Idea

Szymon Wilczak: U Boga wszystko jest możliwe


24 listopada 2017 o 21:00   /   komentarzy (0)

11. listopada 2017 roku ulicami Warszawy ponownie przeszedł Marsz Niepodległości. To już kolejny rok, kiedy w jednym miejscu zbierają się ludzie chcący zamanifestować swoje przywiązanie do wartości znacznie ważniejszych niż przynależność partyjna czy status materialny. Inicjatywa ta nigdy nie miała na celu budowania kolejnych podziałów wewnętrznych w naszym narodzie, wręcz przeciwnie, ma ona być spoiwem dla wszystkich, którzy chcieliby widzieć nasze społeczeństwo zjednoczonym i silnym. Dlatego też tym razem organizatorzy Marszu Niepodległości jako hasło przewodnie wybrali tytułowy fragment pieśni religijnej „My chcemy Boga”.

Już sama ta decyzja wywołała sporo kontrowersji. Pojawiły się pytania, czy oby nie jest to wykluczanie tych, którzy słabo lub wręcz wcale nie czują się związani z religią katolicką. Głosy te często dobiegały również ze strony ludzi, przedstawiających się jako reprezentanci środowisk narodowych, co samo w sobie zakrawa już na kuriozum. Czy na pewno jednak tegoroczne hasło mogłoby symbolizować proces wykluczania kogokolwiek z naszej społeczności? Nie sądzę. W dobie głębokich podziałów, jakie można obecnie zaobserwować w polskim społeczeństwie, gdzie dyskusja często sprowadzana jest do poziomu rynsztoku, nieprzystającego ludziom cywilizowanym, to właśnie odniesienie do Boga jako wartości najwyższej, może być lekiem na tę „moralną gangrenę”, toczącą nasze społeczeństwo. Dlatego też w tym roku organizatorzy Marszu Niepodległości nie bali się, wbrew wszelkiej krytyce, głośno zamanifestować pragnienia obecności Boga wraz z Jego prawami w naszym codziennym życiu. Wierząc, że to właśnie wokół Istoty Najwyższej możemy ponownie budować jedność, a dzięki temu i siłę naszego narodu. Ponieważ wedle Ewangelii św. Marka, to sam Jezus powiedział swoim uczniom „U ludzi to niemożliwe, ale nie u Boga, u Boga wszystko jest możliwe”. Skoro więc codzienne podziały społeczne, stały się już tak głębokie, iż dochodzi na ich tle do skandalicznych wydarzeń, w których prym wiodą ludzie wrogo nastawieni do Boga, to tylko On sam, przy udziale swoich dzieci, może dać nam nadzieję na poprawę tej sytuacji. Jak głosiło jedno z haseł zaprezentowanych na tegorocznym Marszu – „Quis ut Deus” (pol. „Któż jak Bóg”). W domyśle można więc zapytać, któż, jak nie Bóg, jest tym, do kogo winniśmy dzisiaj kierować nasze modlitwy i na kim winniśmy opierać naszą nadzieję na ich spełnienie? Któż, jak nie On, jest tym, który daje nam moc do tego, by budowę silnego i zjednoczonego społeczeństwa prowadzić nie tylko w dniu 11. listopada, lecz całorocznie. Ogromnie więc szkoda, że dyskusja dotycząca tegorocznego Marszu sprowadzona została do rozmów o rzekomym rasizmie, który to miał być widoczny na trasie marszu, zamiast koncertować się wokół przesłania, pod którym przeszło kilkadziesiąt tysięcy osób, nijako podpisując się pod nim samym. Niewątpliwie wśród uczestników tegorocznego Marszu nie brakowało osób, które czują się niezwiązane z Bogiem, czy wręcz dawno już straciły swoje przywiązanie do tradycji katolickiej, tak mocno osadzonej przecież w historii naszego kraju. Jednak potrafiły one uszanować wolę tych, którzy swoją ciężką, codzienną pracą, tworzą to wielkie wydarzenie. Udowodniły tym samym, że obecność choćby tych podstawowych praw Bożych, ułatwia funkcjonowanie w życiu codziennym. Ponieważ to właśnie Bóg w jednym ze swoich przykazań, nakazuje nam miłować i szanować swoich bliźnich. Czy znajdzie się więc ktoś, kto potrafiłby dyskutować o słuszności choćby Dziesięciu Przykazań, na podstawie których, w mojej opinii, opierać należy wzajemne relacje między ludźmi? Zapewne tak, czy jednak potrafiłby udowodnić ich niesłuszność – śmiem wątpić. Nie oznacza to jednak jakoby dzięki samemu hasłu można było stwierdzić, że problem głębokich podziałów rozwiąże się sam. Wymaga to nie tylko Bożej pomocy, o którą zabiegamy w swoich codziennych modlitwach i o którą prosiliśmy w trakcie Marszu Niepodległości, odśpiewując wspólnie choćby „Bogurodzicę” czy modląc się. Równie istotna jest nasza własna postawa wobec tego wszystkiego, co otacza nas na co dzień. Nie wystarczy przecież raz w roku przejść ulicami stolicy, aby Polska była taka, jakiej pragniemy. Tak jak nie wystarczy jedynie raz w roku głośno pochylić się we wspólnej modlitwie, aby została ona wysłuchana.

Biorąc udział w tegorocznym marszu, wstąpiliśmy wspólnie na drogę walki o codzienną obecność Boga w życiu społecznym. Bierzemy więc tym samym na siebie ciężar głoszenia prawdy i przykazań, które dał On swoim wiernym. Robić to musimy każdego dnia, nie tylko poprzez słowa ale nade wszystko poprzez nasze czyny. Naszym zadaniem jest dziś więc sprawienie, aby jak najszersze grono naszych Rodaków, chciało wspólnie koncentrować się wokół Boga, jako idei nadrzędnej, krocząc drogą do niego samego. Ponieważ jako katolicy wierzymy, iż tylko w ten sposób osiągnąć można zbawienie. Dlatego też zobowiązani jesteśmy pracować nad tym, aby i inni dostrzegli tą podstawową prawdę dotyczącą możliwości dostąpienia łaski zbawienia. Idąc krok w krok za banerem, który głosił Deus Vult (pol. „Bóg tak chce”), jasno wyrażamy swoje poglądy. Wierząc więc w nieuniknione zwycięstwo samego Boga, musimy być jego żołnierzami, którzy na front swojej walki wyruszają każdego dnia. Nie jest to jednak walka, która obliguje nas niczym wyznawców islamu do rzeczywistego zabijania „niewiernych”. Nakazuje nam ona walczyć nie o ciała, a dusze tych, którzy nas otaczają. Dlatego też nasz katolicki radykalizm, jest całkowicie odmienny od islamskiego fundamentalizmu. Nasza codzienna organiczna praca u podstaw, w tej materii musi być równie silna jak nasza wewnętrzna chęć dostąpienia Bożego Miłosierdzia, gdyż tylko płonąc prawdziwym „ogniem wiary” będziemy mogli być pochodniami, gotowymi by za ich pomocą rozjaśniać nawet najciemniejsze korytarze codzienności przesiąkniętej hedonizmem i egocentryzmem. Musimy być więc tymi, którzy, odkładając na bok własne pragnienia, potrafią poświęcić się prawdziwie dla Idei, którą sami głoszą. Tylko w taki sposób będziemy w stanie osiągnąć nasz wspólny cel, którym, jak często głosimy, jest „Wielka Polska”. Nie możemy jednak iść przy tym na żadne kompromisy, wstydzić się naszej wiary czy wręcz ukrywać ją na dalszym planie, aby nie urażać innych. Ponieważ nie ma mowy o budowie Wielkiej Polski bez odbudowy wzajemnych relacji międzyludzkich w naszym społeczeństwie. Tylko tworząc silny i zjednoczony naród wokół trwałej i niezmiennej wartości, jaką jest Bóg, możemy wciąż marzyć o budowie Polski silnej i wielkiej, o jakiej marzyli nasi przodkowie i o jaką winniśmy walczyć dla naszych potomków.


Komentarze (0)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)