Historia

Ultima ratio: Bitwa pod Warną 10 listopada 1444r.


10 listopada 2017 o 12:00   /   komentarzy (0)

Dla wielu miłośników historii bitwa pod Warną jest jedną z wielu innych klęsk w walce z Turkami. Mało kto jednak pamięta, że nieszczęsne starcie było elementem niezwykle ambitnego i głęboko przemyślanego planu, który – w wypadku powodzenia (a miał wszelkie widoki po temu) spowodowałby upadek imperium Osmanów zanim zdążyłoby ono powstać. Jak wyglądał ten plan i dlaczego upadł? Jak doszło do nieszczęsnej bitwy? O tym w niniejszym artykule.

W cieniu półksiężyca…

Państwo Osmanów swój sukces zawdzięcza dwóm czynnikom – niebywałej agresywności oraz rozbici politycznemu przeciwników – w XIVw. Azja Mniejsza była rozczłonkowana na szereg zwalczających się księstw powstałych po upadku Sułtanatu Rum, zaś na Bałkanach skonfliktowane państwa słowiańskie zapełniały próżnię po słabnącym Bizancjum. W walkach frakcyjnych chętnie posługiwano się tureckimi najemnikami i uciekano się do pomocy sułtana, który szybko stał się arbitrem dla skłóconych chrześcijańskich monarchów. Toteż nie minęło wiele czasu, gdy państwo Osmanów z podrzędnego kraiku stało się wielkim imperium.

Kolejne wyprawy antytureckie były jednak rozbijane i kończyły się klęską chrześcijan. Pod naporem Turków upadały kolejne państewka, aż przedmurzem chrześcijaństwa stały się potężne Węgry. Od nawały osmańskiej oddzielały je już tylko fale Dunaju i niezdobyta warownia belgradzka. Przed królem Władysławem III, synem Jagiełły stanęło trudne zadanie obrony przed Turkami.

Deus vult!

W 1442 r. wybitny wódz Jan Hunyadi odparł trzy najazdy tureckie na Węgry, przeprowadzając wyprawy odwetowe na drugą stronę granicy. Działania te odbiły się szerokim echem w Europie, co tworzyło dobry klimat dla nowej krucjaty antytureckiej. Faktycznie wyruszyła ona w pole w roku następnym.

Pomimo słabego odzewu monarchów europejskich sytuacja była sprzyjająca: Ibrahim Beg, potężny emir Karamanii wszczął bunt przeciwko Osmanom, co wyłączyło z walki azjatycką część imperium i wymagało dostarczenia posiłków z części europejskiej. Licząca 25 tys. żołnierzy armia krzyżowa, pod wodzą Jana Hunyadiego, odniosła wiele zwycięstw nad Turkami i dotarła aż do Sofii. Król Władysław o kolejnych zwycięstwach informował europejskie dwory, wyolbrzymiając ich znaczenie w celach propagandowych. W Europie zaczęto wierzyć, że Turków można pokonać.

Sułtan Murad II prosił o pokój oferując niepodległość Serbii, 24 twierdze umacniające granicę węgierską, 100 tys. dukatów odszkodowania za straty wojenne oraz 25 tys. żołnierzy na usługi króla Węgier przeciwko jego wrogom. Jednak uroczyście zaprzysiężony pokój został zerwany trzy dni później, gdy galery papieskie zablokowały Bosfor. Sytuacja sułtana od razu stała się ciężka: na europejskim brzegu zostawił zaledwie 8000 żołnierzy do zadań porządkowych, sam z resztą armii ruszył do walki z emirem Karamanii. Europejska część imperium została odcięta przez galery papieskie i weneckie, które blokowały Bosfor i Dardanele. W tej sytuacji skromna, 16-tysięczna armia króla Władysława mogła być wystarczająca by odnieść zwycięstwo.

Ostatnia krucjata

Plan krucjaty 1444 roku przygotowywany był w zaciszu kurii rzymskiej. Jego istotą było uniemożliwienie Turkom przerzucenia posiłków do Europy, tak aby nieliczna armia królewska posiadała swobodę operacyjną. Miała się ona posuwać wzdłuż wybrzeża zamykając siły tureckie w kleszczach i pozbawiając sułtana możliwości wylądowania na europejskim brzegu.

W ten sposób do przyłączenia się do krucjaty zostałby zmuszony Jerzy Brankowicz, władca Serbii. Było to bardzo ważne, gdyż zawarcie przezeń separatystycznego pokoju z Turcją pozbawiło krzyżowców 1/3 sił. W pole mieli wówczas ruszyć również Albańczycy pod wodzą legendarnego Skanderbega oraz Bizantyńczycy. Sułtan Murad II miał nóż na gardle: nie posiadał własnej floty, więc w takiej sytuacji mógłby się tylko biernie przyglądać, jak po drugiej stronie Dardaneli jego imperium wali się w gruzy…

Plan był ambitny i co najważniejsze realny, jednak kluczowe było utrzymanie blokady morskiej. Lecz jak łatwo się domyślić blokada zawiodła! Złośliwa plotka mówi, że Turcy wynajęli po prostu część galer z floty papieskiej i przeprawili się za ich pomocą. Podobno chytrzy Wenecjanie wzięli po sztuce złota za każdego tureckiego żołnierza przewiezionego z Azji do Europy. Przeciwko 16 tysiącom krzyżowców ruszyło 40 – 60 tysięcy Turków!

Po przeprawieniu się wojsk sułtana sytuacja chrześcijańskich rycerzy od razu stała się bardzo ciężka – przed sobą mieli trzykrotnie liczniejszego przeciwnika, za sobą góry, wezbrany Dunaj i liczne tureckie zamki, których nie zdobywano, żeby nie opóźniać marszu…

Jan Hunyady, faktyczny dowódca wyprawy nie dał się jednak ponieść emocjom i zaczął obmyślać plan awaryjny. Armia nie mogła wrócić tą samą drogą, gdyż pozostawiła za sobą spustoszone pola i spalone wsie, które nie mogły dostarczyć pożywienia. Nie można również było cofać się „na skróty” przez góry: na wyboistych ścieżkach ciężkozbrojne rycerstwo i wozy taborowe poniosłyby duże straty, zaś lekkozbrojni łucznicy tureccy dyktowaliby warunki.

Jedynym wyjściem było przyjęcie bitwy na miejscu, pokonanie silniejszego przeciwnika i wywalczenie w ten sposób wolnej drogi powrotnej na Węgry.

Na polach Warny

Armie stanęły naprzeciw siebie wieczorem 9. listopada 1444 roku. Turcy ustawili swoją kawalerię w kilka linii: na czele najsłabsze oddziały, na tyłach doborowa jazda spahisów. W centrum szyku rozlokowano janczarów, którzy przed swoimi pozycjami wykopali głęboki rów umocniony ostrokołem. W ten sposób powstała prawdziwa ziemna forteca, trudna do sforsowania przez rycerstwo.

Plan turecki był prosty i wielokrotnie wypróbowany: zakładano, że po raz kolejny rycerze dadzą się sprowokować do nierozważnej szarży i ataku na pozycje janczarów. Tam – powstrzymani przez umocnienia ziemne – zostaliby zdziesiątkowani przez zmasowany ostrzał z łuków, zaś na zmieszanych uderzyłaby ze skrzydeł lekka kawaleria zamykając w okrążeniu. Wtedy następowała rzeź rycerzy: władając ciężkim uzbrojeniem szybko opadali z sił. Uciec nie mogli, bo poruszali się znacznie wolniej od lekko uzbrojonych Turków. Taka taktyka zawsze powodowała wiele ofiar po ich stronie, ale oferowała niemal pewne zwycięstwo. Poza tym sułtanom mięsa armatniego nigdy nie brakowało.

Jan Hunyady był świadom tej taktyki, dlatego do bitwy przygotował swe oddziały bardzo starannie. Armia chrześcijańska zajęła silne pozycje obronne przed murami miejskimi Warny. Lewe skrzydło osłaniały wody jeziora Dewnia, z drugiej strony osłonę zapewniały lesiste wzgórza. Siły podzielono na trzy korpusy: po prawej stronie zgrupowano krzyżowców – ochotników z zachodniej Europy, jazdę wołoską i chorągwie prywatne węgierskich biskupów. Dowództwo objął tu Jan Dominis, biskup Waradynu. Ponieważ były to najsłabsze formacje otrzymały również najmniej dogodne pozycje – tak aby swą ucieczką nie wpłynąć na morale zasadniczej części armii.

W centrum znajdował się korpus królewski złożony z polskiego rycerstwa i chorągwi nadwornych, faktycznie dowodzonych przez Stefana Batorego (przodka polskiego króla). Były to doborowe oddziały władające najlepszym uzbrojeniem. Na lewym skrzydle znalazło się rycerstwo węgierskie, które według Hunyadyego miało zadecydować o losach bitwy – toteż znalazły się tu oddziały najliczniejsze i najbardziej doświadczone; przypadła też im najdogodniejsza pozycja. Dowodził Michał Szilagyi, szwagier naczelnego wodza.

Przestrzeń między jeziorem a wzgórzami wynosiła aż 4 kilometry i poszczególne korpusy rozstawiły się do bitwy w znacznym oddaleniu. Turcy mogliby swobodnie przedostać się na tyły, dlatego w odległości strzału z kuszy za każdym z korpusów rozstawiono tabor wozów bojowych bronionych przez najemną piechotę. Najemni Czesi byli uzbrojeni w kusze, które niosły dalej niż turecki łuk oraz w broń palną, której Turcy jeszcze nie stosowali.

O włos od zwycięstwa

Świt 10. listopada 1444 r. zastał obydwie armie przygotowane do boju. Jednak krzyżowcy nie atakowali – oddali inicjatywę Turkom, aby wywabić ich z korzystnych pozycji na wzgórzach. Turcy tymczasem liczyli, że krzyżowcy lekkomyślnie rzucą się do ataku – jak to już wielokroć bywało.

Jednak doświadczeni Węgrzy nie dali się sprowokować. Po trzech godzinach spadł przelotny deszcz zacinający w oczy rycerzom – sułtan postanowił wykorzystać ten fakt i dał rozkaz do ataku. Z porośniętych lasem wzgórz zaczęli się wyłaniać akindżi i azabowie – nieregularne lekkie formacje, które natarły na prawe skrzydło wojsk królewskich. Na to liczył Hunyady! Krzyżowcy i Wołosi tam zgrupowani ruszyli do szarży, kładąc pokotem całe szeregi niewiernych. Turcy rzucili się do ucieczki, jednak rycerze nie podjęli pościgu! Zawrócili do taboru, gdzie zmienili konie, pobrali nowe kopie i z powrotem ustawili się na pozycjach. Jednak, gdy lekkozbrojni Turcy ponowili natarcie biskup Dominis rozkazał kontratak i dał się wciągnąć w zasadzkę! Bisurmani tym razem zwinnie umknęli, zaś krzyżowcy pochopnie ruszyli naprzód! W pościgu rozluźnili szyk i odsłonili flanki, a ustawiona w taborze piechota nie mogła ich już osłaniać ogniem.

Na to czekał sułtan! Rzucił do natarcia całość sił lewego skrzydła zamykając w okrążeniu lekkomyślnych krzyżowców. Rycerze zostali błyskawicznie wybici. Z pogromu ujść zdołali tylko Wołosi, którzy w porę zwietrzyli zagrożenie i garstka rycerzy węgierskich.

Po rozbiciu prawego skrzydła krzyżowców Turcy zajęli się taborem osłaniającym ich tyły. Broniący taboru Czesi otworzyli ogień ze wszystkiego co było po ręką: huknęły armaty i rusznice, zaświstały bełty z kusz. Turcy byli bezradni – nie zdołali przełamać kręgu opancerzonych wozów, stłoczyli się tylko bezradnie przed ich czołem. W chaosie i ścisku Czesi strzelali na „pewniaka” – z dystansu 2 – 3 metrów każdy strzał był celny, niedobitków trzymały na dystans topory i włócznie. Wcześniej zakosztowało tej taktyki rycerstwo niemieckie na wojnach husyckich, przeciwko Turkom okazała się równie skuteczna!

W tym samym czasie na lewym skrzydle kawaleria węgierska śmiało odpierała ataki Turków. Po każdej szarży Węgrzy we wzorowym porządku zawracali, uzupełniali siły w taborze na tyłach i z powrotem ustawiali się na pozycjach. Przy czym byli podzieleni na dwa rzuty – podczas gdy pierwszy z nich przegrupowywał się, drugi wchodził do walki. Sułtan był przerażony takim obrotem spraw – chrześcijanie wyczuli jego intencje i go przechytrzyli!

Podczas gdy na lewym skrzydle Węgrzy ze stoickim spokojem odpierali kolejne ataki Turków, na prawym bisurmani bezładnie kotłowali się wokół taboru bojowego. Wtedy to król Władysław rozkazał polskim chorągwiom z centrum obrócić się frontem w prawo i ruszyć z odsieczą oblężonym w taborze Czechom. Potężne uderzenie ciężkozbrojnego polskiego rycerstwa w mgnieniu oka rozbiło już zdziesiątkowanych Turków i zmusiło ich do ucieczki. Jednak polscy rycerze zamiast ruszyć w pościg zatrzymali się i powrócili na pozycje wyjściowe – i tak nie dogoniliby szybszych Turków. Zajęli się tym (ze znakomitymi zresztą efektami) szybcy i zwinni Wołosi. Ich lekka kawaleria gnała na karkach pogan siejąc zniszczenie. Obeszli z prawej okopanych janczarów i wdarli się nawet do obozu wojsk tureckich, który został gruntownie złupiony i zdewastowany.

Sułtan bezradnie spoglądał na to wszystko: nie mógł przyjść z pomocą swemu skrzydłu atakowanemu przez Polaków – w centrum nadal stały w pogotowiu chorągwie węgierskie z korpusu centrum, które tylko na to czekały. Z tego samego powodu nie mógł przeszkodzić Wołochom w plądrowaniu obozu.

Jak się okazało Polacy powrócili w samą porę – w tym czasie Turcy na lewym skrzydle postanowili ruszyć do generalnego natarcia wszystkimi siłami, tak aby zmiażdżyć uporczywie broniących się Węgrów. Zluzowane przez Polaków chorągwie węgierskie w centrum mogły teraz obrócić się w lewo i uderzyć w bok nacierających Turków, którzy nie wytrzymali walki na dwa fronty i czmychnęli w popłochu.

Niechciany zwrot akcji

Bitwa była już prawie wygrana! Obydwa skrzydła wojsk tureckich zostały rozbite, obóz został opanowany przez jazdę wołoską, tylko w centrum tkwił osamotniony czworobok janczarów. W samym środku ich formacji, wśród lasu chorągwi i buńczuków stał nieruchomo sułtan Murad II, śmiertelnie przerażony rozwojem wypadków. Wiedział, że śmierć lub niewola w rękach chrześcijan jest o włos! Aby przypieczętować zwycięstwo należało już tylko przemieścić czeską piechotę, by mogła rozstrzelać janczarów armatami, albo też przegrupować kawalerię do ataku na ich szyk od tyłu – z ominięciem rowu i ostrokołu, którym się zabezpieczyli od czoła.

Do tego drugiego manewru przygotowywał się Hunyady. Tymczasem nagle wydarzyła się tragedia przypieczętowująca rezultat bitwy i los południowo-wschodniej Europy. Nie czekając na przegrupowanie reszty sił wkroczył do walki król Władysław. Młody monarcha poderwał ok. 500 rycerzy i zaszarżował na ich czele na front janczarów. Uderzenie było tak potężne, że udało im się sforsować umocnienia tureckie i kawalerzyści wbili się klinem głęboko w szyk tureckiej piechoty. Tu jednak nastąpił zwrot – kawaleria została zatrzymana i wybita do nogi. Podczas walki w straszliwym ścisku zginęli wszyscy rycerze. Król upadł na ziemię, zabity wierzchowiec przygniótł go swoim ciężarem. Janczar Kodża Hyzyr ściął królowi głowę, którą zakonserwowano w słoju z miodem i zaniesiono jako trofeum wojenne do Adrianopola i Bursy.

Wszystko to stało się w mgnieniu oka – rycerze przygotowywani do ostatecznego ataku na janczarów zobaczyli tylko jak upada sztandar królewski, co wywołało ogromną konsternację. Nikt nie wiedział co się dzieje z królem Władysławem! Co gorsza rozbita jazda turecka przegrupowała się i wracała na pole walki. W końcu Hunyady uporządkował zmieszanych rycerzy i poprowadził szarżę na stanowisko sułtana, jednak pokrzepieni moralnie janczarzy teraz już stawili skuteczny opór. Bici od przodu i tyłu Węgrzy musieli podać tyły, by ocalić skórę.

Pewne już niemal zwycięstwo wymknęło się z rąk chrześcijanom. Hunyady mógł już tylko ratować resztki sił wyrąbując sobie drogę odwrotu. To samo uczyniła niezmordowana jazda wołoska. Resztę wojsk czekała zagłada. Pozbawiona wsparcia piechota czeska została wycięta w pień następnego dnia.

W ciągu dwóch dziesięcioleci Osmanowie zdołali podporządkować sobie Bałkany. Dekadę po bitwie padł Konstantynopol. Panowanie tureckie na południu Europy zostało przypieczętowane na kilkaset lat.

Europa długo nie chciała wierzyć w śmierć dzielnego króla – tym bardziej, że nie ostał się żaden świadek jego śmierci. Od tego czasu słychać o licznych awanturnikach podszywających się pod króla, niby cudownie ocalonego. W źródłach liczne są również świadectwa o królu, który ukrył się w przebraniu mnicha pokutując w ten sposób za krzywoprzysięstwo jakiego się dopuścił względem Turków. Ba, jedna z legend opowiada, iż nieszczęsny monarcha przybył na portugalską Maderę, gdzie wiódł żywot szlachcica i dochował się potomstwa.

Co skłoniło króla do nierozważnej decyzji, której konsekwencje były odczuwalne przez całe wieki? Czy była to osobista ambicja czy rządza sławy? A może wpływ otoczenia lękającego się, że zwycięski Hunyady zdobędzie zbyt wielkie wpływy? Ta tajemnica już na zawsze pozostanie przykryta pyłem historii. Tym niemniej warto pamiętać, iż dzieje nie koniecznie musiały biec szlakiem utrwalonym w źródłach, że o ich kształcie decydowały czasem naprawdę drobne szczegóły.


Komentarze (0)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)