Gospodarka

Bartosz Poznański: O wielobiegunowy świat


13 maja 2018 o 13:13   /   komentarzy (1)

Kiedy spojrzymy na historię ludzkości zauważymy, że rozwój jej następował najszybciej w czasach, kiedy brakowało zdecydowanego hegemona w świecie geopolityki. Pierwszy człowiek na księżycu był owocem kosmicznego wyścigu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi Ameryki a Związkiem Sowieckim. Wynalezienie broni atomowej było skutkiem militarnej, zbrojeniowej oraz politycznej rywalizacji aliantów, sowietów oraz Państw Osi. Szereg odkryć z początku ubiegłego wieku, a zwłaszcza okresu I wojny światowej także był efektem rywalizacji pomiędzy mocarstwami o światowy prymat. Tak samo było w każdym poprzednim wieku. Nawet po cofnięciu się do starożytności odkryjemy, że rozwój Imperium Rzymskiego następował szybciej, kiedy było ono zmuszone walczyć z kimś o dominację, np. Kartaginą.

W tym świetle źle wygląda współczesna sytuacja ludzkości. Ziemia bowiem ma jednego hegemona – USA. Wynika z tego szeroka gama szkód, jakie są wyrządzane ludzkości przez zdecydowaną dominację jednego państwa.

Obecnie niemal żaden naród nie rozwija swojej rodzimej kultury. Zamiast tego imputuje się do nich elementy amerykańskie. Wbrew temu, co opowiada garstka prawicowych szurów Amerykanie są narodem. W dodatku podczas ostatnich trzech stuleci wypracowali własną kulturę, która w odróżnieniu od innych w dalszym ciągu prężnie się rozwija – inną sprawą jest jej kierunek, wyjątkowo niepożądany z perspektywy nacjonalistów. Wracając jednak do tematu, od mniej więcej połowy ubiegłego stulecia na sile przybiera amerykanizacja, a nawet makdonaldyzacja kultur większości krajów świata. Proces ten początkowo odbywał się względnie dobrowolnie. W XXI wieku przybrał tak bardzo na sile, że większość krajów patrzy – jak na barbarzyńców na państwa, które nie posiadają setek McDonaldów, a ich mieszkańcy nie ubierają się jak postaci w filmach z Hoolywood – mam na myśli głównie kraje Arabskie.

Zauważmy, że w retoryce znajdującego się pod butem USA Sojuszu Północnoatlantyckiego – nazwa od lat jest zupełnie nieadekwatna do realiów – poza kwestią walki z terroryzmem często podkreśla się okropność muzułmanów widoczną w sposobie traktowania kobiet. W polskojęzycznej części portali społecznościowych swego czasu niezwykle popularny był mem przedstawiający z jednej strony półnagą Amerykankę, a z drugiej ubraną w tradycyjny dla swojej kultury hidżab muzułmankę. Tekst pod obrazkiem straszył brakiem widoku półnagich kobiet na ulicach polskich miast w razie „opanowania” kraju przez muzułmanów. Jest to tym dziwniejsze, że przecież w świecie chrześcijańskim także preferowany był skromny stój. Wszelcy obrońcy Polski czy Europy przed inwazją muzułmanów lubią powoływać się na chrześcijaństwo i katolickie korzenie, jednak jak widać robią to w sposób wybiórczy. Inną sprawą jest fakt, że robią to właśnie pod – nieświadomym dla nich samych – wpływem amerykańskiej kultury.

Innym problemem jest częstotliwość wojen wywoływanych przez hegemona. Od zakończenia II wojny światowej nie wybuchła wojna, która nie byłaby bezpośrednio wywołana lub inspirowana przez USA. Powody tego były różne: ekspansja własnego systemu rządzenia (demokracji) i kultury, a przede wszystkim przejęcie kontroli nad zasobami naturalnymi itp. Niezwykle często w tego rodzaju „misjach pokojowych” lub „misjach stabilizacyjnych” jak zwykło nazywać się napaści jankesów na suwerenne państwa, biorą udział żołnierze państw sojuszniczych wobec Amerykanów, chociaż znacznie bardziej precyzyjnym terminem byłoby słowo wasalnych. Od wstąpienia Polski do NATO dotyczy to także Wojska Polskiego.

Jeszcze po zakończeniu II wojny światowej USA posiadało konkurenta w postaci Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Wraz z jego upadkiem rolę tę próbowała przejąć Federacja Rosyjska, która okazała się kolosem na glinianych nogach. Dodatkowo jej działania poza nowymi konfliktami zbrojnymi (Donbas) spowodowały przedłużenie wojen wywoływanych przez jankesów, np. w Syrii.  Obecnie Rosja w opinii wielu ekspertów i obserwatorów utrzymuje się jako jedno państwo wyłącznie dzięki twardym rządom Putina – przy łagodniejszym reżimie istniałoby spore prawdopodobieństwo, iż rozpadnie się na kilka mniejszych krajów.

Miejsce Rosji jako ośrodka tworzącego drugi biegun, konkurenta USA do roli światowego hegemona powoli zajmują Chiny. Gospodarka tego państwa należy do największych na świecie, świat zalewany jest tanimi produktami z Państwa Środka, dodając do tego liczną i coraz lepiej wyposażoną armię (obecnie mniej już uzależnioną od transferu technologii z Rosji) oraz właściwie nieograniczony potencjał ludzki Chiny – jawią się jako jeden z najpotężniejszych graczy w geopolitycznej rozgrywce. Aspiracje Chin potwierdzają ich coraz śmielsze działania na Syberii, która w przyszłości może stać się zarzewiem konfliktu rosyjsko- chińskiego. Syberia Chinom będzie niezbędną z uwagi na znajdujące się tam surowce mineralne i potencjalne miejsce „przestrzeni życiowej” dla narodu chińskiego, któremu coraz ciaśniej w obecnych granicach.

Innym coraz poważniejszym zawodnikiem stają się Indie, które zmierzają do miana najludniejszego państwa świata – obecnie zajmują drugie miejsce w tym rankingu. Atutem tego państwa jest położenie na półwyspie indyjskim. W związku z tym jest on z trzech stron otoczony przez wodę Oceanu Indyjskiego. Poza wspomnianym państwem na półwyspie leżą jeszcze Bangladesz, Nepal, Bhutan i Pakistan. Z tym ostatnim państwem — po ogłoszeniu w 1947 roku niepodległości przez oba kraje – Indie toczyły z resztą 4 wojny, których przyczyną był pretensje terytorialne o prowincję Pendżab oraz księstwo Kaszmiru. Obecnie konflikt pozostaje nierozstrzygnięty. Poza walkami o wspomniane terytoria Indie pretendują do przodującej roli w dolinie rzeki Ganges Dolinę Indusu, kontrolę (nieoficjalną) nad całością półwyspu indyjskiego. Kolejnym krokiem, jaki będą realizować Indie będzie budowa silnej floty wojennej, która umożliwi im ekspansję poza półwysep, na którym leżą. Indie mogłyby zostać zagrożeniem także dla Chin w przypadku, gdyby Tybet ogłosił niepodległość. Najpewniej zostałby wtedy sojusznikiem Indii jako kraju, który od dawna wspiera jego dążenia. Wówczas rozwój niezbędnej infrastruktury i stacjonowanie indyjskiej armii wymusiłoby na Pekinie reorientację polityki.

Innym państwem aspirującym do coraz ważniejszej roli w skali globalnej są Niemcy. RFN do realizowania swoich interesów wykorzystuje Unię Europejską, która w zasadzie pomogła im zostać już najważniejszym państwem na Starym Kontynencie- nie licząc Rosji. Co prawda w tej chwili państwo to jest raczej bierne w kwestiach niedotyczących bezpośrednio Europy, ale widoczna coraz bardziej różnica zdań między Berlinem a Waszyngtonem zdradza, że w przyszłości Niemcy po raz kolejny spróbują zostać numerem jeden na świecie – nie koniecznie w sposób, jaki znamy z historii.

