Kultura

Edwin Harmata: Piąty pielgrzym – recenzja


24 maja 2018 o 08:19   /   komentarzy (0)

Rozpoczynając „Drogę życia” miałem otwarty umysł. Znając kino drogi można dosyć łatwo przewidzieć przebieg fabuły, która niejednokrotnie bywa zwyczajnie nudna. Ta ścieżka może wić się jak piskorz, wykrętami, omijając akcję i niemrawo przedstawiając przemianę bohatera. „Droga życia” to jednak kino najwyższej próby, które unika banału i pozostaje krystalicznie prawdziwe, a przez to wartościowe i piękne.

Historia przedstawiona w filmie opowiada o pielgrzymowaniu, stracie i tym, co sprawia, że ludzie potrafią iść przez życie obok siebie, cały czas pozostając samotnymi. Tom, główny bohater filmu, w którego wcieli się Martin Sheen to ustatkowany człowiek dobiegający sześćdziesiątki. Przyzwyczajony do domowego życia i schematu praca-dom, nie lubił zmian, a jego życie było zwyczajnie nudne „z wyboru”. Podczas pierwszych scen filmu odbywa on ze swoim synem – Danielem rozmowę na ten temat. Emilio Estevez, czyli filmowy Daniel zwraca uwagę na ulotność życia oraz fakt, że naszym celem powinno być jego przeżycie, a nie „wybranie”. Jego ojciec zupełnie się z nim nie zgadza, lecz oboje, jako dojrzali mężczyźni, nie wdają się w dziecinne sprzeczki. Ten moment, w którym się rozstają w atmosferze niezgody później stanie się motorem, który sprawi, że stary okulista Tom podejmie się kilkumiesięcznej pielgrzymki szlakiem Świętego Jakuba w trakcie której zginą jego syn.

Wyruszając w tę drogę nie należy spodziewać się zwrotów akcji, zabawnych skeczy ani egzaltowanych emocji. W „Drogę życia” wyruszamy razem z czwórką jego bohaterów i sami stajemy się piątym pielgrzymem. Bohaterowie nie grają przed nami jak na deskach teatru. Nie ustrzeżemy tu ani egzaltowanych emocji, ani twarzy mokrych od łez, ani poruszających scen. Większość drogi spędzimy w milczeniu obserwując, jak każdy z uczestników podróży mierzy się z własnymi demonami. Sporadyczne dialogi bohaterów, które również nie są maestrią językową ani kwestiami wziętymi z kart dramatu, stanowią zwyczajne rozmowy, które równie dobrze i my moglibyśmy prowadzić dołączając do tego orszaku pielgrzymów. Ta prostota drogi, brak nadmiaru emocji i akcji tak bardzo obecnych w nowoczesnym kinie popularnym sprawia, że między kolejnymi kadrami mamy przestrzeń do przeżywania. Wędrując razem z bohaterami nie czujemy, że cisza się dłuży, a film ciągnie w nieskończoność. Dzięki tej pielgrzymce i my, jako widzowie możemy przeżyć swoją własną duchową pielgrzymkę niosąc do Santiago de Compostella to, co nam leży na sercu.

W trakcie tej podróży możemy obserwować właśnie to, co jest najpiękniejsze w pielgrzymowaniu. Piękne widoki przyrody, kadry przedstawiające zarówno góry zapierające dech w piersiach, jak i nostalgiczne zachody słońca. Ludzi, którzy potrafią wraz ze swoimi bagażami wykazywać piękno poprzez prostotę swojego życia. Zwyczajna rozmowa o kawie, dzięki minimalizmowi formy, w jaką ubrany jest film, nabiera istotnego znaczenia. Aktorzy są autentyczni, bo role, które odgrywają, nie wymagają od nich wiele. Przedstawiają wielkie problemy małych ludzi, których nie trudno nam sobie wyobrazić. Holender odrzucony przez żonę z powodu nadwagi, Kanadyjka przeżywająca traumę po dokonaniu aborcji z powodu brutalnego męża, Irlandczyk cierpiący na niemoc twórczą, który od dwudziestu lat nie zdołał spełnić swojego marzenia o napisaniu książki, to postaci niezwykle wyraziste. Każdy z nich przeżywa swój problem w samotności, a ich wspólna droga od początku jest indywidualna. Film doskonale ukazuje problem, który coraz częściej dotyka naszego społeczeństwa – samotności. Dziś rzadko można ustrzec głębokie relacje międzyludzkie, a nasze życie, choć zwykle w stadzie, pozostaje indywidualne do granic. Żyjąc obok siebie zapominamy, że powinniśmy żyć razem, a Emili Estevez, który był zarówno reżyserem, jak i scenarzystą, doskonale nam o tym przypomina. Dopiero wspólna droga postaci zmagających się z własnymi problemami zbliża ludzi do prawdziwej przyjaźni. Mimo wszelakich różnic, bagaże, które niosą zarówno dosłownie, jak i w przenośni, sprawiają, że budzi się w człowieku empatia. Pomimo swoich bagaży zaczynamy dostrzegać, że inni również muszą przez życie nieść swój ciężar. W pewnej chwili wraz z pozostałymi bohaterami zapominamy o tym, że na naszych własnych plecach znajduje się ciężar. Przecież, jak przestaniemy ciągle na niego narzekać, to będziemy się mogli szybko przyzwyczaić do tej niewygody i dostrzec ten bagaż u innych. Napięcie w filmie jest budowane stopniowo. Wraz z bohaterami coraz bardziej jesteśmy zwracani w stronę cudzych trosk. Koniec końców zapominamy o tym, co niesiemy na swoich barkach i otwieramy się na innych ludzi. Ich problemy, ciężary i traumy stają się powodem do nieskrępowanego i wyrazistego poczucia empatii oraz dojrzałego zrozumienia.

Podróż śladami zamkniętego w sobie i swoim smutku Toma daje nam możliwość przeżycia prawdziwego katharsis – niczym z antycznego teatru. Sprawia, że plecak w szafie zaczyna przypominać o wolności, która tkwi w każdym z nas i przestaje być tylko plecakiem. Staje się lekarstwem dla duszy i zwraca nas ku refleksji. Głębokiej refleksji, dla której trzeba znaleźć czas. Przystanąć w potępieńczym biegu współczesnego świata i wyruszyć w ubogą pielgrzymkę, bez zbędnego balastu oraz kontaktu ze światem. Wyruszyć w klasyczną „Drogę życia” w głąb własnej duszy, własnych lęków i słabości. Myślę, że w takiej pielgrzymce odnajdzie się każdy, kto wędrując przez własne życie zadaje sobie trudne pytania, szuka odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, czy też zmaga się z własnym małym-wielkim problemem.

 


EDWIN HARMATA
Student psychologii, biega w maratonach i trenuje kalistenikę.
W swojej publicystyce porusza tematy społeczne, w których kompiluje wiedzę z zakresu psychologii i idei narodowej, zgłębia zawiłości religii katolickiej i odnosi koncepcje filozoficzne do współczesnych wydarzeń.


Czytaj także


Komentarze (0)

Napisz komentarz

Komentarz
Nick E-mail WWW(nieobowiązkowe)