Historia

Dominik Piekarz: Monte Cassino – polska duma na włoskiej ziemi


18 maja 2018 o 09:00   /   komentarzy (1)

O masyw Monte Cassino, bramę do Rzymu, w 1944 roku stoczono jedną z najbardziej zaciętych bitew w historii II wojny światowej, a na pewno najbardziej zaciętą na froncie zachodnim. Była ona następstwem dwóch wcześniejszych operacji i pasmem samych porażek. Okolice Monte Cassino, pełne górskich przesmyków tworzących naturalną barierę, były tak ciężkie do opanowania, że nawet sam Napoleon, wieki temu, podbój Włoch rozpoczynał od północy. Rzymu od południa nie zdobył nikt od ponad tysiąca lat i dopiero kiedy pojawili się tam polscy żołnierze, zmienili tą tendencję.

Pierwsze uderzenie aliantów ruszyło w styczniu 1944 roku i okazało się kompletną porażką. Natarcie prowadziła 36 Teksańska Dywizja Piechoty, zakładając wybicie wyrwy w głąb niemieckiej linii obrony na głębokości około 4 km, co miało rzekomo udrożnić drogę na Rzym. Forsowanie rwącej rzeki Rapido – bo to przez nią prowadziło natarcie – przy huraganowym ostrzale niemieckiej artylerii i broni ręcznej, zakończone zostało dosłownie pogromem sprzymierzonych.

Kolejny atak także okazał się porażką, nie tylko z pozycji militarnej, ale także tej wizerunkowej. W dniu 14 lutego, nad Monte Cassino wysłano 256 bombowców, które zasypały je 576-ścioma tonami bomb, zmieniając zabudowę w stertę gruzów. Niemcy wykorzystali to paradoksalnie na swoją korzyść, nazywając się obrońcami dziedzictwa kulturowego Europy, gdyż przed nalotem przeprowadzili ewakuację ludności cywilnej, oraz wywieźli z terenu klasztornego cenniejsze zabytki. Alianci nalot argumentowali rzekomym zajęciem zabudowań przez Niemców, co mija się z prawdą. Oddziały niemieckie zajęły dopiero ruiny klasztoru, tworząc na nich kolejne umocnienia. Wojska sprzymierzone okrzyknięte zostały przez światową opinie publiczną barbarzyńską zbieraniną, niszczącą bezmyślnie Europejskie zabytki kultury.

Już 15 lutego, ósma armia brytyjska składająca się z dywizji Nowozelandzkich, Hinduskich i Brytyjskich, uderza w kierunku stacji kolejowej Casino. Postępy były bardzo mozolne z uwagi na dobrze zorganizowaną obronę niemiecką, jak i trwające od dwóch tygodni ulewne deszcze, które zmieniły całą dolinę Rapido w błotne trzęsawisko. Mimo to natarcie wciąż posuwało się naprzód. Dnia 16 marca, oddziały Nowozelandzkie zajęły pozycję 300 metrów od murów klasztornych i wydawać by się mogło, iż bitwa ma się ku końcowi – nic bardziej mylnego. Dalsze natarcie nie powiodło się, a 25 marca nastąpiło załamanie w szeregach atakujących oddziałów. W dodatku piloci amerykańskich bombowców popełnili karygodny błąd i zamiast Cassino zbombardowali Venafro, gdzie mieściły się siedziby dowództw brytyjskich. Po 11 dniach, na pozycje wyjściowe wycofały się resztki sił Nowozelandzkich. Straty w ludziach były tak duże, że musiano całkowicie rozwiązać korpus.

Przez dłuższy czas, ofensywa ograniczała się tylko do bombardowań i ostrzału artyleryjskiego, a samo wzgórze wydawało się nie do zdobycia.

W tym momencie odpowiedzialność za zdobycie Monte Cassino, przejmują polscy żołnierze z 2 Polskiego Korpusu pod dowództwem Gen. Władysława Andersa, który na dzień przed planowanym natarciem wygłosił odezwę do swoich podkomendnych:

Żołnierze!

Kochani moi Bracia i Dzieci. Nadeszła chwila bitwy. Długo czekaliśmy na tę chwilę odwetu i zemsty nad odwiecznym naszym wrogiem. Obok nas walczyć będą dywizje brytyjskie, amerykańskie, kanadyjskie, nowozelandzkie, walczyć będą Francuzi, Włosi oraz dywizje hinduskie. Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego Narodu, podtrzymywać nas będą duchy poległych naszych towarzyszy broni. Niech lew mieszka w Waszym sercu.

Żołnierze – za bandycką napaść Niemców na Polskę, za rozbiór Polski wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa i katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony wywiezionych Polaków jako niewolników do Niemiec, za niedolę i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę – z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych Bóg, Honor i Ojczyzna.

Gen. Dywizji Władysław Anders

Atak rozpoczyna się o 1:00 w nocy z 11 na 12 maja, poprzedzony przygotowaniem artyleryjskim. Na głowy polskich żołnierzy posypały się serie karabinów maszynowych, pocisków artyleryjskich, granatów i moździerzy, a dodatkowo cały teren był zaminowany. Niemcy mieli świetny wgląd na wszelkie ruchy prowadzone u stóp góry, a i zajmowane przez nich umocnione pozycje dawały im ogromną przewagę. Pomimo dużych strat i silnego oporu, naszym rodakom udało się związać walką niemieckie siły w taki sposób, aby ci nie mogli przerzucać swoich oddziałów w inne rejony, atakowane np. przez oddziały brytyjskie. Jednym słowem, żołnierz polski wziął na siebie cały ciężar walki o Monte Cassino. Tutaj wielkie uznanie należy się także polskim zaopatrzeniowcom, którzy w rejon walk dostarczyli łącznie 300 ton amunicji i sprzętu. Tutaj także walczył miś Wojtek w stopniu kaprala, niedźwiedź z 22 kompanii zaopatrzeniowej 2 korpusu, oswojony i wychowany przez polskich żołnierzy. Walki były bardzo ciężkie i natarcie chwilowo ustało, z powodu wielu niemieckich kontrataków. Dnia 16 maja, walki wybuchają na nowo. 16 Lwowski Batalion śmiałym atakiem, przejmując bunkier po bunkrze, zajmuje „Widmo”, jedną z kluczowych pozycji, niezbędnych do prowadzenia dalszego natarcia na klasztor i odpiera wszystkie niemieckie kontrataki. 17 maja w czasie kontrataku niemieckiego na San Angelo, który był również kluczowy dla zdobycia masywu, Polacy zaczęli się łamać; sierż. Marian Czapliński, który później poległ na Linii Gotów, zaintonował wówczas „Jeszcze Polska nie zginęła”, żołnierze podchwycili słowa hymnu i walka rozgorzała z nowym impetem. Jest to świetny przykład, że patriotyzm ma nieopisaną siłę, często niezauważalną i niedocenianą w czasie pokoju. Wobec groźby odcięcia sił niemieckich broniących klasztoru i postępów 2 Polskiego Korpusu, w nocy z 17 na 18 maja, Niemcy wycofują się ze wzgórza. Na ich miejsce pierwszy udaje się patrol 12 Pułku Ułanów, który zatknął na ruinach klasztornych proporzec swojej jednostki i Polską flagę. Bitwa zostaje zakończona.

18 maja 1944 roku w samo południe na ruinach klasztoru Monte Cassino polski żołnierz, plutonowy Emil Czech, odegrał hejnał mariacki, ogłaszając zwycięstwo polskich żołnierzy.

Żeby uświadomić sobie jak zaciekła i brutalna to była walka, wystarczy sięgnąć do statystyk; 923 żołnierzy 2 Korpusu poniosło śmierć, 2931 ranionych i 345 zaginionych. Polscy żołnierze, śmiejąc się śmierci w twarz, zdzierali dłonie do krwi, wspinając się na wzgórze pod ostrzałem artylerii i broni ręcznej. Atakowali umocnienia niemieckie, przedzierając się przez pola minowe, nie dając wrogowi chwili wytchnienia i sami też odpierając liczne kontrataki. Tam gdzie innym brakowało odwagi i determinacji, Polacy po raz kolejny pokazali światu, że dla Narodu Polskiego nie ma rzeczy niemożliwych.

Po zakończonej bitwie, dnia 20 maja 1944 roku, sam głównodowodzący sił sprzymierzonych w basenie Morza Śródziemnego, Marszałek Harold Alexander, uważany za jednego z najbardziej utalentowanych dowódców angielskich, napisał w swoim rozkazie do 2 Korpusu:

Żołnierze 2 Polskiego Korpusu! Jeżeliby mi dano do wyboru między którymikolwiek żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym Was – Polaków.


Komentarze (1)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)

  • 19 maja 2018 o 13:27 Jacek

    Czy my (razem z autorem) sobie w ogóle zdajemy sprawę, że na zachodzie o tym W OGÓLE SIĘ NIE MÓWI? Oglądałem niedawno program na bodajże Discovery Channel – angielski historyk podąża śladami bitwy – odwiedza wzgórze (szokuje go wielkość) i cmentarz. ANI SŁOWA O POLAKACH. „Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego.” – nie rozsławiło ani trochę! Nigdy więcej nie walczmy o obcy kraj!!!

    Odpowiedź