Część ekspertów z dziedziny geopolityki uważa, że kolejne bieguny utworzyć mogą Japonia, Wielka Brytania i państwa islamskie gdy wyzbędą się wzajemnych pretensji wobec siebie. Z kolei brytyjski profesor, Nial Fergusson uważa za najlepszą alternatywę dla dominacji USA – świat bez biegunów.

Z narodowo radykalnego punktu widzenia zarówno świat monocentryczny, jaki mamy obecnie lub bipolarny, do jakiego dążą Chiny i Rosja nie są czymś pożądanym. Postulowany przez Fergusona świat zero biegunowy nie jest aktualnie czymś możliwym do zrealizowania. W związku z tym najkorzystniejszym rozwiązaniem byłoby istnienie jak największej ich ilości. Dzięki temu żadne z globalnych mocarstw nie mogłoby uprawiać polityki w rodzaju dzisiejszego USA, czyli bezkarnego łupienia państw Trzeciego Świata – obalanie kolejnych rządów i zastępowanie ich uzależnionymi od siebie reżimami.

Czytaj także


Komentarze (1)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)

  • 14 maja 2018 o 16:42 Dymitr Ogonowski

    Ja oczywiście jestem przeciw członkostwu Polski w NATO. W ogóle ustawa o restytucji zwrotu mienia żydowskiego była warunkiem, że III RP przyjmą do paktu. Ówczesny AWS (z Kaczyńskimi), Unia Demokratyczna oraz SLD (i Kwaśniewski) oczywiście, to poparły. A to, czy od czasu II wojny światowej nie było wojny wywołanej lub inspirowanej przez USA, to zagadnienie, którego dokładnie nie możemy zbadać, bo nie mamy wglądu do materiałów działania CIA. Jednak tu trzeba wziąć pod uwagę korelację działań CIA, ze służbami innych państwa, oraz wieloma miejscowymi sprzecznościami na tle religijnym, etnicznym i ekonomicznym. Np. słyszałem, że po wybuchu wojny Indii z Pakistanem w USA zdecydowano, że nic nie będą z tym robić. Za tamten konflikt USA raczej nie odpowiada, tylko sprzeczności hindusko-islamskie. To, że Saddam Husajn napadł na Iran, to chyba też nie. To były czasy, kiedy Saddam Husajn był w zupełnie innych relacjach z USA, niż w latach 90-tych XX wieku. Czy służby zachodnie mogły go do tego podżegać???? Tu bez dostępu do materiałów służb do tego nie dojdziemy, ale to był taki dyktator, że sam mógł podjąć taką decyzję. Konflikt w Karabachu rzeczywiście utrudnia USA realizację planów naftowych z Morza Kaspijskiego, jednak ten konflikt ciągnie się od bardzo dawna. Niektórzy, ze swej strony za to winili ZSRR. Ale już „Przedwiośniu” zaznaczona jest rzeź Ormian w Baku. Fikcyjna książka ale rzezie Ormian były naprawdę. Nie twierdzę, że Ormianie ze swojej strony nie zabijali nigdy przypadkowych ludzi ze strony przeciwnej. Oczywiście nienawidzę USA Clintona za zbombardowanie Serbów. Teraz też nie chcą szanować integralności Serbii. Jednak Serbowie musieli uciekać z Kosowa jeszcze w XVII w obawie przed zemstą turecką. Więc było to przed powstaniem USA. Ich teren zaczęli kolonizować Albańczycy. Przy moim negatywnym stosunku do USA, trzeba przyznać, że USA nieraz też zapobiega wojną. Np. do wojny grecko-tureckiej na Morzu Egejskim nie doszło, bo w obu krajach są rządy z silnymi wpływami USA. Źle, że są w bandzie NATO, ale trzeba przyznać, że przez to nie doszło ostatecznie między nimi do wojny.

    Odpowiedź