Młode pokolenie Polaków, wykarmione antytożsamościową popkulturą oraz wpajającą ,,pedagogikę wstydu” propagandą III RP, szuka dziś punktów odniesienia w historii. To zjawisko w obecnych realiach zrozumiałe i pożyteczne. Niesie ono jednak ze sobą niebezpieczeństwo zatrzymania się na przeszłości i zaniechania twórczości własnej.

Opieranie się na historii jest łatwe. Odcinanie kuponów od dawnych dziejów i ogrzewanie się w blasku minionych pokoleń pozwala podnieść poczucie własnej, narodowej wartości. Przyjemnie jest patrzeć w przeszłość i lubować się w zwycięstwach (tych realnych i tych moralnych, które Polacy szczególnie umiłowali) minionych pokoleń. Co jednak będzie, gdy spojrzymy w przyszłość? Czy damy kolejnym pokoleniom tyle, ile otrzymaliśmy od minionych?

Dzisiejsze czasy nie sprzyjają twórczości. Rozwój technologii sprawił, że człowiek naszej cywilizacji nie musi się zbytnio wysilać, by osiągnąć to, nad czym jego przodkowie mozolili się w pocie czoła. Nie ma dziś konieczności krzesania ognia, ani kopania studni. Aby się najeść nie trzeba orać ziemi radłem, ani wyruszać na łowy. Potrzeba przestaje być matką wynalazków, bo jej zaspokojenie jest o wiele łatwiejsze. Opieranie się na dorobku dawnych pokoleń jest zatem często wyrazem uświadomienia sobie własnej słabości. Tak, jakby człowiek współczesny uznał, że nie jest w stanie dokonać niczego wielkiego. Mickiewiczowskie ,,dalej, bryło z posad świata, nowymi cię pchniemy tory” brzmi dziś jak romantyczna bujda dla niedojrzałych, pryszczatych zapaleńców.

Jan Mosdorf w książce ,,Wczoraj i jutro” pisał: ,,Każde pokolenie musi własnym wysiłkiem z materiałów pozostawionych przez przodków i tych, które zmieniona rzeczywistość jemu dopiero udostępniła budować na nowo swą własną syntezę, tak jak poszczególny człowiek ustawicznym trudem musi co dzień budować na nowo swą harmonię wewnętrzną. Nawet gdyby wyjątkowe jakieś pokolenie zbudowało syntezę niezmiernie bliską harmonii społecznej, praca jego, choć płodna w skutkach, nie uchroniłaby następców od trudów i niebezpieczeństw. Pozwoliłaby może na długoletnie korzystanie z jej owoców, ale w końcu doskonałe wzory skrzepłyby w duszach epigonów w świetne lecz martwe schematy, niezdolne do opanowania wciąż falującej rzeczywistości”. Jak zauważył Mosdorf, rzeczywistość jest ,,falująca”. Będzie się ona zatem zawsze zmieniać. A konkretnie będą ją zmieniać ludzie. Dlaczego tymi ludźmi nie mielibyśmy być my? Nie chodzi tu o porywanie się ,,z kosami na armaty”, o obalanie wielkich tego świata. Co jednak stoi na przeszkodzie w kształtowaniu tej ,,małej” rzeczywistości otaczającej nas na co dzień? Tylko nasz źle pojęty tradycjonalizm. Większości ludzi nie chce się dzisiaj brać spraw w swoje ręce. Wolą oni płynąć z prądem i lepiej czy gorzej ,,skrobać swoją rzepkę”. To idealna sytuacja dla nas. Łatwiej jest ukształtować bezkształtną masę, niż rozbijać monolit i rzeźbić go od nowa. Nasz narodowy monolit został rozbity przez lata komuny i postkomuny. Teraz trzeba nadać mu kształt, zanim ktoś to zrobi za nas.

Narodowcy nie mogą być konserwatystami. Teraz bowiem nie ma już czego konserwować. Będąc tylko epigonami dawnych pokoleń nie zostawimy nic wartościowego kolejnym. Te zaś będą patrzeć na nas jako na nieudaczników, od których otrzymali tylko złudzenie wielkości oparte na zakurzonych księgach.

Na koniec oddajmy jeszcze raz głos Mosdorfowi: ,,Dlatego nie należy przeceniać tradycji. Dążność do oparcia się o nią jest niejednokrotnie przejawem kwietyzmu myślowego, pragnącego wyręczać się wysiłkiem dawnych pokoleń. Oczywiście, skoro kogoś nie stać na twórczość własną to już lepiej żeby naśladował rodzime wzory, niż bezmyślnie małpował prądy modne zagranicą, co tak razi we wszelkich ruchach „faszystowskich”, organizacjach ze swastyką w herbie i tak dalej. Ale nie wszystko co dawne lepsze jest od współczesnego. Tradycja jest rzeczą cenną, zwłaszcza o ile jest żywa i o ile wypływa z trwałych i zdrowych cech narodu czy środowiska cywilizacyjnego, a nie jest powierzchownym nalotem lub manierą. W przeszłości znaleźć można dużo doświadczeń, z przeszłością łączą nas więzy duchowe, ślady, których wyprać doszczętnie nie podobna i nie należy, ale pamiętać trzeba zawsze, że twórczość historyczna nie skończyła się na naszych przodkach, że my również jesteśmy nie tylko potomkami lecz i przodkami. Epigonizm jest zaprzeczeniem twórczości. Zupełnie zaś chybione byłoby sztuczne odgrzewanie tradycji. Bal kostiumowy może być miłą rozrywką w karnawale, ale do pracy nie chodzi się w zbroi przodka z czasu wojen krzyżowych”.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię