Społeczeństwo

Sebastian Kozłowski: Wolność bez odpowiedzialności


8 marca 2018 o 21:24   /   komentarzy (2)

Jedną ze spraw rozgrzewających emocje Polaków w styczniu bieżącego roku była wyprawa Tomasza Mackiewicza na Nanga Parbat. Media zostały zasypane wręcz komentarzami dotyczącymi himalaizmu. Również Redakcja „Kierunków” opublikowała poświęcony tej sprawie krótki artykuł Koleżanki Judyty Gacek pt. „Wolność”.

Jednym z głównych zagadnień poruszanych w tym artykule jest aspekt moralny wyprawy T. Mackiewicza na Nanga Parbat i himalaizmu w ogólności. Artykuł ten komentowany był zarówno na stronie internetowej „Kierunków”, jak i na profilu na Facebooku. Większość osób komentujących zgadza się w swych ocenach moralnych z tekstem i na ogół zgodnie twierdzą one, że jakakolwiek krytyka postępowania T. Mackiewicza jest nie na miejscu. Dziwaczny to pogląd, zwłaszcza, że — jak mówi poeta — prawdziwa cnota krytyk się nie boi.

Niniejszy artykuł jest polemiką do sądów moralnych przedłożonych przez Koleżankę Judytę Gacek w artykule pt. „Wolność”. Swoje rozważania prowadzę w duchu katolickiej teologii moralnej i z tej perspektywy analizuję postępowanie T. Mackiewicza.

W artykule Koleżanka stawia problem motywacji ludzi podejmujących pionierskie wyprawy na niebosiężne szczyty górskie. Niestety Judyta Gacek nie przeprowadziła w swoim artykule rozważań na ten temat, natomiast podzieliła się z czytelnikami własnymi doświadczeniami z górskich wypraw i z tej perspektywy dokonuje oceny moralnej wyprawy T. Mackiewicza. Uważam, że taka projekcja własnych przeżyć na inne osoby wcale nie pomaga w zrozumieniu ich postępowania. Trzeba raczej wejść w świat drugiej osoby, aby poznać pobudki nią kierujące. Ponieważ jednak T. Mackiewicz nie żyje, pozostaje mi domyślać się pewnych rzeczy, a o innych wnioskować z jego zachowania i rozmów. Tymczasem konieczne jest znalezienie jakiejś ogólnej pobudki, dla której ludzie wyprawiają się w wysokie góry. Takie rozważania są moim zdaniem nieodzowne, jeśli chcemy analizować pod względem moralnym zachowanie T. Mackiewicza. Oczywiście można to zagadnienie roztrząsać na wiele sposobów i nie roszczę sobie pretensji do znajomości jedynej poprawnej drogi do takich rozstrzygnięć, niemniej poniższe rozważania są moim zdaniem najbardziej adekwatne do sprawy T. Mackiewicza.

Myślę, że wielkich podróżników, odkrywców nieznanych lądów i zdobywców nieosiągalnych szczytów rozpala jakieś gorące uczucie. Spójrzmy na kilkuletnie dzieci, jak rozświecają się ich oczy i jak rumienią się ich policzki, gdy słuchają opowieści o podróżnikach odkrywających nieznane kraje. Młodzieńcy zaś chętnie sięgną po powieści podróżnicze lub podróżniczo-awanturnicze. Stąd wniosek, że jest gdzieś głęboko w sercu człowieka zapisany jakiś instynkt odkrywcy i zdobywcy. Być może ten instynkt ma jakiś związek z tym, do czego Pan Bóg powołał człowieka, czyli do czynienia sobie ziemi poddaną. W Księdze Rodzaju czytamy bowiem: Rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi.» (…) Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi»” (Rdz 1,26-28). Myślę, że wchodzenie na niezdobyte wcześniej szczyty może mieć taki właśnie sens: byłoby to czynienie sobie ziemi poddaną w odpowiedzi na Boże powołanie. Zwróćmy jednak uwagę na to, że Pan Bóg najpierw pobłogosławił naszym prarodzicom, potem wypowiedział słowa powołania ich do wychowania potomstwa, czego pierwszym skutkiem ma być zaludnienie ziemi, a dopiero drugim uczynienie jej poddaną ludziom.

Wróćmy teraz do tragicznej wyprawy T. Mackiewicza. Mianowicie Koleżanka przywołuje w swoim artykule wypowiedź T. Mackiewicza, w której tłumaczył on, że w wysokich górach doświadcza wolności i bliskości Boga. Analizę tej wypowiedzi zacznijmy od poczucia bliskości Boga. Otóż te słowa T. Mackiewicza są niczym więcej niż górnolotnym i modnym frazesem. Frazesy takie mają ponoć świadczyć o religijnym zaangażowaniu osób, które je głoszą, lecz świadczą one raczej o religijnym atawizmie i o moralnej degeneracji. W takim bowiem ujęciu Bóg jest obecny w przyrodzie, a zwłaszcza w przyrodzie nieożywionej, bo przecież T. Mackiewicz bardzo lubił zdobywać wysokie szczyty sięgające daleko powyżej granicy wiecznego śniegu. A zatem mamy tu do czynienia z bliskością Boga pojmowaną w sposób panteistyczny, czyli charakterystyczny dla prymitywnych religii ludów dzikich. I chociaż prawdą jest, że Pan Bóg zechciał zamieszkać na Wzgórzu Świątynnym, a swoimi objawieniami uświęcił góry Horeb, Synaj i Tabor, to nie ma sensu poszukiwanie Go w strefie śmierci leżącej powyżej umownej poziomicy 8000 m n.p.m. Katolik doświadcza przecież bliskości Pana Boga w sakramentach (zwłaszcza w sakramencie komunii św.) i w modlitwie, a także w codziennym i wiernym wypełnianiu swoich obowiązków stanu, z których najświętszymi i najwznioślejszymi są obowiązki rodzicielskie. W górach, zwłaszcza wysokich możemy dostrzec co najwyżej jakieś odbicie wielkości i piękna Pana Boga. Czemu podkreślam wzniosły i święty charakter obowiązków rodzicielskich, to każdy dobrze uformowany w swej wierze katolik rozumie. A T. Mackiewicz miał przecież dzieci i nie wszystkie z prawego łoża, co nie świadczy dobrze o jego kondycji moralnej. Co do wolności, której zażywał w górach, to wydaje się, że przez ową wolność rozumiał on oderwanie się od codzienności, która go przytłaczała. Był bowiem człowiekiem dość wrażliwym i niezbyt odpornym na stres, o czym świadczy jego uzależnienie od heroiny. Ponoć pokonał je, choć słuszniej byłoby powiedzieć, że raczej przekształcił w uzależnienie od endorfin wynagradzających mu obficie bodaj tylko wysiłek związany z wysokogórskimi wyprawami. Góry były dla niego wymówką do ucieczki od obowiązków głowy rodziny i od bólu po stracie syna, z czym po prostu sobie nie radził. Chciał zażywać wolności, aby uciec od odpowiedzialności, a jakże to typowe dla naszych zdegenerowanych czasów.

W artykule J. Gacek znajdujemy takie zdanie: „Czy ta wolność i bliskość Boga, o której mówił Tomek są warte takiego poświęcenia?” Wydaje się, że słowo „poświęcenie” użyte jest tutaj w znaczeniu innym, niż to, jakie ma ono w rzeczywistości. Aby nie być gołosłownym, zacytuję fragment rozwinięcia hasła „poświęcić się” ze Słownika języka polskiego PWN pod redakcją prof. Mieczysława Szymczaka: Poświęcić się – «oddać, złożyć coś w ofierze; wyrzec się czegoś dla kogoś lub dla czegoś, przeznaczyć na jakiś cel»: Poświęcać komuś czas, siły i zdrowie. Wszystko poświęcić dla dobra dzieci.” Zastanówmy się więc, co i komu poświęcił T. Mackiewicz? Jeżeli poświęcił cokolwiek, to tylko przyszłość swoich dzieci dla realizacji swoich ambicji wejścia na Nanga Parbat. Warto w tym miejscu przypomnieć, że T. Mackiewicz opowiadał kiedyś swojej znajomej, dr Helenie Pyz o nieudanej próbie zdobycia Nanga Parbat w 2016 r. Z powodu bardzo trudnych warunków zdecydował się na odwrót. Schodząc spod Nanga Parbat spotkał zespół himalaistów, którzy zamierzali zdobyć ten szczyt i, jak później ogłoszono, osiągnęli wierzchołek. Rozżalony opowiadał dr H. Pyz, że kwestionuje ich sukces, bo – jak uważał — skoro jemu się nie udało, to oni również wejść tam nie mogli. T. Mackiewicz powiedział też dr H. Pyz, że zrezygnował z zamiaru zdobycia tej góry. Jak się okazało, zmienił zdanie. Sama dr H. Pyz mówi, że jego ambicje himalaisty wzięły górę nad postanowieniami. Czy tylko ambicje zawiodły T. Mackiewicza ponownie na Nanga Parbat, czy może było w jego motywacji coś jeszcze? Wydaje mi się uprawniony pogląd, że on był wręcz zazdrosny o tę górę. T. Mackiewicza wyraźnie bolało to, że kto inny doszedł tam, gdzie jemu się nie udało dotrzeć nieco wcześniej.

Następnie trzeba rozważyć ryzyko wiążące się z taką wyprawą. Otóż wiadomo, że na ponad trzydzieści zimowych wypraw na Nanga Parbat niemal wszystkie zakończyły się albo śmiercią śmiałków, albo ich odwrotem. Dotychczas nikt, kto chciał zdobyć Nanga Parbat zimą, nie wszedł wyżej, niż ok. 7900 m n.p.m., poza wspomnianym zespołem trzech himalaistów, którzy zdobyli tę górę. Nieco łatwiej jest zdobyć ten szczyt latem. A zatem wyprawa zimowa na Nanga Parbat wiąże się z poważnym ryzykiem śmierci. Co do samego T. Mackiewicza, to nigdy wcześniej nie próbował zdobyć żadnego ośmiotysięcznika, chociaż są w tej grupie łatwiejsze do zdobycia szczyty. O ile na wysokości 7000 m n.p.m. ciśnienie atmosferyczne spada do ok. 40% wartości ciśnienia na poziomie morza, to na poziomicy 8000 m osiąga już tylko ok. 35 % tej wartości. Co prawda na chorobę wysokościową nie ma mocnych, ale można zdobyć jakieś doświadczenie we wspinaczce w tak trudnych warunkach. Wiadomo też, że podczas tej ostatniej wyprawy T. Mackiewicz znacznie osłabł nie tylko z powodu choroby wysokościowej, ale również z powodu odmrożeń i ślepoty śnieżnej. Trzeba wziąć pod uwagę również fakt, że T. Mackiewicz preferował wyprawy organizowane jak najmniejszym kosztem, z minimalnym i prymitywnym wyposażeniem.

Podsumowując rozważania dotyczące wyprawy T. Mackiewicza na Nanga Parbat, to wyprawę tę można i nawet należy uznać za głupi i nieodpowiedzialny wybryk, a co gorsza: grzech ciężki zaniedbania obowiązków ojcowskich. Nie wolno mu było podejmować tak wielkiego ryzyka dla spełnienia swoich ambicji, ponieważ miał na utrzymaniu dzieci. Nie ma żadnych argumentów przemawiających za tym, aby z punktu widzenia katolickiej moralności dokonać innej oceny tej wyprawy. Gdyby T. Mackiewicz był kawalerem i nie miał pod opieką nikogo z członków najbliższej rodziny, to nie byłoby uzasadnienia dla tak surowej oceny moralnej jego wyprawy. Co prawda ryzykowanie swoim życiem w ogóle jest głupie i niemoralne, a przede wszystkim jest grzechem, jednak do wyprawy na Nanga Parbat można się przygotować poprzez zdobycie jakiegoś doświadczenia w wejściach na ośmiotysięczniki i postarać się ryzyko w miarę możliwości ograniczyć poprzez wyposażenie się w odpowiedni sprzęt. Wydaje się zatem, że taka wyprawa, nawet jeśli dość ryzykowna, lecz podjęta przez kawalera jest dopuszczalna z punktu widzenia moralności katolickiej, o ile taki śmiałek właściwie się do niej przygotuje. Jednocześnie trzeba wyraźnie powiedzieć, że argument J. Gacek, jakoby ludzie uprawiający wspinaczkę mieli większe prawo do oceny moralnej wyprawy T. Mackiewicza jest całkowicie błędny. Równie dobrze można by powiedzieć, że osoby posiadające prawo jazdy wiedzą, iż nie jest niczym głupim jechać z nadmierną prędkością po krętej drodze w czasie gołoledzi.

Podczas dyskusji nad artykułem J. Gacek spotkałem się z taką argumentacją, że jeśli wyprawę T. Mackiewicza na Nanga Parbat należy uznać za niemoralną z powodu ryzyka śmierci, to wycieczki na Orlą Perć również trzeba uznać za niemoralne, a także służbę policjanta, strażaka, czy żołnierza. Wszak na Orlej Perci też czasem giną ludzie, podobnie, jak i na służbie w policji, straży pożarnej, czy w wojsku. Jednak w latach 2004-2017 na Orlej Perci doszło do ok. 55 wypadków śmiertelnych, przy czym w sierpniu 2004 r. odcinek Zawrat-Kozia Przełęcz pokonywało średnio 400 osób dziennie, a w kolejnych latach ruch turystyczny wzrastał. Oznacza to, że choć istnieje pewne ryzyko wypadku śmiertelnego na Orlej Perci, to jest nieporównanie mniejsze z ryzykiem śmierci przy zimowym wejściu na Nanga Parbat. A zatem nie ma podstaw do uogólnionej negatywnej oceny moralności wycieczek turystycznych na Orlą Perć. Natomiast sprawa śmierci ojca rodziny na służbie w policji, straży czy w wojsku przedstawia się zupełnie inaczej. Różnic pomiędzy śmiercią na służbie a śmiercią w wyprawie podjętej dla zaspokojenia własnych ambicji jest wiele, wymienię i krótko omówię tylko najważniejsze. O ile celem wejścia na niezdobyty dotychczas szczyt górski może być co najwyżej sława osobista, to celem nawet najbardziej brawurowej akcji w służbie żołnierza, policjanta, czy strażaka jest albo wprost ratowanie ludzi, albo przynajmniej zmniejszenie niebezpieczeństwa, czyli dobro wspólne. O ile dzieci cierpią ból po stracie ojca bez względu na okoliczności, w jakich zmarł, to inaczej żyje się ze świadomością straty ojca, który zginął służąc narodowi, a inaczej żyje się ze świadomością, że ojciec zginął, bo chciał zażywać wolności na ośmiotysięczniku. Z tych pierwszych okoliczności można być dumnym, a drugich co najwyżej można się wstydzić. Gdy człowiek ginie na służbie, to umiera wypełniając swoje obowiązki. T. Mackiewicz ryzykował śmierć, zamiast wypełniać swoje ojcowskie obowiązki, co świadczy o jego egoizmie. Człowiek ginący na służbie z wielkim prawdopodobieństwem dostępuje zbawienia duszy, bo ofiara z życia dla spełnienia obowiązku o wysokiej wartości moralnej może wysłużyć obfite łaski u Pana Boga. Jeśli jednak człowiek zaniedbuje swoje obowiązki i w takim stanie zginie, to niemal na pewno potępi swoją duszę, będąc obciążonym grzechem ciężkim zaniedbania sprawy bardzo poważnej, a taką jest wychowanie potomstwa. Człowiek, który zginął na służbie, zostanie pochowany na koszt państwa, z uroczystą oprawą, wdowie po nim i jego osieroconym dzieciom państwo będzie płaciło rentę, a dzieci T. Mackiewicza nawet nie mogą odwiedzić grobu swego ojca. Wreszcie policjanci, strażacy i żołnierze uczą się robić rzeczy ryzykowne w sposób jak najbardziej bezpieczny, czyli tak, aby ryzyko ograniczyć, jak najbardziej. Himalaiści natomiast zdobywają się często (a czasem nawet bardzo chętnie) na wyczyny brawurowe i niezwykle ryzykowne.

Podsumowując: sądy moralne przedstawione w artykule Judyty Gacek pt. „Wolność” nie dadzą się pogodzić z katolicką moralnością. Judyta Gacek nie wspomina bowiem w swoim artykule o obowiązkach rodzinnych, które miał do spełnienia tragicznie zmarły T. Mackiewicz, a skupia się na poczuciu wolności, którego pragnął on zażywać w wysokich górach. Jednak wolność w ujęciu takim, jakiego przykład znajdujemy w życiu T. Mackiewicza to nic innego, jak wolność od obowiązków, wolność bez odpowiedzialności, jest to wolność liberała i hedonisty. Natomiast wolność w ujęciu katolickim to brak przymusu do czynienia dobra, bowiem ten sam czyn dobry ma większą wartość w oczach Bożych, gdy dokonany jest w wolności i miłości, niż wówczas, gdy dokonany został pod przymusem. Pomimo tego lepiej byłoby dla T. Mackiewicza, gdyby wbrew własnej woli pozostał w kraju i łożył na utrzymanie dzieci. Jednak T. Mackiewicz wybrał nieodpowiedzialnie wolność od obowiązków, pozostawił dzieci same, zginął samotnie i prawdopodobnie potępił swoją duszę. Taka jest bowiem cena wolności bez odpowiedzialności.

Czytaj także


Komentarze (2)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)

  • 9 marca 2018 o 10:30 IlonaW.

    Bardzo dobry tekst. Dziękuję.

    Odpowiedź
  • 26 marca 2018 o 14:30 Piotr

    Hmmm… tak naprawdę, moralna ocena tej tragedii, to jeden z trudniejszych tematów, choć racja wydaje się być niemal w pełni (lub w całości w pełni) po stronie p. Kozłowskiego. Nie da się użyć argumentu „robił to, o czym marzył”. Ale jest jedna drobna rzecz – człowiek ryzykujący życie może przynieść sławę swojemu narodowi. Tak w 100% możemy powiedzieć o Jerzym Kukuczce – wcześniejszemu alpiniście, którego też połknęła góra – przyniósł on Polsce wiele chwały. Inny przykład – absolutny mistrz kierownicy Ayrton Senna – sława Brazylii – roztrzaskał się na torze (choć tu wina nigdy nie jest kierowcy, to jednak jakieś ryzyko świadomie się akceptuje). Nie michnikując jednak – w zdecydowanej większości przypadków ryzykowanie życia jest zupełnie z punktu widzenia wiary nieuzasadnione i jest grzechem.

    Odpowiedź