Po około dwóch lat spekulacji na temat daty pierwszej gali w Polsce najlepszej na świecie, amerykańskiej organizacji mieszanych sztuk walki – Ultimate Fighting Championship, w końcu odbyła się 11 kwietnia 2015 roku w Krakowie. W tym czasie kontrakty z UFC podpisało kilku polskich zawodników MMA, prawdziwy boom wystąpił jednak w czasie bezpośrednio przed galą, gdy z rozpiski z powodu kontuzji posypało się kilku sportowców i należało zastąpić ich nadwiślańskimi zawodnikami. Karta walk stała się iście debiutancka dla większości wojowników.


Niżej podpisany prawie do ostatnich chwil myślał, że obejrzy galę na UFC Fightpass i stacji Extreme Sports Channel, która na dniach przed galą podpisała z UFC czteroletni kontrakt na transmisje głównych kart walki. Niespodziewanie jednak 9 kwietnia rano autor w zasadzie od niechcenia i bez nadziei odpowiedział na trzy pytania konkursowe zadane przez Profesjonalną Ligę MMA, dwadzieścia minut później już otrzymał odpowiedź o wygraniu dwóch biletów o wartości łącznej 800 zł. Takich okazji się nie przepuszcza, więc decyzja o wyjeździe z Gdańska do Krakowa była prawie natychmiastowa.


Kraków 11 kwietnia przywitał mnie cudowną pogodą. Czuć było już w całym mieście atmosferę sportową, gdy widziało się tłumy ludzi w ciuchach sportowych marek, popularnych ze sponsorowania czołowych polskich zawodników. Nawet na Wawelu było widać współpracowników niektórych zawodników, m.in. Mirko “Cro Copa” Filipovicia. Chwilę po siedemnastej wchodzę do Tauron Areny Kraków, wcześniej odbierając bilety od trenera Mirosława Oknińskiego, z którym także miałem przyjemność zamienić kilka zdań.
Pod areną już były spore grupy kibiców oraz popularnych z mediów sportowców, którzy ochoczo pozwalali się fotografować z fanami i przybijać piątki.
17:45 oficjalnie zaczyna się historyczna gala UFC w Polsce. Krakowska arena powoli, ale stopniowo się zapełnia. W środku opatentowanego oktagonu UFC zgromadzonych wita elektryzujący Bruce Buffer, który pojawił się na gali mimo, że w zasadzie nie zapowiada walk na galach w krajach europejskich. Kartę wstępną otwiera zupełnie jednostronny pojedynek w kategorii piórkowej Taylora Lapilusa z Rockym Lee z decyzją na korzyść tego pierwszego. W drugiej walce mamy już walkę w wadze lekkiej Polaka – Marcina Bandla z Łodzi ze Szkotem Stevenem Ray’em. Niestety, popularny “Bomba” od początku dał się zdominować przez Ray’am, próbując za wszelką cenę obalać, co gorsza, robiąc to w sposób bardzo przejrzysty dla przeciwnika. W drugiej rundzie zaliczył już ciężki techniczny nokaut, stawiając duży znak zapytania nad swoją dalszą karierą w UFC z racji odniesienia kolejnej porażki i posiadania rekordu 0-2 w UFC (poprzednia walka przegrana przez nokaut w pierwszej rundzie).
Trzecia walka – kobieca w kategorii słomkowej. Rosjanka Aleksandra Albu spuściła stójkowy łomot Polce Izabeli Badurek, która podobnie jak Bandel, próbowała tylko obalać lub klinczować, nie widząc swoich szans w wymianach kickboxerskich z bardzo silnie bijącą Moskalką, która do tej pory raczej robiła wrażenie fitnesski-modelki w Internecie niż solidnej zawodniczki. Pierwsza runda zdecydowania wygrana przez Albu, w drugiej zaś Badurek obalając wpięła się w duszenie gilotynowe, szybko odklepując tą technikę kończącą. Po tej przegranej Izabela Badurek przypuszczalnie może liczyć na kolejną walkę “o wszystko”, czyli o obecność w UFC.


