Historia

Ultima ratio: „Los diablos Polacos!” – 209 rocznica szarży pod Somosierrą


7 grudnia 2017 o 11:27   /   komentarzy (0)

„Ciężko jest opisać straszne położenie, w którym znajdowaliśmy się. Widziałem obok siebie padających ludzi i konie. Pierwszy hufiec, prowadzony przez odważnego Krzyżanowskiego zaczyna się łamać. Krzyczymy obydwa: «Naprzód bracia, aby do armat», «Vive I’Empereur», «naprzód, vive l’Empereur». Przybiegamy do armat pierwszych, odpędzamy kanonierów, rąbiąc kogo się napotka.” Tak opisywał przebieg bitwy dowódca, major Jan Kozietulski. Czy zdawał sobie sprawę, jak silną rolę w polskiej tradycji odegrają wydarzenia, których był uczestnikiem?

1 Lekkokonny Pułk Szwoleżerów Gwardii Cesarskiej nie cieszył się dobrą opinią. Wiarusy spod Austerlitz i Frydlandu patrzyły z wyższością na tych nieostrzelanych paniczyków. Pułk został wszak sformowany dopiero na początku 1807 roku i składał się w stu procentach z młodzieży szlacheckiej. Jak to się stało, że z oddziału specjalnej troski stał się dumą armii cesarskiej?

Kawaleryjska epopeja zaczęła się dość banalnie. Gdy Napoleon wkraczał na ziemie polskie, witały go formowane ad hoc gwardie honorowe składające się z lokalnej szlachty. Jeden z takich oddziałów sformował hrabia Wincenty Krasiński (ojciec Zygmunta, trzeciego z wielkich wieszczów). Przyświecały mu jednak dużo bardziej ambitne, niźli kurtuazja, cele. Jego oddział miał stać się zalążkiem gwardii przybocznej złożonej z Polaków, która będzie stale obecna w pobliżu cesarza tworząc swego rodzaju „polskie lobby”. Elitarny skład gwardii miał budować korzystny obraz Polski i Polaków na cesarskim dworze. Był też bardziej przyziemny cel – formacja miała równoważyć wpływy księcia Józefa Poniatowskiego, nielubianego przez najbardziej zasłużonych polskich generałów. Dowództwo objął zresztą sam Krasiński.

Początki nie były łatwe. Przyboczny charakter formacji stawiał rekrutów przed koniecznością rychłego wyjazdu z kraju, być może na wiele lat. Choć etat pułku zakładał obecność 60 oficerów oraz 976 szeregowych, to jednak prawie 1/6 żołnierzy w obliczu opuszczenia kraju wzięła urlop z którego już nie wróciła. Reszta z nich już od połowy 1807 roku wyruszała do Francji. Ostatni 4. szwadron opuścił warszawskie Koszary Mirowskie 3 marca roku następnego.

Wieść o przerzuceniu pułku przez Pireneje zelektryzowała nowozaciężnych kawalerzystów. Hiszpanie nigdy nie mieli porachunków z Polakami, ten katolicki naród bronił się wszak przed bezbożną rewolucją! Polacy mieli nadzieję, że będą walczyć o wolność, tymczasem mieli ją odbierać Bogu ducha winnym Hiszpanom. Cóż, „jeżeli bić się za złą sprawę, to przynajmniej dobrze”, jak zwięźle stwierdził jeden z kawalerzystów.

Na obcej ziemi

350 szwoleżerów wkroczyło razem z marszałkiem Muratem do Madrytu w marcu 1808 roku, jednak na szczęście nie musieli brać udziału w tłumieniu powstania, które wybuchło półtora miesiąca później. 3. kompania kpt. Dziewanowskiego była w Bajonnie doglądana przez samego cesarza, który pierwszy raz ujrzał swą nową formację. Przegląd nie wypadł korzystnie, gdyż młodzi żołnierze nie dosłyszawszy wydanej po francusku komendy zmieszali szyki. Rozsierdzony Napoleon splunął siarczyście, ale z chłodnym spokojem stwierdził tylko: Ci młodzi ludzie nic nie umieją. Któż mógł przypuszczać, że na barkach tych niesfornych żołnierzy spoczną losy całej armii? Następne tygodnie upłynęły im pod znakiem intensywnych ćwiczeń z musztry konnej. Jednak w tym samym czasie 6. kompania piękną szarżą przełamała szyk Hiszpanów pod Medina del Rio Seco, otwierając marszałkowi Bessieresowi drogę do Starej Kastylii.  20 sierpnia, już na hiszpańskiej ziemi, wszystkie cztery szwadrony połączyły się, oprócz służby przy cesarzu, pełniąc funkcje związane z ubezpieczaniem szlaków komunikacyjnych i korespondencji sztabowej.

Ale nie wszyscy trafili do Hiszpanii. 200 szwoleżerów zbijało bąki w kwaterze głównej pułku w Chantilly pod Paryżem i na pohybel smutkom moczyło wąsy w miejscowym winie, mając za nic okropności wojny. Tymczasem za Pirenejami działo się źle. Okazało się, że maruderzy i dekownicy których Napoleon skierował do Hiszpanii to zbyt mało, by ujarzmić ten rozległy kraj. Stało się jasne, że wojna hiszpańska wymaga obecności samego cesarza na czele doborowych sił.

„Zostawcie to Polakom”

Napoleon przybył do Hiszpanii na początku listopada 1808 roku. Plan zakładał obezwładnienie skrzydeł armii hiszpańskiej i poprowadzenie głównego natarcia w centrum. Po łatwych zwycięstwach na północy (pod Espinosą) i na południu (pod Tudelą) cesarz miał zabezpieczone skrzydła i mógł ruszyć na Madryt. Na wieść o tym Hiszpanie gorączkowo przygotowywali się do obrony stolicy. Strategiczną rolę odgrywała przełęcz Somosierra na trasie z Burgos do Madrytu. Zadanie jej obrony otrzymał don Benito San Juan, dowódca o ugruntowanej renomie. Oddano mu do dyspozycji 12 tys. zaprawionych w bojach żołnierzy oraz 16 armat, którymi zablokował wąwóz.

Ich zadanie nie wydawało się trudne, gdyż matka natura pomagała. Przełęcz Somosierra wznosi się prawie na 1500 m n.p.m. i jest najdogodniejszym przejściem przez góry Sierra de Guadarrama. Jej strome zbocza usiane skałkami i rozpadlinami były nie do przejścia dla kawalerii, tworząc jednocześnie doskonałe miejsce do walki nieregularnej piechoty, która mogła bez końca razić stąd nieprzyjaciela. Tam też rozstawiono gros sił pieszych. Piechota ze zboczy miała osłaniać artylerię rozstawioną w czterech bateriach w poprzek drogi idącej dnem wąwozu. Ponieważ były one rozmieszczone kaskadowo, mogły asekurować się ogniem. Spory o ilość armat w poszczególnych bateriach trwają po dziś dzień.

Na artylerzystach spoczął główny ciężar zadania. Hiszpańscy kanonierzy słynęli ze świetnego wyszkolenia, morale i determinacji. W bitwach zazwyczaj walczyli do upadłego, toteż oddziały artylerii częstokroć należało tworzyć od nowa.

Wąwóz od wejścia do przełęczy ma ok. 3-4 km długości (w zależności od którego miejsca licząc). Różnica poziomów na tym odcinku wynosi ok. 200 metrów. Dnem wąwozu biegnie gościniec z obydwu stron ograniczony dość wysokim kamiennym murkiem. Słowem – walka w takim terenie będzie kosztować atakujących setki zabitych.

„Naprzód bracia! Aby do armat!”

Od samego świtu 30 listopada Napoleon był w podłym nastroju. Nie spał już dwie noce i pochłaniał przerażające porcje tabaki. Pierwszy atak na przełęcz został krwawo odparty i adiutanci schodzili mu z drogi, a starzy sztabowcy woleli nie plątać się pod nogami… Tymczasem ci cholerni Polacy z pułku szwoleżerów ciągle podpadali. Najpierw nieudane manewry w Bajonnie, później kłopotliwa historia z „porwaniem Sabinek” w Chatellerault. W nocy spłonął dom w Cereza de Abajo, co zdradziło pozycje Francuzów, za co również obwiniono Polaków.

Rankiem 30 listopada służbę przyboczną przy Napoleonie objął 3. Szwadron szwoleżerów, którego dowódca otrzymał rozkaz wysłania zwiadu „po języka”. Do zadania został wyznaczony 21-letni por. Andrzej Niegolewski, najmłodszy oficer szwadronu. Starsi nie mieli ochoty nigdzie się ruszać w ten mglisty poranek, więc uciążliwe zadanie spadło na beniaminka. Wypadło kiepsko – w prawdzie Niegolewski przyprowadził piechura hiszpańskiego, ale sam stracił jednego z ludzi. Normalnie za zdobycie języka spotkałaby go sowita nagroda z ręki cesarza, jednak w tej sytuacji lepiej było nie pokazywać mu się na oczy… Cesarz był wściekły, że w tej chwili pojmany szwoleżer najprawdopodobniej wyśpiewuje na torturach wszystko, co wie o sytuacji swej armii. Szanse na zaskoczenie przeciwnika przepadły.

Była godzina 10:30. Rozsierdzony do reszty Napoleon rozkazał służbowemu szwadronowi szwoleżerów natarcie od czoła na najbliższą baterię armat. Generałowie świty pobledli – ten rozkaz to szaleństwo, armaty będą strzelać ze stuprocentową skutecznością masakrując jeźdźców. Mały kapral jednak uciął protesty:  „Zostawcie to Polakom!”

Kozietulski był w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Ten małomówny zazwyczaj mikrus otrzymał rozkaz natychmiastowego wykonania ataku, z którego mało kto wróci. Jeżeli jednak nie wykona go, jak należy, to zły jak szerszeń Napoleon pewnie osobiście powystrzela niedobitków… W dodatku nie był „na swoim” – został tu skierowany godzinę wcześniej w zastępstwie nominalnego dowódcy, który utknął we Francji. No cóż, biedny major ustawił szwadron w kolumnie czwórkowej, desperacko zakomenderował „Naprzód, psiekrwie, cesarz patrzy!” i poprowadził niespełna 200 ludzi prosto na armaty…

Wśród nich była 3.kompania, której żołnierze kilka miesięcy temu znaleźli się w Bajonnie. Co czuli młodzi szwoleżerowie? Ogromna większość z nich pierwszy raz szła do boju, lecz oprócz strachu czuli ogromną presję, bo oprócz Napoleona ze świtą przyglądała im się teraz cała armia. Na pewno mieli powyżej uszu tej wyższości, z jaką spoglądała na nich stara gwardia, znali swoją cenę i byli gotowi udowodnić wszystkim swoją wartość.

Pierwsza salwa dosięga ich 400 metrów przed baterią. Powstaje zamieszanie, padają ranni, jednak natarcie ponownie nabiera tempa. Dopiero teraz kanonierzy dostrzegają kawalerię i wysypują z armat nieskuteczne wobec niej kartacze zamieniając je na żeliwne kule. Kolejna salwa dosięga Polaków z odległości mniejszej niż sto metrów sprawiając prawdziwą masakrę. Szyk miesza się, kilkunastu szwoleżerów zsiada z koni i szuka schronienia przed ostrzałem. Jednak działa adrenalina – reszta z nich pędzi dalej, bo postój oznacza śmierć! „Naprzód bracia, aby do armat!” woła Kozietulski. Polacy wpadają między działa i w ciągu sekund wycinają w pień obsługę.

Rozkaz wprawdzie obejmował zdobycie tylko pierwszej baterii (tak przynajmniej zinterpretował go Kozietulski), jednak nie sposób się tu zatrzymać. Za chwilę odezwie się kolejna, ustawiona około 800 metrów dalej, a ukryta na zboczach piechota praży niemiłosiernie ze wszystkich luf. Szwoleżerowie są zdezorientowani – zadanie wykonano, ale zdobytych pozycji nie sposób utrzymać. Konsternację szybko przerywa Kozietulski – rozkazuje… kontynuować atak!

Polacy gubią szyk, idą już teraz bezładną kupą, w dodatku konie nie mogą rozpędzić się na stromej szosie. Jednak kanonierzy z kolejnej baterii są zaskoczeni – ich strzały powodują tylko niewielkie straty, nie mają czasu dobrze wymierzyć i  ponownie nabić armat. Pod Kozietulskim zabito konia, ale major nie chce robić za żywy cel: obolały i oszołomiony podnosi się z ziemi i o własnych siłach wraca na pozycje wyjściowe. Tam melduje cesarzowi wykonanie zadania. Dowodzenie objął kpt. Jan Dziewanowski, dowódca 3. kompanii. To on prowadzi ludzi na drugą baterię zdobytą równie błyskawicznie, co pierwsza.

Do ścierających się z kanonierami szwoleżerów wypala trzecia bateria oddalona o około 600 m. efekty są straszne – por. Rowickiemu kula armatnia urywa głowę, straszliwie poraniony Dziewanowski spada z konia (umiera od ran kilka dni później). Dowodzenie przejmuje kpt. Piotr Krasiński. Pozostaje mu już tylko kilkudziesięciu ludzi, których ponownie ustawia w kolumnę i prowadzi na następną baterię.

Artylerzyści nie spodziewali się, że Polacy dotrą aż do tego miejsca, więc zanim mają czas ponownie załadować, już mają na karku szwoleżerów. Nie są w stanie stawiać oporu dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Krasiński nie zatrzymuje się – prowadzi swoich ludzi dalej. Pozostaje ich już tylko czterdziestu – kilkunastu zginęło, pozostali odnieśli rany, potraciło konie lub legło pod ogniem. Poranione i zmęczone konie nie są w stanie galopować, przebiegły już dwa kilometry po stromo wznoszącej się górskiej drodze. Szwoleżerowie pokonują ostry zakręt  i kamienny mostek, za którym w odległości 700 metrów leżała ostatnia czwarta bateria. Biedni Hiszpanie nie mogli uwierzyć własnym oczom – ta garstka straceńców przełamała trzy poprzednie baterie i pod silnym ogniem piechoty przedarła się prawie na szczyt przełęczy. Wypalają z armat – pada kpt. Krasiński i kilku innych.

Dowództwo przejmuje por. Niegolewski, dowódca niefortunnego patrolu – musiał zmyć hańbę ze swojego nazwiska. Zostaje przy nim garstka towarzyszy, na czele których zdobywa armaty z ostatniej baterii i odpędza piechotę. Skrajnie wycieńczony dociera na szczyt przełęczy. Półprzytomnym wzrokiem rozgląda się wokół – Somosierra zdobyta! Wraz z nim ostało się zaledwie kilku śmiałków. „ – Sokołowski! Gdzie nasi?” – pyta wachmistrza na okulawionym koniu „ – Poginęli”…

Nieopodal zbiera się grupka piechurów. „Uderzmy na nich!” – komenderuje niezłomny oficer. Wtem jego wyczerpany koń upada, bluzgając krwią z pyska. Niegolewski zostaje unieruchomiony pod jego ciężarem. Podbiegają Hiszpanie. Dwóch z nich wypala prosto w głowę, co go ogłusza, ale cudem nie odbiera życia. Otrzymuje jeszcze dziewięć pchnięć bagnetem. Udaje zabitego, gdy „spaniole” obdzierają go z dobytku.

Po kilkunastu minutach przybywa odsiecz – Napoleon widząc niespodziewane powodzenie 3. szwadronu, wysyła na pomoc szwadron 1. pod kpt. Tomaszem Łubieńskim wzmocniony plutonem szaserów z osobistej eskorty. To oni wypierają Hiszpanów powracających na przełęcz i utrwalają zwycięstwo swoich kolegów.

Na zboczach ciągle przebywa tysiące żołnierzy piechoty hiszpańskiej, dlaczego są bierni? Otóż walki toczyły się we mgle, która stale zalega na przełęczy o tej porze roku. Dlatego nie byli w stanie ocenić liczebności napastników. Nie wiedzieli, że jest ich tylko garstka. Słyszeli odgłosy zbliżającej się kawalerii i walki, najpierw w dole, a później coraz wyżej i w końcu na tyłach. Wyciągnęli stąd wniosek, że liczba atakujących musi być znaczna i wycofali się w obawie przed odcięciem od sił własnych. Należy być świadomym, że ich zejście na przełęcz i ponowne obsadzenie armat zniweczyłoby zwycięstwo szwoleżerów.

„A czyjeż to imię…?”

Tak się jednak nie stało i wąwóz został zdobyty za cenę 21 zabitych i kilkudziesięciu rannych. Gdyby zdobywano go w konwencjonalny sposób niechybnie zginęłyby tysiące ludzi. Ofiara tych szwoleżerów ocaliła wiele istnień ludzkich i otworzyła Napoleonowi drogę na Madryt. Sama szarża trwała zaledwie 8 minut – znacznie krócej niż zajmuje przeczytanie niniejszego artykułu.

Lekceważeni dotychczas szwoleżerowie stali się dumą armii. Byli fetowani i hołubieni, wiele formacji przywdziewało mundury na wzór szwoleżerskich. Co ciekawe wielu napoleońskich oficerów przypisywało sobie dowodzenie bądź udział w bitwie. Samo zaś starcie było wielokrotnie utrwalane na kartach powieści i epopei, jak również na płótnie. Stała się istotną częścią polskiego mitu narodowego.


Komentarze (0)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)