Choć staramy się nadrobić stracony czas, to jednak nowoczesność nam umyka. Lud polski jest gotowy do walki, ale potrzebuje przywódców, których elity narodu nie potrafią dostarczyć… Kolejna wielka szansa została pogrzebana z winy samych Polaków. Czy na zawsze jednak? Czy to zastygnięcie i otępienie z finału „Wesela” jest stanem ostatecznym?


Komentarze (0)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)