Czwarta walka. W kategorii ciężkiej mierzą się Daniel Omielańczuk z Anthonym Hamiltonem. Amerykanin efektowanie zaczął walkę, w iście dyskotekowym stylu nokdałnując Polaka w pierwszych sekundach. Szybko się jednak Omielańczuk otrząsnął i zaczął się skutecznie bronić. Walka trwała pełny wymiar czasowy trzech rund, mając swoje blaski i ciekawe momenty. Ostatecznie wygrywa Amerykakin, ale Polak pokazując wielkie serce może liczyć na kolejną walkę w UFC z rekordem w tej organizacji 1-2. Niestety, kolejna polska przegrana.
W piątej walce “piórkowej” Damian Stasiak krzyżuje rękawice z Yaotzinem Mezą. Ta walka również ma swoje nagłe zwroty akcji. Kończy się ostatecznie wygraną Mezy w dwóch z trzech rund, ale oficjalne statystyki UFC pokazują, ze Polak zadał zdecydowanie więcej ciosów i miał więcej obaleń. Niestety, to tylko statystyki, bo punktowane są osobno poszczególne rundy, a nie całokształt walki. Po walce Stasiak zapowiada przejście do kategorii koguciej.
Szósta walka pomiędzy zagranicznymi zawodnikami dywizji półśredniej – Sergio Moraesem z Brazylii i Michaelem Lebout z Francji. Obaj byli zadowoleni ze startu w Polsce – Brazylijczyk w wywiadach wspominał seminaria BJJ prowadzone przez niego także w Krakowie (zapowiadając, że po walce znowu się naje “polskich kebabów”), Francuz zaś kilkakrotnie walczył w Profesjonalnej Lidze MMA, będąc także jej mistrzem. Walka w miarę wyrównana, jednak na korzyść Moraesa, któremu sędziowie przyznali zasłużone zwycięstwo.


 

W siódmej walce polski prospekt Bartosz Fabiński mierzy się z Garrethem McLellanem z RPA w kategorii średniej. Znakomity występ Polaka, który raz za razem potężnie obalał Afrykanera (przepiękne dźwięki), po czym mocno bił w parterze. Wprawdzie nie zdołał rozpędzić w pełni uderzeń łokciami z których jest znany (kilka wygranych przez TKO wskutek nich), ale także wykorzystał je nie tnących, ale też brutalnych ciosów. Trzy rundy pewnie wygrane przez Fabińskiego, jego przeciwnik nawet się nie łudził o wygrana i już w czasie ogłaszania werdyktu sędziowskiego zaczął bić brawa swojemu pogromcy. Świetny debiut Polaka, można życzyć mu tylko by matchmakerzy UFC zgodzili się na przeniesienie Fabińskiego do dywizji półśredniej, w której stoczył poprzednią walkę. Czekam tylko aż tam zacznie rzucać przeciwnikami.
Ósma i ostatnia walka karty wstępnej jest najkrótsza. Leon Edwards w ósmej sekundzie trafił potężnym lewym sierpem w szczękę Setha “The Polish Pistola” Baczynskiego, samemu już przerywając dobijanie półprzytomnego Amerykanina z polskimi korzeniami. Po walce zaś zainkasował bonus 50 tys. dolarów za nokaut wieczoru. Dla Baczynskiego mogła być to ostatnia walka dla UFC; kto wie, może niedługo zobaczymy go znowu w Polsce w rodzimej organizacji.


 

Chwila przerwy i zaczyna się karta główna walk. Sympatyczny akcent na początek – Bruce Buffer całkiem ładnie i dynamicznie wypowiada po polsku słowa “Panie i Panowie – witamy!”. Pierwszy pojedynek w kategorii słomkowej kobiet Ukrainka (choć chyba tylko formalnie, bo tłumacza mówiącego po ukraińsku niezbyt rozumiała, dopiero język rosyjski był dla niej klarowny) Maryna Moroz walczy ze Szkotką Joanne Calderwood. Ku wielkiemu zaskoczeniu (szczególnie bukmacherów, którzy oferowali ponad 5 zł za każdą złotówkę postawioną na wygraną Moroz) Ukrainka nie dość, że bardzo dobrze walczy w stójce przeciwko doświadczonej w muay thai Szkotce, ale już w połowie drugiej minuty wpuszcza ją w pułapkę parterową przechodząc do balachy, zaś Calderwood sama ją sobie dopina i odklepuje, z podejrzeniem kontuzji. Krótki respekt widowni dla Moroz kończy się w momencie, gdy zaczyna ona bezczelnie wyzywać polską mistrzynię UFC Joannę Jędrzejczyk do walki o pas. Od tej chwili aż do jej wyjścia jest kwitowana gwizdami i buczeniem publiki, szczególnie podczas wywiadu po walce, będąc zagłuszoną całkowicie na hali; Jędrzejczyk zaś raz za razem zbierała gromkie brawa gdy tylko pojawiała się na telebimach. Moroz zbiera jednak bonus 50 tys. dolarów za występ wieczoru.
W drugiej walce z Sheldonem Westcottem w kategorii półśredniej walczy Paweł Pawlak. Spisywany na porażkę łodzianin odrobił pracę domową z psychologiem na piątkę, wychodząc bez przeszkody stresu jaka przydarzyła w poprzednim pojedynku z Peterem Sobottą. Pawlak w doskonałym stylu punktuje Amerykanina, którego jedyną bronią był pasywny klincz. Świetnie walczy kickboxersko, błyskawicznie łączy ciosy w kombinacje, kończone także kopnięciami na głowę; był nawet o krok od technicznego nokautu po jednym kolanie na szczękę Westcotta. Publika odwdzięczała się za umiejętności Pawlaka, świetnie go dopingując. Naprawdę serce rosło widząc go w tak świetnej dyspozycji po poprzedniej walce z Sobottą, w której był wielokrotnie obalany i tylko bezradnie się bronił. Sędziowie nie mieli wątpliwości i znowu ręka Polaka jest w górze.


Czas na co-main event – Jan Błachowicz kontra Jimi Manuwa w kategorii półciężkiej. Niestety, “legendarna polska siła” opuściła Błachowicza. Walka toczyła się tylko w stójce, z nieudanymi próbami obaleń ze strony Polaka. Wyjątkowo kunktatorska walka kickboxerska, z pojedynczymi lub podwójnymi ciosami, bez ciekawych kombinacji, z miejscowymi klinczami pod siatką i wymianami kolan na korpus i uda z obu stron, z dominacją Manuwy w topowej pozycji przypierającego do ścian oktagonu. Nie wiadomo dlaczego po dwóch wygranych rundach narożnik Błachowicza nie przekonał go do pójścia na całość, Polak nadal walczył wyłącznie na biegu wstecznym, wiecznie się cofając i bijąc w zasadzie tylko lewą ręką, Brytyjczyk zaś w końcówce ostatniej rundy rozpędził się i podkreślił swoją dominację, umieszczając wisienkę na torcie zwycięstwa. Brytyjczyk pierwszy raz w historii wygrał przez decyzję. Mina Błachowicza wyraźnie zaskoczonego werdyktem sędziów mogła potwierdzać hipotezę, że po drugiej rundzie nadal nie wiedział że bez wątpliwości przegrywał walkę. Na konferencji prasowej po gali okazuje sie, że Manuwa walczył z zerwanymi więzadłami krzyżowymi w kolanie, mimo odradzania występu z tą kontuzją jednak podjął walkę. Po świetnym zwycięstwie nad Ilirem Latifim ta przegrana jest kubłem zimnej wody dla Błachowicza, który myślami być już w TOP 10 rankingu UFC (ostatecznie zamyka go na na piętnastej pozycji, Manuwa znalazł się na dziewiątej).
Głównym wydarzeniem krakowskiej gali jest walka Mirko “Cro Copa” Filipovicia, legendy K1 i japońskiego “Pride”, znanego z potężnych lewych kopnięć na głowę, którymi wieńczył większość zwycięstw, z Gabrielem “Napao” Gonzagą jako rewanż za pojedynek z 21 kwietnia 2007, kiedy to Brazylijczyk “wyłączył prąd” Chorwatowi potężnym i niespodziewanym kopnięciem na głowę. Publika od początku była za “Cro Copem”, chociaż zdarzały się głosy przeciwko 40-letniemu Filipoviciowi, wraz z okrzykami o “komuchu”. Były one skutkiem umieszczonego w Internecie zdjęcia Chorwata w koszulce Związku Sowieckiego; był on także posłem chorwackiej partii socjaldemokratycznej. Od początku walka układała się pod dyktando Brazylijczyka, który dobrze wymieniał ciosy, a jeszcze lepiej obalał Filipovicia, zyskując nawet dwa razy dosiad, jednak nie potrafiąc go wykorzystać do skończenia walki. Sam przypuszczałem, że w trzeciej rundzie Gonzaga w końcu skończy walkę przez TKO lub poddanie, tym bardziej ze Chorwat już miał głębokie rozcięcie na twarzy i po jakimś czasie lekarz mógłby już nie pozwolić mu kontynuować walki. Jak się okazało, walka faktycznie skończyła się w trzeciej rundzie, jednak po potężnym lewym łokciem “Cro Copa” w klinczu pod siatką, który zachwiał Brazylijczykiem, a następnie po egzekucji w parterze, w której porozcinał twarz Gonzagi i sędzia został zmuszony do przerwania pojedynku. Legenda wróciła do UFC i zwyciężyła, zobaczymy na jak długo. Obaj panowie zyskali także po bonusie 50 tys. dolarów za walkę wieczoru.
Tak zakończyła się pierwsza polska gala najlepszej organizacji MMA na świecie – UFC Fight Night Kraków, która zgromadziła około 10 tys. kibiców do tutejszej areny.


 

Na samo zakończenie – pozasportowym miłym akcentem na gali był ubiór kibiców. Naprawdę mnóstwo osób przyszło w patriotycznych, narodowych ciuchach. Cieszy fakt, że patriotyzm wchodzi do popkultury i chociaż można się spodziewać, że część osób ubiera się tak z racji mody, niedawno mogąc nosić jeszcze koszulki z “Che”, to jednak sprawiało to wrażenie, że na tak medialne wydarzenie sportowe kibic zakładał narodowe ciuchy z pełnym rozmysłem (sam też nie omieszkałem się tak ubrać). Bez cienia wątpliwości żniwo Marszów Niepodległości, które odbudowały dumę młodych Polaków i spopularyzowały “obnoszenie się” narodowością.

Jakub Albin

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię