Kiedyś napisałam takie zdanie, że kochając kino, szukam w nim różnych aspektów, ale przede wszystkim zwracam uwagę na historię, która ma sprawić, że będę chciała o niej myśleć. I właśnie dwie, chociaż zupełnie inne kreacje, zainspirowały mnie to napisania niniejszego artykułu. Zaznaczam, że nie będą to recenzje, ale wykorzystanie pewnych motywów, które dobrze ze sobą współgrają. Obie produkcje oczywiście gorąco polecam.

Jako aktywiści często stajemy przed trudnymi wyborami, podejmujemy decyzje, które będą potem wpływać na wiele aspektów naszego życia. Bywa, że po prostu zmieniają go całkowicie. Można to rozpatrywać na różnych płaszczyznach – relacji ze znajomymi, w poszukiwaniach pracy, odbiorze naszej osoby przez lokalne środowisko i wreszcie – stosunkach z rodziną. Właśnie to ostatnie zagadnienie chciałam rozwinąć na podstawie dwóch historii, które możemy zaobserwować w filmach „Przemytnik” (produkcja z 2018 roku, dostępna online) oraz „Książę” (szukajcie w kinowych repertuarach).

Z „Przemytnikiem” w reżyserii ukochanego Clinta Eastwooda zapoznałam się zaraz po jego polskiej premierze, w niewielkim studyjnym kinie. Produkcja w głównej mierze przedstawia historię doświadczonego Earla, który na starość zostaje tytułowym przemytnikiem. Mężczyzna w mgnieniu oka zarabia sporo pieniędzy, a to, co miało być jednorazową fuchą, wkrótce staje się jego pełnoetatowym zadaniem. Bardzo zainteresował mnie jednak wątek jego relacji z rodziną. Widać je już od pierwszych kadrów, w których poznajemy bohatera jako duszę towarzystwa i gwiazdę hermetycznego światka hodowców kwiatów ozdobnych. Earl poświęca roślinom, ale tak naprawdę sławie i pieniądzom całe swoje życie, łącznie z bliskimi. Kilka lat później jego biznes upada, dom przejmuje bank, a rodzina, poza wnuczką, nie utrzymuje z nim kontaktu. Mężczyzna nie wyciąga żadnych wniosków i kiedy poznaje grupę meksykańskich przemytników, zaczyna z nimi współpracować, aby ponownie odbudować swoją pozycję, niestety w kontekście rodziny nie zmienia niczego. Padają bardzo wymowne słowa od córki Earla, która zarzuca mu, że zawsze liczyło się, to co powiedzą o nim inni, że zawsze był i pomagał innym – na każde zawołanie. Nigdy jednak nie dbał o to, kim jest w oczach swojej rodziny.

Dość podobną refleksję poczułam, oglądając nowość kinową „Książę”. Historię opartą na faktach, którą ogląda się jednym tchem. Wszystko dzieje się w Wielkiej Brytanii lat 60. – w czasie, kiedy cała społeczność żyje zuchwałym skokiem na Galerię Narodową i kradzieżą cennego obrazu. Jak się okazuje zamieszany jest w to skromny taksówkarz Kempton Bunton. To człowiek, który lubi swoje proste życie, kocha żonę i synów, ale nie znosi wszelkiej niesprawiedliwości. Pod tym względem jest niepoprawnym idealistą, co nierzadko wpędza go w mniejsze lub większe kłopoty. Kradzież bezcennego obrazu to z pewnością jego największy życiowy wyskok, ale cel jak zawsze szlachetny. Kempton w anonimowych listach proponuje władzom zwrot dzieła, pod warunkiem wprowadzenia pewnych świadczeń na rzecz najbiedniejszych. Powiem szczerze, że naprawdę trudno nie polubić tego starszego, poczciwego człowieka (w tej roli świetny Jim Broadbent). Samotne pikiety w deszczu, happeningi przed rządowymi budynkami. Widać człowieka, którego przepełnia pasja, idea i jako widz z całych sił mu kibicujesz. Złapałam się na tym, że zaczęła mnie irytować postawa jego żony, która ciągle miała jakieś pretensje. Z rozwinięciem historii dowiadujemy się jednak, że nad rodziną „unosi się” bolesna historia, z którą nie potrafią się do końca zmierzyć. Dość dobrze udało mi się zrozumieć głównego bohatera, który czasami bez większych sukcesów walczy o to, co dla niego ważne. Jednak odwracając sytuację, możemy dostrzec upierdliwego starca, który zamiast pomóc żonie i w końcu pójść do pracy, traci czas na przysłowiową „walkę z wiatrakami”. Nie jest żadnym wsparciem dla swoich bliskich, ba, wplątuje ich w różne kłopoty, co chwilę trafiając do więzienia.

Nie wiem, czy tak, jak ja, macie wrażenie, że skądś to znacie ;). Ile razy zastanawialiście się nad wyborem – działalność a rodzina. Ile razy przez nasze działania, cierpieli nasi bliscy, a my nie byliśmy dla nas wsparciem, za to usprawiedliwialiśmy się tym, że ratujemy cały naród. A czymże jest ten naród jak nie zlepkiem rodzin? W tym przecież naszej. Myślę, że wiele osób ma sobie coś do zarzucenia w tym temacie, ja na pewno. Nie zrozumcie mnie jednak źle, że brak aktywności będziemy, co tydzień tłumaczyć imieninami wujka, cioci itd. Myślę jednak, że należy znaleźć, a przynajmniej próbować znaleźć, złoty środek. To ważne, żebyśmy w oczach bliskich nie byli ani Earlem, który ceni bardziej zdanie obcych ludzi, ani Kemptonem, który świadomie naraża bliskich. 

Poznałam wiele „radykalnych” osób, które początkowo poświęcały każdą minutę na działalność, chwaląc się tym, że nie mieli czasu odwiedzić mamy czy taty, bo żyją ideą. Żadnej z tych osób już w naszym środowisku nie ma. Pojawiły się problemy, praca i nagle idea przestała mieć znaczenie. Może to, że z wieloma z Was znam się tak długo, świadczy o tym, że mimo wszystko szukamy pewnego balansu, aby to wszystko pogodzić. Przynajmniej próbujmy.

Artykuł ukazał się w miesięczniku “Szturm”

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię