Idea

Edwin Harmata: Taniec


28 grudnia 2017 o 14:09   /   komentarzy (1)

I stałem pełen lęku i trwogi, spoglądając na zdobione wrota. Szpaler kolumn antycznych, poprzetykany pięknymi rzeźbami postaci z panteonu polskiej historii, poprzedzał te wrota. Wszystko biło pięknem i niezmierzoną perfekcją. Każda postać miała na twarzy odbite najczystsze emocje. Każda kolumna miała u podstaw wypisaną wartość. Po lewej stronie występowały takie wartości jak Braterstwo czy Wolność. Po prawej natomiast Bóg, Honor, Ojczyzna. Przeszedłem między nimi, starając się nie zboczyć ni piędzi w kierunku którejkolwiek. Teraz spoglądałem na biało-czerwoną flagę zawieszoną nad drzwiami. Czułem w sercu, że wiem jaki powinienem być i jaką drogą w życiu podążać. Spojrzałem na drzwi jeszcze raz i pchnąłem potężne skrzydła.

W jednej chwili wszystkie me zmysły zostały zaatakowane gwałtownie. Stroboskopy, ultrafiolet i kolorowe lampy raziły me oczy przywykłe do półmroku przedsionka. Ogłuszająca muzyka i huk basów dobywający się z głośników ranił me uszy. Garnitur, który ubrałem na tę wzniosłą chwilę, w jednej chwili przylgnął do ciała zroszony potem. Jakieś obce ręce wciągnęły mnie w masę skaczących ludzi. Ludzie wokół mnie podrygiwali i skakali upojeni szalonymi namiętnościami. Ich oczy pełne pasji nie miały w sobie głębi. Zacząłem skakać wraz z nimi. Czując się głupio i niepewnie zrobiłem to, co robili wszyscy. Ktoś oblał mnie piwem. Skakałem dalej. Obok mnie ktoś upadł w drgawkach, a koło niego upadł foliowy woreczek z mączną zawartością. Pochyliłem się by go podnieść, lecz tłum odsunął mnie od niego. Zobaczyłem tylko kałużę jego wymiocin, w której skakali bezduszni potomkowie Bachusa. Ktoś szarpnął mnie za rękaw i poczułem na swoich ustach gorący pocałunek. Nie widziałem czyje usta z moimi się zetknęły. Przeraził mnie fakt, że i tamtej osoby nie obchodzi kogo pocałowała. Nagle ktoś złapał mnie za ręce i zaczęliśmy wirować w tym potępieńczym tańcu. Strzelił korek szampana. Jak to? To już nowy rok? Przecież dopiero zaczęliśmy zabawę! Nadal wirując spostrzegłem, że ludzie, którzy skaczą w tych nieskończonych dionizjach nie widzą siebie nawzajem. Ślepi i znieczuleni w alkoholowym rauszu i narkotycznych halucynacjach wirowali jak i ja, słysząc tylko co jakiś czas dźwięk strzelającego korka od szampana, który zabija kolejny rok naszego życia. Wyuzdane stroje, ostry makijaż, włosy na żelu, drogie zegarki i kolczyki z diamentami. Tandetne srebro i złoto próbowały swą gęstością ukryć zgniliznę ludzi, którzy w tym tańcu zaczęli się już rozkładać za życia. Każdy z tych ludzi na twarzy miał maskę, choć w ich wyborze była dowolność. Jedni ubierali maski pewności siebie, inni szczęścia, a jeszcze inni obojętności. Wszyscy jednak zastygali w tych maskach uczynionych z własnych nieruchomych twarzy i niczym ruchome rzeźby brali udział w tej uczcie dla zmysłów. Ręce jakiegoś mężczyzny ściskały ciało przypadkowej kobiety. Ona krzyknęła, lecz jej maska ani drgnęła, a głuchy tłum nie dostrzegł tego wołania. Jakaś kobieta upadła, upuszczając butelkę wina i natychmiast została zadeptana. Jej piękna kreacja w moment nasiąknęła krwią. Powietrze wypełnił zapach ekskrementów. Zastanawiałem się jak mogę się wyrwać z tego piekła. Jak mogę wrócić do sali gdzie stały cudowne posągi między antycznymi kolumnami, a powietrze nie drżało od najlżejszego dźwięku. Jak wrócić do miejsca gdzie wszystkie wartości są na swoich miejscach, a bohaterowie mają swoje cokoły, gdzie można podziwiać ich historyczne piękno.

Nagle ciąg marzeń moich przerwało niecodzienne zjawisko. Skaczące morze ludzi miało swój kres nieomal na wyciągnięcie ręki. Widziałem, że nieprzebrany tłum ludzi tworzył w jednym miejscu dziurę w swej ciągłej i monotonnej materii. Zerwałem z siebie ręce zachłanne. Odrzuciłem podstawiane mi pod nos kufle i odsunąłem na bok kilku ludzi przy pomocy łokci. W końcu stanąłem na krawędzi tego kręgu i oniemiałem. W środku kręgu, do którego tłum nie śmiał wkroczyć stał mężczyzna, jako i ja ubrany w garnitur. Jego rysy twarzy były szlachetne, wzrok pewny, a uśmiech delikatny. Wpatrywał się on w piękną kobietę, która opierała jedną swą dłoń na jego barku, a drugą trzymała jego silną dłoń. Miała ona prostą i skromną sukienkę, wyprostowaną postawę oraz dumną twarz, wpatrzoną w swojego mężczyznę z miłością w oczach. Cały zgiełk, hałas i oślepiający blask lamp stroboskopowych nie miał znaczenia w tym kręgu. Wpatrując się w nich przestałem czuć otaczający mnie tłum. Przestałem słyszeć ogłuszającą muzykę i przestałem dostrzegać nieustanne błyski. Falujący dookoła tłum z odrazą odsuwał się od tego kręgu, a ja stałem na krawędzi i nie mogłem powstrzymać wyrazu podziwu, który wstępował na mą twarz rozsypując w proch maskę mojej pewności. Wpatrując się w kroki ich harmonijnego tańca usłyszałem muzykę. Inną niż ten ogłuszający huk wypełniający tą nieprzebraną przestrzeń wypełnioną morzem ludzkich głów. Delikatne brzmienie skrzypiec poraziło mnie jak gromem. W moment przestałem skakać z innymi. Poczułem, że muzyka rezonuje nie z moimi zmysłami, czy nawet umysłem, a z duszą. To brzmienie skrzypiec, harmonizując z pragnieniem mego ducha, przyniosło mi zrozumienie.

Zacisnąłem pięści, zrzuciłem marynarkę i zakasałem rękawy koszuli. Zacząłem walczyć o swój kawałek parkietu. Rozpychałem ludzi na boki, krzyczałem, biłem i odrzucałem. Tłukłem butelki z alkoholem. Rozrywałem woreczki z narkotykami. Toczyłem spory, odpychałem ręce, które pożądliwie sięgały do mojej koszuli. W końcu pełen zmęczenia spostrzegłem, że stoję w kilkumetrowym kręgu gdzie nie wchodzą inni ludzie. Klęknąłem. Huk muzyki techno umilknął, a ja usłyszałem delikatny dźwięk niebiańskiego chorału, który nieśmiało zaczął wypełniać przestrzeń dookoła mnie. Łaska spłynęła na moją duszę i pokierowała wolą. Teraz doskonale wiedziałem jaka droga wiedzie do piękna zawartego w posągach przedsionka. Zrozumiałem ile cierpień, wyrzeczeń i samotności trzeba będzie przypłacić za dołączenie do grona ludzi z marmuru. Stanąłem przed ogromem swej życiowej misji, klęknąłem przed Bogiem i nie ulękłem się tej nieprzebranej wielkości pracy. Mrok, który dotychczas wypełniał moją przestrzeń, nagle rozpierzchnął się pod światłością spływającą z góry. Chorał nabrał na sile. Krew w moim ciele poczęła krążyć szybciej. Mięśnie moje stężały, wzrok się wyostrzył, a twarz zmieniła się w oblicze światłe. Wykonałem pierwszy krok mojego samotnego tanga…


EDWIN HARMATA
Student psychologii, biega w maratonach i trenuje kalistenikę.
W swojej publicystyce porusza tematy społeczne, w których kompiluje wiedzę z zakresu psychologii i idei narodowej, zgłębia zawiłości religii katolickiej i odnosi koncepcje filozoficzne do współczesnych wydarzeń.



Komentarze (1)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)

  • 30 grudnia 2017 o 01:37 Strzelec

    Cóż rzec? Prawda to, w dodatku pięknie na ekran przelana.

    Odpowiedź