Opuszczone miasta, brak perspektyw na przyszłość, bezrobocie, problem komunikacyjny –  to nie są wizje z przeszłości, ale obecne kłopoty, z jakimi mierzy się wielu Polaków. Niechętnie jednak zaglądamy w takie obszary, jeszcze niechętniej o nich mówimy i piszemy. Nie wspominając już o tym, że takiej Polski na Wiejskiej, w Warszawie, praktycznie nikt nie widzi i nie chce widzieć. Wieżowce zachodnich korporacji dość dobrze ukrywają taki stan rzeczy i odgradzają duże miasta od reszty.  Znaleźli się jednak tacy, którzy mierzą się z tymi wyzwaniami. Jedną z tych osób jest Magdalena Okraska.

W naszym środowisku znana przede wszystkim jako żona Remigiusza Okraski związanego z „Nowym Obywatelem”. Łamiąc jednak szkodliwe stereotypy jakoby kobieta musiała się określać na tle mężczyzny, chętnie przedstawię w kilku słowach autorkę reportażu „Nie ma i nie będzie”. Okraska jest etnografką, nauczycielką, a jak sama o sobie pisze „zwykłą dziewczyną z prowincji. Od kilkunastu lat działa społecznie dla wspólnego dobra w stowarzyszeniach, nieformalnych organizacjach i związkach zawodowych. Wspiera każdą walkę i strajk skrzywdzonych. Mieszka w Zawierciu.”  Dość głośno było również o jej słowach z 2019 roku podczas wyborów: „Mam poglądy lewicowe. W niedzielę zagłosuję na PiS”. W zasadzie oboje z mężem potrafią z niezwykłą precyzją wytknąć wszystkie błędy nowoczesnej, liberalnej, bananowej lewicy.

Mnie przede wszystkim zainteresowała jako reportażystka, która świetnie rozumie problemy polskiej prowincji. Pierwszy raz spotkałam się z jej piórem w 2018 roku przy książce „Ziemia jałowa. Opowieść o Zagłębiu”.  Opisuje w niej Zagłębie Dąbrowskie – wyludnione po likwidacji fabryk miasta, ruiny zakładów, zdewastowane centra i opuszczonych ludzi. Na ziemi jałowej, niczyjej, gdzieś pomiędzy Śląskiem a Małopolską. Rozlicza tzw. transformację bardzo celnie, bez ozdobników i przesady. Pokazuje stan naszego państwa, z którym nikt nie chce się zmierzyć. 

Podobnie jest zresztą w najnowszym reportażu pt. „ Nie ma i nie będzie”. Jak czytamy w zapowiedzi: „To nie jest podróż śladem Polski B czy Polski C, bo nie ma sensu dodawać kolejnych liter. To po prostu Polska – oszukana przez Balcerowicza, zachłyśnięta wczesnym kapitalizmem, łatana bez ładu i składu przez kolejne ekipy polityczne. W “Nie ma i nie będzie” autorka jedzie do miast, o których wszyscy słyszeli, ale nikt ich nie odwiedza. Pyta o przemysł, pracę, ale przede wszystkim po prostu o życie. Opowiada o Polsce, która tkwi pomiędzy dawnym a nowym.” I właśnie te najzwyklejsze rozmowy z mieszańcami miast, są najcenniejsze w tym reportażu. Zwykli ludzie, którzy zmagają się z niezwykłymi rzeczami. Niezwykłymi, ponieważ nie do pomyślenia jest, że są jeszcze miejscowości, w którym pójście do lekarza czy dostęp do komunikacji jest praktycznie na zerowy poziomie. Nie raz słyszałam, że skoro linie są nierentowne to trzeba wszystko pozamykać, a ludzie niech sobie jeżdżą na rowerze. Takie właśnie rady dają politycy. Urodziłeś się na takim terenie to masz problem, radź sobie sam.  Okraska wychodzi do tych ludzi i słucha tego, co mają do powiedzenia, a nam przedstawia ten świat w całym jego wymiarze. 

[FRAGMENTY]

Nie wiem, czego szukam, przez przynajmniej jedną trzecią czasu właściwie niczego. Chcę po prostu zobaczyć, dotknąć, zaciągnąć się zapachem tych konkretnych osiedli. Posłuchać, o czym mówią ekipy rozpijające pół litra i radlery na murku, albo co krzyczy z balkonu niespecjalnie trzeźwy człowiek. Noc nadaje kształtom miękkość, chowa brzydsze, oświetla tylko niektóre punkty. Przede mną nic jednak nie trzeba chować, bo lubię słowiańską pstrokaciznę, zamęt, hałas i ten wałbrzyski palimpsest.

Nigdy nie interesowała mnie Polska sukcesu.  Sukces zawsze ma swoich piewców, łatwo go opisać. Zamiecie się pod dywan kilka niewygodnych szczegółów i wychodzi zgrabna historia nieprzerwanego rozwoju – kupił, przejął, zarobił, otworzył, udało mu się. Sukces nie jest opowieścią, której brak tuby i platformy. Jest mnóstwo chętnych, by o nim mówić. Porażka ma wiele ojców i matek – albo nie ma żadnych. Bywa uznawana za chorobę zakaźną. Można ją opisać, ale najlepiej nie wchodzić zbyt głęboko w ten świat, bo i tak nic się nie da zrobić.

Nie do końca wiem, w jaki sposób pisać i mówić o bolesnej, wyniszczającej likwidacji przemysłu, by uniknąć okrągłych eufemizmów, które nawet po dwudziestu czy trzydziestu latach nie wydają się adekwatne ani uczciwe. Te wszystkie „zakład zamknięto”, „przestało działać”, „zakończyła funkcjonowanie”, albo, przeciwnie, te nagrody pocieszenia: „udało się ocalić”, „udało się częściowo przywrócić”, to język kolorowych folderów, reklam i klepania się po ramionach. Mieszkańcy skrzywdzonych miast go nie używają. Mówią „zabrali”, „ukradli”, „rozwalili”. Mówią „i po co to było?”. Każdy kotlet schabowy i piwo z przyjezdnymi to osobna, osobista historia likwidacji, znikania miasta. Mają ją osiemdziesięciolatkowie, pięćdziesięciolatkowie i trzydziestolatkowie.

Zbiór esejów dostępny jest w księgarniach od 25 kwietnia br., wydany przez Wydawnictwo Ha!art.  Polecam.

Artykuł ukazał się w miesięczniku “Szturm”

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię