Wieczorem wielka radość i poczucie triumfu, a po przebudzeniu następnego dnia, przecieranie oczu ze zdziwieniem i niedowierzaniem. Zapewne tak wyglądało kilkanaście godzin, pomiędzy 21:00 w niedzielę a poniedziałkowym rankiem, dla działaczy i sympatyków Konfederacji.

Zaczęło się dobrze – od informacji o przekroczeniu progu i uzyskaniu 3 mandatów europoselskich, ale szybko słodki sen zmienił się w koszmar. Emocje już opadają, więc można zastanowić się nad tym, co pozostaje  dyskusyjnym, czyli ocena tego, co się stało – czy można mówić o porażce, czy może raczej o dającym się przewidzieć efekcie przyjętej taktyki, a może to po prostu wypadek przy pracy i już tej jesieni, już zaraz, „ideowa prawica” zewrze szeregi i odmieni oblicze tej ziemi.

W tegorocznych wyborach zaskakujące było wszystko. Poczynając od niemrawej kampanii wyborczej, w której właściwie jedynym próbującym wyróżnić się komitetem była Konfederacja, przez kampanijną inercję partii miłościwie panującej, która to ograniczała się do przedstawiania swojej narracji za pomocą publicznej tuby propagandowej, a na rekordowej frekwencji kończąc. Gdzieś w tym wszystkim umknął w Polsce kontekst i znaczenie tych wyborów dla sytuacji na wewnątrzunijnym podwórku. Praktycznie cała demokratyczna Europa rwała szaty nad nieuchronnym wzrostem sił eurosceptycznych i w większości krajów, debata publiczna ogniskowała się wokół tematu, jaka będzie Europa, jak będzie Unia po 26 V br. Tylko w Polsce było inaczej. PiS potraktował te wybory jakby to były wybory osadzone wyłącznie w kontekście polskim i unikał odnoszenia się do kontekstu europejskiego. Tradycyjnie, pojawiły się nowe obietnice socjalne, rozwinięcie tych już złożonych, a  wszystko to z pozycji dobrego gospodarza, który biednym da i ulży, a cała reszta wybitnie politycznych kwestii zeszła na drugi plan. Demokratura szła do wyborów z niezwykle oryginalnym postulatem – odsunąć PiS od władzy. Zero własnego, pozytywnego przekazu, tylko angażowanie swojego elektoratu w myśl znanej i zgranej płyty, że jest tylko PiS i antyPiS, autorytaryzm i wolność. Wiosna, grająca taką naszą „sympatyczną liberalną lewicę” wykorzystała efekt świeżości oraz spore środki finansowe, żeby z trudem przekroczyć prób wyborczy i zdobyć 3 mandaty. Ugrupowanie Kukiza właściwie jest już projektem przeszłości i chyba tylko sam Paweł Kukiz jeszcze się łudzi, że jesienią powalczy. Lewicy w Polsce nie ma, no chyba, że za lewicę uznamy licznie reprezentowanych byłych członków PZPR na listach Koalicji Europejskiej i PiS-u. Partia Razem wygląda, jakby męczyła się sama ze sobą i nie rokuje na przyszłość. Za zwycięzcę wyborów, obok PiS-u, można uznać, mówiąc nieco humorystycznie, dawno już pogrzebaną… PZPR, której byli działacze zdobyli sporo mandatów. A gdzie w tym wszystkim umiejscowić „propolskie porozumienie ponad podziałami”, czyli Konfederację?

 

Z pustego i Salomon nie naleje

Od momentu powstania, Konfederaci liczyli na tzw. bonus za zjednoczenie. Wreszcie, po tylu latach, udało się umiejscowić w jednym komitecie całą plejadę rodzimych narodowców, liberałów, braunowców, antyszczepionkowców, prolajferów i innych. Jednak chyba nikt nie pomyślał, że podstawowym problemem tworzonych ad hoc koalicji, których nie łączą wspólne ideały, programy, czy nawet najprostsze postulaty jest brak ideologicznej określoności. Tej być nie mogło i nie było. I co ważniejsze, nikt się nawet z tym nie krył. Rozdźwięk pojawił się nawet w określeniu samego stosunku do UE, część z liderów Konfederacji przyjmowała stanowisko stonowane, umiarkowanie eurosceptyczne, a część mówiła wprost o „zniszczeniu UE”. W sprawach szczegółowych, opinii było tyle, ilu było liderów. Każdy sobie coś tam komunikował do wyborców, średnio lub wcale, nie przejmując się tym, co mówią pozostali. Tę sielankową atmosferę swoistego hydeparku zmienił bodajże jeden temat, czyli sprawa ustawy JUST ACT, u nas znanej raczej jako ustawa 447. Liderzy Konfederacji rzucili się w wir walki z żydowskimi roszczeniami i bezlitośnie punktowali PiS za bierność i służalczość wobec USA i Izraela. Dla komitetu takiego jak Konfederacja to był wymarzony temat i wygląda na to, że czynniki decyzyjne uznały, że to właśnie na nim i tylko na nim, wjadą do znienawidzonego eurokołchozu jak na fali. Jak się okazało, grzanie emocji i to konkretnie jednej emocji, to za mało, żeby pozyskać głosy.

 

Siła czy słabość?

Kolejną wartą poruszenia kwestią są struktury. Mający aspiracje polityczne konglomerat, nie może bazować jedynie na gardłowaniu w internecie i głoszeniu raz mądrzejszych, raz głupszych tez, wrzucanych na oślep do debaty publicznej i patrzeć z boku, czy to „odpali” czy trzeba szukać czegoś innego. Jeden z liderów Konfederacji przyznał podczas spotkania z wyborcami, że podjęto decyzję o tworzeniu wyłącznie emocjonalnego przekazu, bo wyszło im, że tylko tak docierają do wyborców. Wygląda na to, że coś źle im wyszło. Wracając do siły struktur. Podmioty wchodzące w skład Konfederacji okazały się zbyt słabe, żeby wyjść poza przestrzeń wirtualną i zawalczyć o zaznaczenie swojej obecności na ulicach. To subiektywne spostrzeżenie, ale poza Marszem Suwerenności i Marszem Anty447 nic więcej nie zapadło mi w pamięć, a trzeba zaznaczyć, że oba wymienione wydarzenia miały charakter centralny. Co działo się w okręgach? Tego nie wiem. Może zbyt słabo śledziłem, a może, i ku temu się skłaniam, działo się mało i było zbyt słabo eksponowane. Kolejną widoczną słabością struktur jest ich rozmiar oraz aktywność i to akurat jest bolączką nie nową, ale nadal boleśnie aktualną. Bez aktywnych struktur w Polsce powiatowej i gminnej można pożegnać się z marzeniem o walce o elektorat wiejski i mniejsze miasta, które, póki co jednoznacznie ciążą ku PiS-owi. Z pewnością nie pomogą w tym komentarze, jak ten zamieszczony przez jednego z liderów Konfederacji, który w ramach odreagowywania porażki wyborczej postanowił wrzucić post niejakiego „Pana Marka” obrażający rolników, którzy w okresie kampanijnym… w zorganizowanej w Agrounii grupie, wzięli udział w akcjach Konfederacji. Być może Panu Januszowi nie zależy na poszerzaniu grupy docelowej albo uważa, że łatwiej będzie zawalczyć o młodych, wykształconych z placu Zbawiciela, a nie o stosunkowo konserwatywnych i patriotycznych rolników. Robienie dobrego wrażenia i internetowe hufce to chyba jednak trochę za mało, żeby trafić do świadomości większej ilości wyborców.

 

Komunikowanie, głupcze!

Polska debata publiczna zdominowana jest od kilku lat przez dwa obozy. Wymiana ciosów pomiędzy rządzącym PiS-em i demoliberalną opozycją przypomina jednak bardziej starcie słonia z mrówką. Gdy tylko opozycja znajdzie jakiś punkt zaczepienia i jest przekonana, że wreszcie uda się mocno uderzyć w PiS, okazuje się, że obóz władzy znajduje temat, który przykrywa wszelkie starania opozycji lub po prostu, z żelazną dyscypliną, przeczekuje gorący okres. Patrząc z boku, nie sposób pozbyć się uznania dla skuteczności, z jaką partia Jarosława Kaczyńskiego kreuje dyskurs na dowolny temat w Polsce. Jeśli więc PiS kreuje język debaty w Polsce i szereguje, które tematy są ważne, a które nie, to czy można liczyć, że wygra się z partią rządzącą, walcząc na ich boisku? Konfederacja próbowała zagospodarować, jak już zostało napisane, jeden temat, czyli kwestię roszczeń żydowskich. Wydawało się nawet, że z pewnym sukcesem. Odbył się marsz, w internecie hasła związane z ustawą 447 i roszczeniami żydowskimi biły rekordy popularności. Jednak ostateczny wynik wyborczy pokazał, że konfederaci funkcjonowali w „komunikacyjnej bańce” i nie potrafili realnie ocenić zasięgu oddziaływania całej akcji. Przy medialnym monopolu dwóch ośrodków, jest rzeczą bardzo trudną, żeby przyciągnąć i zagospodarować uwagę wyborców na dłuższy okres, nie mówiąc już o trwałym zdobyciu ich zaufania. Dla ugrupowania walczącego w wyborach nie jest to jednak żadne wytłumaczenie jego nieskuteczności.

W 2019 roku Polska mówi językiem Jarosława Kaczyńskiego i to niezależnie czy mówimy o popierających PiS, czy walczących z nim. Rządząca partia ma swój sposób komunikacji i używa własnego kodu, który jest bardzo zrozumiały dla przeciętnego wybory. Wszystkie te slogany typu „wstawanie z kolan”, „przywracanie godności”, „chrystianizacja Europy”, czy ogólniej rzecz biorąc – godnościowo-patriotyczny dyskurs to przysłowiowy miód na wyobraźnię i serce większości Polaków. I  nie ma znaczenia, ile jest prawdy w deklaracjach składanych przez polityków PiS, znaczenie ma tylko to, że taki sposób komunikowania z wyborcami przynosi efekt i umacnia władzę. Czy w takich warunkach można myśleć, że przelicytuje się partię rządzącą używającej „jej” języka? Takie myślenie byłoby naiwnością. Nawet zwalczanie i obśmiewanie języka używanego przez polityków PiS nie jest kreowaniem swojego sposobu komunikacji, tylko pozycjonowaniem się wobec PiS-owskiego sposobu. Tutaj potrzeba czegoś zupełnie nowego, co pozwoli dotrzeć do Polaków w inny sposób niż robi to PiS i AntyPiS, a więc nie dosiadać się do stolika i brać udział w licytacji, tylko ten stolik wywrócić. Czy Konfederację na to stać? Po tym, co zobaczyliśmy do tej pory, śmiem wątpić.

 

Krajobraz po bitwie

Gdzie dzisiaj jest Konfederacja? Wydaje się, że pod względem poparcia w tym samym miejscu, w którym były podmioty tworzące ją 5 lat temu. Jeśli przeanalizujemy wynik wyborczy to zobaczymy, że w 2014 roku Ruch Narodowy i Kongres Nowej Prawicy uzyskały odpowiednio 98 626 i 505 586 głosów, czyli  po zsumowaniu 604 211. W tegorocznych wyborach, wynik „koalicji propolskiej” wypadł nieznacznie lepiej i wyniósł 621 188 głosów. Trzeba jednak pamiętać, że w Konfederacji wzięła udział większa ilość podmiotów i rozpoznawalnych liderów, że wymienię Grzegorza Brauna, Marka Jakubiaka, Kaję Godek czy Liroya. Czy można więc mówić o „bonusie za zjednoczenie”, czy raczej o minusie za zjednoczenie? W mojej ocenie bliższa prawdy byłaby ta druga odpowiedź. Biorąc pod uwagę, że w tegorocznych wyborach była prawie dwukrotnie większa frekwencja, wynik Konfederacji dowodzi tego, że elektorat, który wybiera ugrupowania eurosceptyczne w Polsce nie poszerzył się przez ostatnich 5 lat. Kwestią otwartą i wymagającą szczegółowej analizy (mam nadzieję, że analitycy Konfederacji właśnie to robią) jest odpowiedź na pytanie, czy ruchy elektoratu pomiędzy PiS, Kukiz’15, a Konfederacją stanowią istotną ilość w tych 620 tysiącach. Jeśli tak, to znaczy z jednej strony, że Konfederacja przyciągnęła zawiedzionych wyborców innych partii, ale z drugiej, że nie jest wstanie utrzymać swojego stanu posiadania i że jakaś część tych, którzy zawierzyli Ruchowi Narodowemu i Kongresowi Nowej Prawicy 5 lat temu zmieniło swoje preferencje wyborcze lub zrezygnowało z udziału w wyborach. W kontekście zjednoczenia, otwartym pytaniem pozostaje też liczba liberałów i narodowców, którzy nie zagłosowali na Konfederację właśnie dlatego, że doszło do tego egzotycznego sojuszu. Obserwując komentarze, odnoszę wrażenie, że takie zjawisko wystąpiło z większą siłą po stronie liberałów, którzy jednak mieli alternatywę w postaci listy prof. Roberta Gwiazdowskiego i to tam ulokowali swoje poparcie. Jednak daleki jestem do ograniczania tego zjawiska tylko do wzajemnej niechęci liberałów i narodowców. Zapewne znaleźli się też tacy, których odstraszyły inne filary Konfederacji, jak znany z walki o legalizację marihuany Liroy, ostentacyjnie katolicki Grzegorz Braun, czy działaczka antyaborcyjna, Kaja Godek.

Za kilka miesięcy kolejne wybory, tym razem prawdopodobnie decydujące o przyszłości politycznej niektórych liderów Konfederacji. To już nie będzie test popularności, tylko walka o przetrwanie. Nie można wykluczyć, że Konfederacja nie dotrwa do wyborów parlamentarnych, szczególnie znając przeszłe zachowania JKM, który nie jedną partię i nie jedno porozumienie w swojej wieloletniej karierze zdążył zatopić. Konfederacja to koncert gwiazd, z których każda znana jest ze sporego ego i dużych ambicji. Czy w takich warunkach można mieć nadzieję na przetrwanie projektu, być może w jakiejś zreformowanej formie? Czas pokaże. Wydaje się jednak, że dla większości środowisk tworzących Konfederację, ten „sojusz z rozsądku” jest jedyną możliwością, żeby jeszcze powalczyć o dostanie się do polityki głównego nurtu i że zrobią wszystko, żeby cały projekt nie rozpadł się do października. Zastanawia mnie jednak, czy konfederatów będzie stać na sformułowanie jakiejkolwiek spójnej agendy na jesienne wybory, która będzie wykraczała poza temat roszczeń żydowskich. Prawdopodobnie to właśnie w sprawach zasadniczych będzie najtrudniej o porozumienie, chyba że któraś ze stron postanowi poświęcić swoje pryncypia, żeby tylko dowieźć projekt (a w domyśle swoich liderów) do zasadniczego celu, jakim są mandaty poselskie.

Aleksander Krejckant – członek ONR, europeista

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię