Od jakiegoś czasu rząd stara się poprawić byt najbiedniejszych Polaków. W tym celu zaplanowano stopniowe podnoszenie płacy minimalnej, czego pierwszym aktem było ustalenie jej na poziomie 2600 zł brutto od 1.01 br. czy szereg programów redystrybucji dochodów (500+, „trzynastka” dla każdego emeryta itp.).

W najbliższych latach wysokość płacy minimalnej ma osiągnąć poziom 4000 zł brutto. Równocześnie rząd ułatwia podejmowanie pracy w Polsce obcokrajowcom. Dotyczy to także obywateli państw, którzy do tej pory potrzebowali wiz i pozwoleń na podejmowanie pracy w Polsce. Pozornie sprawy te nie łączą się ze sobą. Niektórzy tłumaczą to faktem, iż potrzebnych jest coraz więcej „rąk do pracy”, a tych rzekomo w Polsce brakuje. Inni uważają, że obcokrajowcy mają zajmować się pracami, których nie chcą wykonywać Polacy. Jeszcze inni nie widzą w tym nic złego, bo przecież obcokrajowcy płacą podatki i pracują, a nie żyją z obrzydliwego i mitycznego socjalu. Ogółem jednak wszystkie te grupy łączy pozytywny, często bezkrytyczny stosunek do zatrudniania cudzoziemców.


W związku z powyższym wiele osób nie bierze nawet pod uwagę możliwości zamknięcia albo chociaż ograniczenia polskiego rynku pracy dla obcokrajowców. Dobrym przykładem tego typu gospodarki były Czechy. To właśnie w tym małym państwie w ubiegłym roku bezrobocie było najniższe na tle całej Europy, tj. 2,3% (1). Tamtejsze przedsiębiorstwa – także miejskie i państwowe – zamiast masowo zatrudniać imigrantów z coraz bardziej egzotycznych państw Europy, jak i innych kontynentów postawiły na wzrost wynagrodzeń. W związku z tym nowym kierowcom komunikacji miejskiej, w drugim co do wielkości czeskim mieście – Brnie, oferowano premie w wysokości trzech miesięcznych pensji, a marka Skoda zwiększyła wzrost wynagrodzeń z tytułu premii i nadgodzin aż o 20% (2). W tym miejscu warto zauważyć, że w ciągu 10 lat największy wzrost pensji odnotowano w służbie zdrowia oraz pomocy społecznej. Było to aż 51% (3). Pracownicy marketów i supermarketów wywalczyli sobie ponad 10% wzrost wynagrodzeń w okresie jednego roku(4).


Czesi postawili na walkę o podniesienie pensji, ale nie jako cel sam w sobie. Celem jest transformacja ogółu krajowej gospodarki. Południowi sąsiedzi Polski pragną przestać być podwykonawcą świadczącym usługi np. dla zawsze silnych gospodarczo Niemiec i stać się finalnym producentem. Oznaczałoby to postawienie na technologię rozwiniętą na bardzo wysokim poziomie oraz wytwarzanie bardziej zaawansowanych technologicznie produktów. Takie działania z pewnością będą korzystne zarówno dla poziomu życia Czechów, jak i rozwoju ich państwa(5).


Jeszcze w 2018 roku Czesi otworzyli jednak swój rynek pracy dla Ukraińców. Otwarcie rynku pracy oznaczało jednak zatrudnienie 20 tysięcy Ukraińców (6), a nie ponad 2 milionów – jak zrobiono to w Polsce. Otwarcie rynku pracy wynika z problemów demograficznych Republiki Czeskiej. Wynoszące niecałe 2,5% bezrobocie to nieco ponad 200 tysięcy Czechów szukających pracy, tymczasem poszukiwanych jest dodatkowo ok. 50 tysięcy pracowników. Niemniej warto zauważyć, że Czesi starali się załatać część luki sprowadzaniem imigrantów, nie zaś zastopować wzrost pensji, sprowadzeniem znacznie większej liczby, niewymagających wyższych pensji, pracowników z krajów wschodnich(7). Tu ponownie nasuwa się różnica pomiędzy tym krajem a Polską.


Na uwagę zwracają także zachowania samych władz Czech, które twardo trzymały się swojego stanowiska sprzeciwu wobec „dumpingu” wynagrodzeń. Tłumacząc na mowę potoczną chodzi o to, że Ukraińcy w Czechach mogą liczyć na takie same zarobki, jak rodzimi pracownicy. Jest to kontrast nie tylko do Polski, ale także państw Europy Zachodniej, w której imigranci z Europy Wschodniej – często także Polski – niemal zawsze liczyć mogli i dalej mogą na pensję na niższym poziomie niż – przykładowo – Brytyjczycy, Niemcy lub Francuzi(8).


Polacy mogą służyć jako przykład skrajnie odmiennego stanowiska niż to reprezentowane przez Czechów. Zarówno polscy emigranci zarobkowi, jak i imigranci są doskonałą ilustracją dla słynnego hasła francuskiego filozofa Alaina de Benoista „Imigracja – armia rezerwowa kapitału”.


De Benoist jako Francuz zaangażowany politycznie doskonale wiedział, o czym mówi. To właśnie w jego Ojczyźnie imigranci zarobkowi liczyli 800 tysięcy osób jeszcze w XIX wieku. Należy w tym miejscu pamiętać, iż ludzie byli wtedy znacznie mniej mobilni niż obecnie. Milion imigrantów osiągnięto we Francji jeszcze w 1911 roku(9). De Benoist trafnie zauważył, że gdy zaczyna brakować „rąk do pracy” to pracodawcy mogą skorzystać z dwóch rozwiązań. Pierwszym jest podniesienie płac, a drugim rekrutacja cudzoziemców. Jako przykład podniesienia płac podaje on Japonię. Istotnie do dzisiaj nie jest łatwo podjąć pracę w tym kraju cudzoziemcom. Wynika z tego także fakt, iż japońskie przedsiębiorstwa od lat pozostają w czołówkach swoich sektorów rynku – zwłaszcza gdy dotyczy to korzystania z wysokorozwiniętych technologii(10).


Co to oznacza dla Polski? W skrócie mówiąc – nic dobrego. Pod względem gospodarczym nasz kraj sztucznie zwiększy swoje PKB, jednak nie wpłynie to w żaden sposób na poprawę bytu przeciętnego Polaka. Wzrost płac – innych niż pensja minimalna – został spowolniony. Równocześnie cały czas rosną koszty życia i konsumpcji. Wpływ na to ma sam rząd, który proponuje różne „dziwne” podatki jak np. podatek od napojów słodzonych czy większa akcyza na napoje alkoholowe. Może podatki zmniejszą ilość kupowanych w Polsce napojów gazowanych czy alkoholu, ale nie oznacza to, że Polacy będą pić mniej. Mieszkańcy terenów przygranicznych zwyczajnie zaczną kupować tego typu towary za granicą. Ponownie ruszy także „produkcja domowa” – dotyczy to zwłaszcza napojów alkoholowych.


Dla samej polskiej gospodarki korzystniejszym byłoby, aby wzorem czeskim, starała się ona przestać być montownią dla zachodnich koncernów, a stała się producentem wysoko rozwiniętych dóbr. Rodzaj produkowanego towaru ma bezpośredni wpływ na wysokość płac. Pracownik produkcyjny high- tech zarabia zdecydowanie więcej niż pracownik wykonujący wszystkie czynności ręcznie. Wynika to z założenie, iż jest bardziej wykwalifikowany, ale także tworzy produkt bardziej skomplikowany.


Polska zatrudniała w ciągu ostatnich lat kilka milionów pracowników ukraińskich i innych cudzoziemców. Wobec otwarcia niemieckiego i innych zachodnich rynków pracy na pracowników z Ukrainy, ich napływ do Polski powinien zwolnić, a w dłuższej perspektywie całkowicie się zatrzymać.

Andrieje i Tatiany będę woleli emigrować ze swojego kraju do państw, które są w stanie zaoferować im wyższe pensje niż Polska, a przy tym koszty życia są w nich – proporcjonalnie – niższe. Rodzimi neoliberalni ekonomiści przy współudziale pseudoprzedsiębiorców, których przedsiębiorstwa mogą być konkurencyjne jedynie ze względu na najniższe, w Unii Europejskiej koszty pracy wymyślili już rozwiązanie tej kwestii.


Polskie przedsiębiorstwa mają zacząć zatrudniać bowiem imigrantów z krajów Dalekiego Wschodu. Przykładem może być szczecińska stocznia, która już w zeszłym roku zadeklarowała chęć zatrudnienia 1000 Filipińczyków(11).


Na szczecińskim przykładzie dobrze widać, jakie będą mechanizmy sprowadzania imigrantów z odległych od Polski rejonów. Po pierwsze mają – teoretycznie – być odpowiednikiem niemieckich gastarbeiterów. Mają wykonać pracę w ramach kontraktu i wrócić do swojej ojczyzny. Jak to się skończyło w Niemczech? Wystarczy spojrzeć, jak wygląda ten kraj obecnie i pamiętać, że imigracja do niego nie rozpoczęła się podczas rządów A. Merkel, a po II wojnie światowej. Nowi imigranci mają także spełniać populistyczne hasła przedsiębiorców. Mają nie być muzułmanami, w związku z czym mają nie sprawiać kłopotów, nie robić zamachów terrorystycznych itp. Mają być dobrymi fachowcami(12), osiedlić się w Polsce tylko tymczasowo, a także przebywać tu bez swoich rodzin.


Zagrożeniem nieekonomicznym będzie całkowite rozbite państwa jednolitego narodowościowo i etnicznie. Można tłumaczyć Filipińczyków ich katolicyzmem a Chińczyków „pracą za miskę ryżu” – co na marginesie już dawno nie jest prawdą – lecz nie zmienia to faktu, że ściągnięcie każdej większej grupy imigrantów wpływa destrukcyjnie na kwestie monoetniczności i jednolitości narodowej.


W związku z powyższymi faktami należy przede wszystkim pamiętać, że Polacy nie powinni być niewolnikami gospodarczych wskaźników czy nawet samej gospodarki. W swoim założeniu to właśnie gospodarka miała służyć ludziom, nie na odwrót.

 

[1] Pracownicy w Czechach wygrywają walkę o płace. „Początek wieloletniego procesu”https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/praca/place-w-czechach-maja-rosnac-pracownicy-wygrywaja/, dostęp w dniu 10.02.2020

[2] tamże

[3] Potężny wzrost wynagrodzeń w Czechach. Jest lepiej niż w Polsce. https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/praca/srednia-placa-brutto-w-czechach-i-kw-2018-r/r0k40sh, dostęp w dniu 11.02.2020

[4] tamże

[5] Gwałtowny wzrost wynagrodzeń w Czechach. To dopiero początek wieloletniego procesu. https://forsal.pl/artykuly/1126972,gwaltowny-wzrost-plac-w-czechach-to-dopiero-poczatek-wieloletniego-procesu.html, dostęp w dniu 11.02.2020

[6] Czesi i Słowacy podkradają nam Ukraińców. To może być dobra wiadomość. https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/czesi-i-slowacy-podkradaja-nam-ukraincow-to,118,0,2417014.html, dostęp w dniu 11.02.2020

[7] tamże

[8] tamże

[9] Alain de Benoist, Imigracja – armia rezerwowa kapitału https://www.nacjonalista.pl/2011/08/25/alain-de-benoist-imigracja-armia-rezerwowa-kapitalu/, dostęp w dniu 10.02.2020

[10] tamżę

[11]Stocznia Szczecińska zatrudni 1000 Filipińczyków! Dyrekcja tłumaczy https://nczas.com/2019/08/06/stocznia-szczecinska-zatrudni-tysiac-filipinczykow-dyrekcja-tlumaczy-nie-mamy-pracownikow/, dostęp w dniu 14.02.2020

[12] Pamiętacie jak zwolennicy przyjmowania tzw. „uchodźców” tłumaczyli, że wśród nich są sami lekarze, adwokacji i inżynierowie? Brzmi znajomo.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię