W czasach PRL-u tzw. „władza robotnicza” niejednokrotnie pokazywała swój rzeczywisty stosunek wobec robotników, szczególnie gdy ci owej władzy mówili wprost co o niej sądzą. Jako pierwsi tragicznie przekonali się o tym robotnicy poznańscy, których protesty z czerwca 1956 roku utopiono we krwi. W latach późniejszych dochodziło do wielu podobnych wydarzeń, jednak szczególne wspomnienie należy się protestom, jakie znamy pod nazwą „wydarzeń grudniowych”. Tym bardziej, że w tym roku minie dokładnie 45 lat od tych tragicznych dni.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Polacy coraz mocniej przygotowywali się, aby móc obchodzić je jak najuroczyściej. Tak jak i dzisiaj, przygotowania do świąt stanowią dość mocną wyrwę w rodzinnym budżecie grudniowym. Ale wtedy sytuacja miała jeszcze bardziej się skomplikować. Już pod koniec listopada 1970 roku władze partyjne zadecydowały o drastycznych podwyżkach cen detalicznych żywności, przede wszystkim artykułów mięsnych, zaś do publicznej wiadomości o fakcie tym poinformowano w sobotę wieczorem 12 grudnia.

Pierwsze protesty miały miejsce już najbliższego dnia roboczego, tj. w poniedziałek 14 grudnia. Wtedy to robotnicy Stoczni Gdańskiej (wtedy im. Lenina) odmówili podjęcia pracy i skierowali się w liczbie kilku tysięcy pod znajdującą się nieopodal siedzibę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Domagano się wstrzymania podwyżek cen oraz dymisji przedstawicieli władzy odpowiedzialnych za owe podwyżki na czele z I sekretarzem KC PZPR Władysławem Gomółką, premierem Józefem Cyrankiewiczem oraz wicepremierem Stanisławem Kociołkiem. Doszło także do starć z milicją.

Nazajutrz, 15 grudnia protesty w Gdańsku były kontynuowane. Wielotysięczny tłum po raz kolejny starł się z milicją, lecz wtedy ta użyła broni palnej. Nie przeszkodziło to jednak protestującym w podpaleniu budynku komitetu wojewódzkiego partii. W mieście wprowadzono godzinę milicyjną. Tego samego dnia gdyński komitet strajkowy złożony z przedstawicieli największych zakładów w mieście, m.in. Stoczni im. Komuny Paryskiej, Dalmoru i innych złożyli na ręce przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni, Jana Mariańskiego swoje postulaty. Jeszcze najbliższej nocy cały komitet został zatrzymany przez milicję.

Najgorsze jednak dopiero miało nadejść. Stosunkowo spokojnego 16 grudnia telewizyjne orędzie wygłosił wicepremier Kociołek, w którym nawoływał do zachowania spokoju i do udania się następnego dnia do pracy. Nie raczył jednak wspomnieć o tym, że do Gdyni skierowane zostały już oddziały wojska, zaś udający się do pracy stoczniowcy mieli się natknąć na uzbrojonych po zęby żołnierzy.

Był bardzo wczesny poranek 17 grudnia. Z popularnej trójmiejskiej SKM-ki na stacji Gdynia Stocznia wysiadło mnóstwo ludzi. Wszyscy kierowali się na kładkę dla pieszych, prowadzącą ze stacji w różne strony, m.in. stoczni. Idący do pracy ludzie napotykają żołnierzy blokujących dojście do stoczni. Zdezorientowani stoczniowcy, którzy przecież szli do pracy na apel samego wicepremiera, starają się przejść przez blokadę. Padają strzały, są zabici i ranni. Kilka godzin później przez Gdynię przechodzi wielotysięczna manifestacja, która starła się z milicją. To z tej manifestacji pochodzą najbardziej znane zdjęcia filmowe przedstawiające wydarzenia grudniowe, w tym zdjęcia przenoszonych na drzwiach zwłok 18-letniego Zbigniewa Godlewskiego, który został zastrzelony w Gdyni Stoczni. Tego dnia w Gdyni, według oficjalnych danych ginie 18 osób.

Choć oczywiście najbardziej znane epizody tych wydarzeń miały miejsce w Trójmieście nie sposób zapomnieć o innych miastach północnej Polski, które dołączyły do strajków. Największe z nich miały miejsce w Szczecinie, gdzie na ulice wyszli stoczniowcy ze Stoczni Szczecińskiej oraz w Elblągu. We wspomnianym Szczecinie doszło też do starć, w których wojsko i milicja użyły broni palnej. Zginęło 16 osób. 1 ofiara śmiertelna padła też w Elblągu. W dodatku była to osoba w ogóle nieuczestnicząca w strajkach.

Ofiarami tej zbrodni nie byli jednak tylko pomordowani. Rodziny tychże już od pierwszych godzin od śmierci bliskich musiały przeżywać gehennę. Władze nie pozwoliły żadnej z rodzin godnie pożegnać zabitego męża, ojca czy brata. Wszyscy zabici zostali pochowani na trójmiejskich cmentarzach w okolicznościach urągających ludzkiej godności. W nocy, bez godnej ceremonii pogrzebowej, często nawet bez rodzin mogących odprowadzić ich w tę, mimo wszystko ostatnią drogę. Tylko niektóre z rodzin, zwleczone w środku nocy z łóżek przez SB, miały taką możliwość.

Mimo, że od tamtych wydarzeń minie zaraz 45 lat, to jednak nikt kto w rzeczywisty sposób był odpowiedzialny za tę masakrę, nie poniósł za to kary.

Arkadiusz Skrzypczak

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię