Historia

Marek Chrapan: Brasławszczyzna – uzbrojony las


7 kwietnia 2018 o 09:34   /   komentarzy (5)

Poprzedni tekst o Brasławszczyźnie zakończyłem nadmienieniem o „uzbrojonym lesie”, który udało mi się dobrze zapamiętać. Muszę się cofnąć gwoli logicznego wyjaśnienia ciągłości tematów  – pisałem o  św. p. Ojcu skazanym w 1946 r na 10 lat łagrów i będącym na „etapie” wysyłkowym. Otóż pod koniec 1947 roku Stalin ogłosił jakąś amnestię, a ponieważ rodzina mocno angażowała się od samego początku uwięzienia – (kwiecień 1946 r – do tego czasu udawało im się ukrywać)) – wyciągnięcia z lochu pod „piecem”  (szczególny rodzaj występujący tylko w tamtych rejonach) we wszystkie możliwe sposoby wyciągnięcia 3 braci i szwagra z łap sowieckich, udało się przekupić  poszczególnych decydentów przy pomocy różnych osób „dobrej woli”, by  zostali podciągnięci pod tę amnestię (nie podlegali), oprócz wuja, który był już w łagrze. Ojciec wrócił w roku 1948 do domu i od maleńkości wychowywał mnie na żołnierza mającego „wyzwalać” Brasławszczyznę spod okupacji sowieckiej. W poszczególnych porach dnia obowiązywał reżim wojskowy, m. in. zakaz chodzenia za Ojcem bez jego ewidentnej zachęty – zwłaszcza do lasu. Pewnego dnia jako 5-6-letni malec bawiłem się sam za domem na zboczu lasu (dom stał na skraju „naszego” przydomowego lasu – na pierwszym wzniesieniu za którym w odległości ok. 30 m  było drugie). W pewnym momencie zauważyłem Ojca idącego ścieżką na przeciwległym  zboczu i bezwiednie podążyłem za nim idąc skrótem. Ojciec zatrzymał się rozglądając się dookoła i wówczas zdałem sobie sprawę, że nie powinienem iść za nim – przykucnąłem za krzakiem jałowca, nie zauważył. Skręcił w górę stoku i po jakichś 10 metrach zatrzymał się przy jodełce, spod kurtki wyjął saperkę i zaczął grzebać, a następnie coś wyjąwszy zza pazuchy włożył i zaczął przysypywać, a ja chyłkiem wycofałem się do domu. W następnym dniu, kiedy rodzice gdzieś wybyli ruszyłem pod tę jodłę uzbrojony w saperkę.  Przy jodle nie znalazłem żadnych śladów.   Grzebiąc „na pamięć”,  dogrzebałem się jednak do zawiniętego w mocno naoliwioną szmatę bagnetu w metalowej pochwie. W przemyślny sposób przymocowałem go sobie do boku (sięgał poniżej moich kolan, jak szabla), nie miałem jednak przed kim się pochwalić takim trofeum. Ruszyłem do rówieśnika – kuzyna od Stanisława Chrapana. Dochodząc polną dróżką nagle zauważyłem czapkę z czerwonym otokiem (NKWD). W popłochu drąc bluzę i spodnie pozbyłem się bagnetu rzucając go w bagienko po lewej stronie  dróżki.  Tymczasem okazało się, ze pod czapką NKWDzisty jest mój rówieśnik-kuzyn, bo poprzedniego dnia u nich byli  z „wizytą” NKWdzista z „Uczastkowym” (dzielnicowy) – co najmniej raz w miesiącu kontrolowali  każdą rodzinę „Polaczków” i oczywiście musieli być dobrze „ugoszczeni” – solidnym bimbrem, by już po pierwszej szklance nie chcieli „węszyć po kątach”. U rodziny kuzynów ugościli się tak, że NKWDzista zgubił czapkę z którą teraz kuzyn afiszował się bijąc mnie na głowę. Mnie pozostało wrócić do poszukiwania bagnetu, o którym nawet nie wspomniałem kuzynowi. Niestety bagienko nie oddało go mi i pod wieczór wróciłem do domu, nie zdając sobie sprawy ze swojego wyglądu. Ojciec  błyskawicznie ocenił sytuację po usmarowanej gębie i ubraniu – nic nie mówiąc wyszedł. Po powrocie zabrał mnie do osobnego pokoju, posadził na kolanach i zaczął mi tłumaczyć, że mogłem sprowadzić na dom nieszczęście – jego zabraliby do więzienia tak jak wujka Stefana (jeszcze siedział w łagrze), Mamę też, a my  z bratem poszlibyśmy do sowieckiego domu dziecka i byłbym  taki jak kuzyn Stanisław (jedyny ocalały z „chutorów” za Dźwiną, wychowany w sowieckim domu dziecka i przysłany w nasz rejon jako nauczyciel w szkole dla pozyskania jako „sowietów” nowego pokolenia „byłych” Polaków.  Po trzech miesiącach zabrali go do innego regionu z obawy, że jednak to rodzina bardziej go przekona do swoich racji).  Ojciec tłumacząc mi niewłaściwy postępek zapowiedział też, że nie może on pozostać bez kary i musiałem sam położyć się na kolanie ojca by otrzymać trzy razy paskiem. Bólu nie pamiętam (chyba Ojciec zbytnio nie przyłożył się) ale łzy mi ciekły ciurkiem z wrażenia. Nigdy więcej nie chodziłem za Ojcem do lasu bez jego zaproszenia. Zmiana w tym temacie nastąpiła w przededniu opuszczenia rodzinnych stron.

Poprzedniego dnia odbyło się pożegnanie ze wszystkimi sąsiadami, znajomymi i rodziną jeszcze pozostającą tam. Od rana po dokończeniu pakowania się wszyscy chodzili z „zamglonymi” oczami, Mama „oficjalnie” popłakiwała po kątach. W pewnym momencie Ojciec stanął przede mną, długo popatrzył na mnie  i powiedział – „dla mnie to już nie będzie potrzebne, a dla ciebie może się jeszcze przydać – chodź”. I ruszyliśmy do lasu, do owej jodły –  „tu jest zakopana skrzynia z  RKMem, karabinami, amunicją i granatami, a na podorędziu (płyciej) są dwa pistolety do których na szczęście nie dogrzebałeś się. Idąc dalej ścieżką po ok. 70 – 100 m ponownie zboczyliśmy w górę stoku pod rozłożysty jałowiec w pobliży grubej brzozy – „tu w skrzyniach leży CKM z amunicją”, ruszyliśmy dalej dochodząc prawie do końca „przy domowego” lasu i skręcając w prawo wzdłuż „naszego” pola jakieś 50 m od drogi na „nasze pole i właściwego lasu”,  kolejny rozłożysty jałowiec – „tu leżą w skrzyniach – RKM, karabiny z amunicją i granaty”. Wracając, Ojciec zobowiązał mnie słowami – „Na razie nikomu nic nie mów ani tu ani w Polsce”. Byłem całkowicie oszołomiony, nie mogąc przestać myśleć o tym przez całą drogę do Polski, a najgorsze było to, że z nikim, nawet Mamą czy bratem nie mogłem się tym podzielić.

Całkowita zmiana otoczenia, warunków życiowych – start od zera,  wyparły z pamięci przekaz. Szybkie wyjście z domu i sporadyczne spotkania z Ojcem (szkoły wojskowe dla małolatów z „drylem”) nie dawały okazji na rozmowy o tym  skąd się znalazł w naszym lesie taki arsenał. Tym bardziej, że Ojciec po zapoznaniu się z realiami w Polsce niechętnie wracał do tych tematów twierdząc, że „rządzą ci sami tylko mówią po polsku”.

Z wojny Ojciec wrócił do domu na początku roku 1942 po ucieczce w lipcu 1941 r.  z sowieckiej niewoli i zwolnieniu z 3- miesięcznej niemieckiej, do której dostał się uciekając z sowieckiej. W tym czasie, na tym terenie „podziemie” organizował porucznik „Marek” (na jego cześć dostałem imię) – dzisiaj wiem, że był to por. Marian Kisielewicz, wówczas posługujący się tym pseudonimem jako dowódca V Odcinka „Wachlarza” i Komendant placówki w Brasławiu , później jako „Ostróg”  – Komendant 23 Brasławskiej Brygady AK -zginął pod Łokcianami  21.06.1944.

Ze skąpych wypowiedzi Ojca wynikało, że był on w „rezerwie” podczas akcji „Burza” i był przewodnikiem po okolicznych lasach. Dzisiaj zastanawiając się nad arsenałem sądzę, że był też magazynierem. Niestety On już nie wyjawi skąd się wziął ten „arsenał” . Opowiadał o akcji granatowej policji z Brasławia,  która w całości poszła pod koniec 1942  do „lasu” – wszyscy należeli do podziemia – zabierając całość broni. Czyżby to ich skład zakopano? – Jednak wątpliwe żeby Niemcy „granatowym”  dali CKM – RKM-y być może, ale też pod znakiem zapytania. Kolejne pytanie – dlaczego nie wykorzystano tego magazynu? Faktem jest, że ofensywa sowiecka zaskoczyła szybkością dowództwo AK na Wileńszczyźnie i być może nie zdążyli go wykorzystać. Inną sprawą jest brak wspomnień Ojca o następcy por. „Marka” – jako „Ostróg” objął utworzoną 23 Brygadę w innym rejonie Brasławszczyzny, a na tym terenie powołano 24 Brasławską Brygadę AK pod dowództwem porucznika Kazimierza Krauze ps. „Wawrzecki”. Być może nie przekazali sobie informacji.

Faktem jest, że „nasz” las był, a i sądzę, że nadal jest  „po zęby” uzbrojony. Co prawda na dzisiejszych mapkach internetowych nie widać tam zalesienia – ostatni raz byłem w 1991 r i „chutor” (zamieszkały ale nikt nie wyszedł, a sam nie chciałem „się szwendać”) oraz las były. To jest wzgórze do niczego innego nie nadające się. Chyba, że przypadkiem coś się wykopało – nie wiem (Ojciec nie powiedział? – Nie pamiętam?) na jakiej głębokości zakopano.

Niestety, moje obecne warunki nie pozwalają na wyjazd by na miejscu to sprawdzić, ale może ktoś z potomków uczestników ówczesnych zdarzeń ma jakąś wiedzę na ten temat (żeby szybko zakopać taką ilość uzbrojenia i to w skrzyniach, musiało uczestniczyć sporo osób). W załączeniu podaję z ówczesnej pamięci (11-letniego chłopca) szkic z  miejscami (w przybliżeniu) zakopanego „arsenału”, a do ewentualnego kontaktu tel. 796 030 422.

 

Marek Chrapan


Komentarze (5)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)

  • 9 kwietnia 2018 o 08:30 racjonalista

    To już nie „nasze” ziemie.

    Odpowiedź
    • 11 kwietnia 2018 o 02:12 Marek Chrapan

      Jest możliwość odzyskania przez właścicieli- Białoruś Łukaszenki umożliwia ale nie da się „przenieść” z Białorusi do Polski , gdybym był młodszy chyba zająłbym się tym, Niestety ani córka ani bratanek z bratanicą nie są zainteresowani, a szkoda, nawet w Białorusi byłoby coś własnością Polaków, a więc Polskie, a tak zostanie własnością państwa białoruskiego.

      Odpowiedź
  • 11 kwietnia 2018 o 09:26 Ryszard

    Załączam fragment wspomnień mojego ojca pchor. Jana Zapolskiego ps „Wilk” z 23 Brasławskiej Brygady AK, dotyczącego poruszonego przez Pana tematu:
    ” Pierwszą akcją, w której brałem udział, było zebranie porzuconej w czasie walk frontowych broni. Po potyczce oddziału wojsk sowieckich z patrolem niemieckim w piątym dniu wojny niemiecko-radzieckiej, na polu bitwy między majątkiem Złoto a wsią Ejdymianiszki zostało sporo sprzętu. Nazajutrz rano, od Kisielewskiego z Brasławia, otrzymałem polecenie zebrania broni. Natychmiast zorganizowałem grupę czterech osób z miejscowości Różewo tj. Antoniego i Zenona Wieliczko, Piotra Pelika i mojego brata Stanisława Zapolskiego, z którymi udałem się na wskazane miejsce. Zebraliśmy 6 karabinów, 4 granaty i sporo amunicji. Ukryliśmy to w stajni naszego rodzinnego gospodarstwa, wkładając broń do skrzyni zakopanej pod żłobem i przykrytej obornikiem.
    Parę dni później w rejonie miejscowości Złoto spadł sowiecki samolot strącony przez niemiecki myśliwiec. Wraz z Mieczysławem Małachowskim błyskawicznie wymontowaliśmy z niego dwa karabiny maszynowe. Jeden z nich, całkowicie sprawny, schowaliśmy w naszej skrytce, a drugi, zniszczony, odstawiliśmy do Brasławia celem odwrócenia od nas podejrzeń. Amunicji nie udało się zabrać, gdyż wystrzelała się w czasie pożaru. Małachowski dopomógł wyratować się jednemu z pilotów sowieckich. Drugi zginął.
    Wkrótce potem Kisielewski polecił mi zorganizować ochronę ośrodka szkoleniowo-wypoczynkowego w Rackim Borze. Do 1939-go roku przeznaczony dla oficerów WP, dla Związku Strzeleckiego i innych organizacji młodzieżowych. Później stacjonowały tam wojska sowieckie, a po ich wycofaniu się-czasowo- oddziały Wermachtu. Naszym zadaniem było spenetrowanie obiektu, celem odszukania broni.
    Znaleźliśmy tam 10-cio strzałowy półautomat produkcji rosyjskiej, 6 karabinów, 2 pistolety rosyjskie, dubeltówkę, szablę, 4-ry bagnety, jeden 7-mio strzałowy i dwa 5-cio strzałowe, (tzw. damskie) pistolety.
    Często znalezioną broń i sprzęt wojskowy zgłaszali nam ludzie nienależący do konspiracji. Część broni uzyskaliśmy rozbrajając różnej maści nacjonalistów, a także rozmaitych bandziorów i dezerterów, napadających czasem na mieszkańców odosobnionych gospodarstw.
    Nieocenione usługi oddał nam st. sierżant Głowacz Jan, nasza wtyczka w policji, który będąc rusznikarzem, w miarę możliwości, dostarczał nam amunicję, części do kbk i reperował broń. Później, w 23-ciej Brygadzie był niezastąpionym fachowcem, a doprowadzony przez niego do stanu używalności, wymontowany z samolotu karabin maszynowy bardzo przydawał się w akcjach, budząc popłoch wśród Niemców (nie mogli rozpoznać, jaki to typ broni).
    Działalność konspiracyjna w powiecie brasławskim rozwinęła się na szeroką skalę od lutego 1942-go roku, po przemianowaniu ZWZ na Armię Krajową i podporządkowaniu jej innych polskich organizacji zbrojnych. Nowych członków AK uroczyście zaprzysięgano.
    Przypominam moment, kiedy mieszkając u państwa Pietkunów w Brasławiu, odbierałem przysięgę od kilku osób ze wsi Krukowszczyzna i Dukiel. Korzystając z nieobecności pani Adeli Pietkun zdjąłem ze ściany piękny krzyż, który położyłem na obrusie. Po przyjęciu przysięgi obrus z krzyżem i obrazem szybko zwinąłem i schowałem do szafy. Stół zastawiliśmy w formie małego przyjęcia, żeby zmylić ewentualnych nieproszonych gości. Gdy rozpoczęliśmy omawianie spraw organizacyjnych, do pokoju wpadła gospodyni lamentując, że w domu byli złodzieje, bo zniknął krzyż i obraz ze ściany. Zacząłem tłumaczyć, że pożyczyłem te rzeczy koledze, aby na ich wzór wykonał mi kopie. Pani Adela domyśliła się:
    – Lepiej już nie kłamcie, bo ja i tak wszystko wiem.
    Ja na to:
    – Skoro tak, to proszę w obecności świadków złożyć przysięgę
    Pani Adela chętnie się zgodziła i było to dla nas bardzo pożyteczne. Dom stał na wzgórzu koło rynku i miał dwa wyjścia. Był, więc dobrym miejscem na skrzynkę kontaktową. Gospodyni podczas spotkań prowadziła obserwację i uprzedzała o zagrożeniach. Odbywało się tu wiele narad, między innymi z przyszłym dowódcą 23-ciej brygady Markiem Kisielewiczem ps. „Nord”, później „Ostroga” i z komendantem okręgu Michałem Białokurem ps.” Lach”.

    Odpowiedź
  • 11 kwietnia 2018 o 14:06 Jolanta

    Bardzo proszę o podpowiedź – w jaki sposób można to zrobić?

    Odpowiedź
  • 12 kwietnia 2018 o 22:34 pl80

    Panie Marku, piękne wspomnienia! Ja za młodu nie mogłem marzyć o odkopywaniu broni (ojciec urwałby mi łeb). Biorąc pod uwagę obecny wzrost gospodarczy (nasz szybszy niż któregokolwiek z sąsiadów) jestem przekonany, że za 10 lat już inaczej będziemy patrzeć na kwestie odzyskiwania ziem utraconych – kupnem, zasiedleniem, firmami, czy wojskiem.

    Odpowiedź