Żył sobie niegdyś spokojny i kulturalny pan P. Mimo swego dość zaawansowanego wieku i siwego wąsa pod nosem, zawsze pozostawał dla bliźnich życzliwy, życzliwością małego dziecka. Gdy ktoś prosił o pomoc, to bez zastanowienia oddawał połowę tego, co swoje, a czasem odstępował nawet i cały posiłek, gdy go wzruszenie ścisnęło. Prostoduszny i dobry był pan P. Choć swoje życie spędził na wojnach i walkach, to niezmierzone ilości chrześcijańskiej cierpliwości zdawały się zeń wprost tryskać. Nigdy nie tracił humoru i nigdy nie mógł długo gniewać się na swoje niesforne potomstwo. Pewnego dnia do pana P przybył potrzebujący przybysz i wszystko się zmieniło.


Pan P. spoglądając na dziwnego przybysza, wzruszył się jego biedą i wpuścił go w swoje progi. Przygotował wystawną, acz skromną kolację, bo nie miał za wiele pieniędzy i z uwagą wysłuchał historii przybysza. Wędrowiec przedstawił się jako pan J i opowiedział swoją straszną historię. Opowiadał jak stracił dom, przeżył niewolnictwo, od którego uwolnił go sam Bóg, a później rozpoczął niewdzięczną tułaczkę po całym świecie. Pan P ze wzruszeniem i współczuciem kiwał głową słuchając przerażającej historii i nie dotknął nawet swojego widelca. Tymczasem głodny przybysz sięgał po kolejne potrawy opróżniając wszystkie wystawione na stół naczynia. Pan P zapytał pana J o Boga. Pan J bardzo się przestraszył, spiął się w sobie i odburknął, że wierzy w Boga i czeka na Mesjasza. Pan P, jako prawowity chrześcijanin postanowił podzielić się z nim dobrą nowiną, by i Pan J mógł się radować razem z nim. Jednak Pan J uparcie twierdził, że wszystkie fakty i świadectwa zostały sprokurowane przez Kościół i nijak nie można w nie wierzyć.


Pan P został dotkliwie ugodzony tymi oskarżeniami. W końcu Kościół to wspólnota wiernych. W latach swojej młodości za taką zniewagę srogo ukarałby swojego rozmówcę. Teraz jednak patrząc na jego mizerną postawę i przestraszony rozbiegany wzrok poczuł do niego tylko litość. Obiecał sobie spróbować przemówić mu do rozsądku innym razem i zaprowadził tymczasowego gościa do jego pokoju.


Następnego dnia okazało się, że pan J nie ma gdzie mieszkać i zapytał, czy może zostać w gościnie nieco dłużej. Pan P pamiętając wczorajszą zniewagę musiał się przez chwilę zastanowić, jednak koniec końców postanowił wziąć przykład z przypowieści o dobrym Samarytaninie i okazać dobroduszność. Wyznaczył panu J, jako człowiekowi obytemu z handlem i obrotem gotówką, obowiązek trzymania pieczy nad ekonomią gospodarstwa, ponieważ sam pracując w polu miał na to niewiele czasu. Uważał też, że zajmowanie się pieniędzmi demoralizuje człowieka odwracając go od życia wiecznego ku materialistycznym celom, toteż postanowił ten obowiązek niezbyt ciężki, ale niemiły sercu pana P, przekazać gościowi.


Pan J gospodarował pieniędzmi i prowadził gospodarstwo w sposób, który przynosił dochody zadowalające pana P. Po pewnym czasie pan J zebrał się w sobie i poprosił pana P na rozmowę. Poinformował go o nadmiarze gotówki i zapytał o możliwość czynienia inwestycji. Pan P był zszokowany skutecznością ekonomicznych działań niepozornego pana J i niemal natychmiast przystał na jego propozycję. Dookoła skromnego domostwa zaczęły powstawać kolejne budynki: stajnie, stodoły i spichlerze. Gospodarstwo kwitło, a pan J zaczął nawet dokupować ziemie, by można było hodować większe ilości bardziej dochodowego bydła. Pan P powoli przestawał poznawać swoje gospodarstwo i zaczynał podejrzewać, że tak wielka prosperity nie może być skutkiem uczciwych działań.


Pewnego wieczoru po kolacji pan P wypytał o źródła prosperity pana J. Ten jednak nie chciał udzielić jasnej odpowiedzi. Próbował wykręcać się ekonomicznymi pojęciami, sformułowaniami prawnymi, ale koniec końców, pod badawczym spojrzeniem pana P przyznał się do balansowania na krawędzi prawa i wyzyskiwaniu innych poprzez luki prawne oraz nieszczelność systemu podatkowego, czy zwyczajną naiwność. Przyznał się także do lichwiarskiej działalności. Usłyszawszy to wszystko pan P poczuł wielki gniew na pana J. Z jego gospodarstwa, które było prowadzone w sposób światły i zbudowane na pocie i krwi jego, oraz jego przodków, uczynił symbol grzechu. Pan P poczuł, że brzydzi się siedzieć na nowym krześle zbudowanym na czyimś nieszczęściu i wstał z niego gwałtownie purpurowiejąc na twarzy. Pan J przestraszył się gniewu gospodarza, jednak nie rozumiał swojego błędu. Patrząc z pewnością siebie, w oczy pana P spokojnie argumentował, że prawo nie zostało złamane, a on działał dla dobra całego gospodarstwa, więc nie można powiedzieć, że postąpił niemoralnie. Pan P zaczął krzyczeć, a co z bankrutami, którzy musieli skorzystać z jego lichwiarskich usług, przez które stracili wszystko? Co z ludźmi, którzy płacili mu podwójne kwoty, bo przekonał ich, że to normalne stawki? Czy to ma być dobre? Pan J skrzywił się słysząc taką dziecinną naiwność i odpowiedział, że on nie odpowiada za innych ludzi tylko za siebie i działa zgodnie z prawem, więc ma czyste sumienie. Pan P we wzburzeniu postanowił nie tłumaczyć panu J podstaw zachowania etycznego i chłodno powiedział, że wrócą do rozmowy jutro, a pan J ma przygotować na jutro raport ze stanu budżetu gospodarstwa, po czym udał się na spoczynek.


Pan J po powrocie do pokoju wiedział, że sytuacja jest poważna i zaogniona. Postanowił uprzedzić sytuację. Zgromadził wszystkie dokumenty na budynki, które postawił na terenie gospodarstwa. Ze względu na to, że to on dokonywał transakcji z prawnego punktu widzenia był ich właścicielem, więc wiedział, że w sądzie mógłby wygrać rozprawę i pozostać na ziemi pana P tak długo, jak tylko by chciał. Obawiał się jednak, że w gniewie pan P może postąpić nierozsądnie i postanowił zabezpieczyć się przed próbami wyrzucenia przez pana P. Jeszcze przed świtem przeszedł się do sąsiednich gospodarstw i zaczął opowiadać o gwałtownych wybuchach gniewu pana P, o tym, że gościa przynoszącego zyski traktuje jak psa i planuje wyrzucić „na zbity pysk”. Sąsiedzi widząc mizerną postawę pana J kiwali ze współczuciem i czuli do pana P rosnące obrzydzenie.


Wtem tuż po powrocie pana J do gospodarstwa, gdy jeszcze pan P spał po ciężkim dniu pracy, rozległ się potężny łomot. Drzwi wejściowe gospodarstwa zajęczały niebezpiecznie, a z framugi dookoła drzwi posypał się tynk. Pan J obawiając się napaści pobiegł czym prędzej do swojego pokoju i zaczął ukrywać kosztowności pod poluzowaną deską podłogi. W tym czasie rozbudzony pan P w szlafmycy i szlafroku wybiegł z sypialni dzierżąc szablę. Po kolejnym uderzeniu obkutego buta zamek pękł na dwoje i drzwi rozwarły się z hukiem. Przed oczami pana P stanął potężny postawny mężczyzna dzierżący karabin maszynowy wycelowany w jego pierś. Rozbroił pana P i silnym uderzeniem kolby karabinu pozbawił go przytomności, a następnie wrzucił go do piwnicy. W tym czasie towarzysze włamywacza wyciągnęli pan J spod łóżka i zaczęli kawałek po kawałku golić mu brodę. Łamiąc mu nos śmiali się do rozpuku i pytali o to, gdzie ukrył pieniądze. Ten jednak zaczął zasłaniać się biedą i obiecał w zamian pokazać, gdzie ukrywają pieniądze inni ludzie z jego rodu. Zaciekawieni ludzie z czaszkami na czapkach zaczęli kiwać głowami i przystali na układ.
Przez kolejne tygodnie gospodarz był bity i głodzony oraz zmuszany do pracy w swojej piwnicy na rzecz włamywaczy. Ci zaś swoje dnie umilali wizytami w sąsiednich domach, gdzie również przyjęto w gościnę rodaków pana J. Za wydawanie swoich współbraci pan J otrzymywał dodatkowe porcje jedzenia i obietnicę, że może dzięki temu przeżyje całą tę kabałę. W czasie gdy pan J był zajęty podróżowaniem po sąsiedztwie pan P próbował poruszyć konstrukcję domu. Całymi dniami dłubał małym pilniczkiem do paznokci w krokwi utrzymującej podłogę salonu, gdzie rozgościli się włamywacze. Czasami, gdy przychodzili, by zanieść mu psie ochłapy do jedzenia, rzucał się na nich z gołymi pięściami, po czym kończył ledwo żywy, z połamanymi żebrami i palcami. Wyrznięty, jak szmata leżał wówczas przez kilka dni na podłodze, po czym wstawał ponownie i wracał do mozolnej pracy przy uszkadzaniu krokwi. Robił to systematycznie, zgodnie z planami konstrukcyjnymi jego mieszkania i wiedział, że jeżeli tylko otrzyma odpowiednie narzędzia z zewnątrz, to ogniem wykurzy włamywaczy i tak obwaruje swój dom, że już nikt nigdy się do niego nie włamie.


Tymczasem jednak dom został odbity przez kolejnych włamywacze. Ci legitymując się sierpem i młotem przegonili ludzi z czaszkami i wypuścili z piwnicy pana P. Spoglądali na niego jednak z wyższością i tłumaczyli mu, że przynoszą wolność i zostaną w jego gospodarstwie dla bezpieczeństwa. Pan P próbował wytłumaczyć im, że sam potrafi zadbać o swoje bezpieczeństwo, lecz wówczas znów złamano mu nos i przypomniano o tym, że winien im jest wdzięczność za oswobodzenie. A tak w ogóle, to ten dom należy do ludu, a nie do ciebie – twierdzili. Nie przyzwyczajaj się, że możesz mieć tyle dóbr i się nimi nie dzielić – perorowali. W końcu inni też są potrzebujący, tutaj społem patrzyli na pana J, który skwapliwie kiwał głowom panom, którzy w końcu mimo swej brutalności – nie chcieli go wyrzucić. Każdemu z nich dał nieco z ukrytego złota i obiecał zabezpieczenie na przyszłość oraz przekonał ich, że ma taką moc, by było ono prawdziwe. Przy wódce wszyscy nowi domownicy oraz pan J przyrzekali sobie wierność i dozgonną przyjaźń, oraz wsparcia w potrzebie. Tylko pan P pracował do późnej nocy, by naprawić zniszczenia poczynione najpierw przez pierwszych, a później przez drugich włamywaczy. Mimo zdwojonych wysiłków, jego domostwo miało się wcale nie lepiej. Tylko pan J ubierał się coraz lepiej i znikał na całe tygodnie, by wrócić z kolejnymi wieściami ze świata. Razem z nowymi lokatorami siadywali przy wódce i rozmawiali przyciszonymi głosami do późna w nocy.


Aż w końcu pan P nie wytrzymał, gdy po kolejnym dniu pracy postanowili dać mu mniejsze racje żywnościowe dla jego rodziny. Chwycił za klapy munduru najbliższego z włamywaczy i kazał mu się wynosić, bo dłużej tego nie zniesie. Oczywiście natychmiast pozostali kompani chwycili za broń i zagrozili mu śmiercią oraz dotkliwie pobili. Pan P jednak ledwo stojąc na nogach i patrząc na swoich oprawców jedynym okiem, które nie było zamknięte przez opuchliznę, powtórzył swoją kwestię raz jeszcze. Włamywacze widząc niezłomność mężczyzny doprowadzonego do ostateczności odeszli zabierając tyle kosztowności, ile się dało.


Tego wieczoru pan P zebrał rodzinę przy kuchennym stole i urządził kolację. W końcu odzyskał swój dom. Jego radość nie trwała jednak długo. Po kilku dniach przyjechał pan Ż mówiąc, że przed włamaniem jego rodak pan J miał tutaj swoje posiadłości i ten chciałby je odzyskać. Dopytany przez pana P przyznał, że nie był z Panem J w żaden sposób spokrewniony, jednak wyznawali tego samego Boga. Następnie opowiedział, jak bardzo wycierpiał przez włamywaczy i przedstawił plik dokumentów potwierdzających przynależność zabudowy gospodarstwa do pana J. Zanim pan P zdążył cokolwiek odpowiedzieć za panem Ż pojawił się dziennikarz, a ten wygłosił, że ci, którzy nie oddają własności popierają włamywaczy. Błysnął flesz, a pan P rozejrzał się dookoła zdezorientowany. Powiedział, że to przecież tak nie można. Budynki, na które opiewały akty własności nie należały do rodziny pana Ż, a i tak zostały zniszczone i rozgrabione przez włamywaczy. Pan Ż z uśmiechem nad naiwnością pana P pokiwał głową i wysyczał przez zęby, że jeszcze pożałuje swojego zachowania.


Nazajutrz pojawiło się w gazecie doniesienie, że pan P popiera zachowania włamywaczy i optuje za niezwracaniem ludziom ich własności i rekompensat. W treści artykułu była nawet sugestia, że on wręcz pragnął wizyty włamywaczy, a może nawet sam otworzył im drzwi, by ci mogli zniszczyć mienie pobratymców pana Ż. Pan P trzymając się za głowę nie dowierzał własnym oczom. Wyszedł z gospodarstwa, by zaczerpnąć świeżego powietrza, jednak w wiosce napotykał co chwila pogardliwe i nienawistne spojrzenia sąsiadów. I choć jego dom najbardziej ucierpiał na skutek włamań, to jednak nikt nie spieszył mu z pomocą. Wszyscy ci, którzy mieli u niego dług wdzięczności odwrócili się odeń plecami i zajęli się swoimi sprawami.


Po powrocie do domu pan P zauważył, że u niego w salonie znów siedzi nieproszony gość – pan Ż. Z uśmiechem ze złotych zębów zapytał pana P, czy uważa, że lepiej będzie oddać mu jego własność. Pan P spurpurowiał na twarzy i wykrzyczał, że obecne zabudowania wybudował on własnymi rękoma po odejściu włamywaczy, a pan Ż nie ma do niczego prawa, bo dokumenty opiewają na budynki, które zostały zniszczone, a które i tak były zakupione za jego własne pieniądze. Wówczas pan Ż przestał się uśmiechać, wstał z fotela i powiedział, że to dopiero początek…

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię