Większość spośród osób publicznych, polityków, czy dziennikarzy wypowiadając się na tematy gospodarcze, zazwyczaj próbuje uprościć świat do dualistycznej wizji nieustannego sporu „my — oni”. Tymczasem bez większego wysiłku każdy z nas może wskazać wady zarówno systemu komunistycznego, jak i kapitalistycznego – co powinno skutkować wnioskiem, że istotnie najlepszy system należy wybrać na zasadzie złotego środka, a nie płytkiego dogmatyzmu. Do tego nierozstrzygalnego sporu między systemami dochodzi współczesny polski problem z przyrostem naturalnym i mamy gotowy kocioł bez żadnej wyraźnej szansy na porządek. Jak z tego tygla powinien wyjść nacjonalista?

W ramach polskiego nacjonalizmu nieustannie ścierają się dwa poważne prądy myślowe. Jeden z nich twierdzi, że przynależność do narodu jest kwestią nie tylko duchową i wolicjonalną, ale obejmuje także pierwiastek etniczny. Z ich przeciwieństwa wynika, że jednak istotą polskiego nacjonalizmu jest sfera duchowa oraz wolicjonalna, a sfera etniczna może być niemal zupełnie zbagatelizowania z powodu jej przyrodzonego charakteru. Co interesujące, jeśli chodzi o spojrzenie na kwestię imigracji, oba nacjonalistyczne nurty powinny wydać zgodny werdykt i odstawić nieistotne z perspektywy interesu narodowego spory, na których rozstrzygnięcie nie ma rozsądnego sposobu.

Argumentacja nacjonalistów holistycznych (jak będę nazywał nacjonalistów uwzględniających znaczenie pierwiastka etnicznego), z oczywistych względów będzie opierała się w znacznej mierze na monoetniczności, jako źródle bezpieczeństwa i spoistości struktury społecznej narodu. Spoglądając na wydarzenia mające miejsce od wielu lat w wielokulturalnych społecznościach państw Europy Zachodniej, nie musimy silić się na potwierdzanie słuszności tej tezy. Nacjonaliści idealistyczni (z braku lepszej nazwy, tak będę określał nacjonalistów negujących znaczenie realnych korzeni ludzi dla określania ich przynależności narodowej), będą mieli dwie potencjalnie równie zasadne perspektywy analizy wpływu imigracji zarobkowej. Z jednej strony bowiem, można postrzegać dobro narodu, jako interes gospodarczy pozwalający na wzrost dobrobytu naszych rodaków oraz wzrost bezpieczeństwa wynikający ze zwiększonych nakładów na obronność państwa. Z takiej perspektywy, jak przekonuje wielu polskich przedsiębiorców – w interesie narodu polskiego będzie leżało otwarcie się na imigrację zarobkową. Zważywszy na obecny problem przyrostu naturalnego, należy w realistyczny sposób przyznać, że takie podejście nie jest zupełnie bezpodstawne. Z drugiej jednak strony wielu spośród nacjonalistów idealistycznych będzie mogło podjąć argumentację ze strony nie dobrobytu państwa polskiego, ale dobrostanu rodaków. Tutaj sytuacja ulega diametralnej zmianie, ponieważ zmienia się punkt ciężkości, na którym zaakcentowany jest „interes narodu”. Przechodząc od państwowej prosperity mierzonej abstrakcyjnymi wskaźnikami typu PKB, do konkretnego badania dobrostanu Polaków będziemy musieli uznać, że pieniądze nie są i nigdy nie były priorytetem (dla osób nieżyjących w nędzy i skrajnej biedzie). Znaczenie dla dobrostanu osób zamieszkujących dane państwo ma także poczucie tożsamości, bezpieczeństwa, czy świadomość perspektyw rozwoju i dobrej przyszłości dla swoich dzieci. Przy zestawieniu powyższych cech wyraźnie widać, że dobrostan narodu nie zawsze będzie tożsamy z jego dobrobytem.

Sama kwestia finansowa również jest bardziej zawiła, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wzrost wskaźników PKB powstały przy pomocy otwarcia granic naszego kraju na imigrację zarobkową nie wpłynąłby pozytywnie na dobrostan narodu z dwóch przyczyn. Pierwszą, wynikającą z naszych uwarunkowań psychofizycznych, jest nasza zdolność do adaptacji. Zgodnie z teorią sprawiedliwości Adamsa pracownicy do oceny adekwatności poziomu swoich zarobków wykorzystują społeczny punkt odniesienia, swój staż pracy oraz subiektywne poczucie poświęcenia wykonywanym obowiązkom. Zwiększenie poziomu imigracji zarobkowej do naszego kraju prawdopodobnie poskutkowałoby obniżeniem ogólnego poziomu dobrostanu naszych rodaków z powodu zrównania wypłat Polaków z wypłatami obcokrajowców – co miałoby znaczący wpływ na pogorszenie dobrostanu najuboższych, którzy byliby świadomi tego, że pracodawca, może wymienić żądającego podwyżki Polaka, na milczącego imigranta. Ponadto otwarcie granic dla imigracji zarobkowej miałoby negatywny wpływ dla zmian w strukturze płacowej naszego kraju.

Głównym zarzutem marksistów wobec systemu kapitalistycznego jest jego immanentna cecha skutkująca wyzyskiem klasy najniższej i patologicznego bogacenia się wąskiej grupy najbogatszych ludzi zasiadających na najwyższych szczeblach ogromnych korporacji. Kapitaliści z kolei zarzucają marksistom odwieczny bandycki charakter i niemoralność grabieżczego systemu „sprawiedliwości społecznej” zaproponowanego przez Marksa i opartego na ideologicznej utopii. Zarówno jedna, jak i druga strona sporu bez wątpienia ma racje i obieranie każdego z dwóch przedstawionych wyżej frontów jest z perspektywy nacjonalizmu niedopuszczalne i szkodliwe. Droga, którą umożliwia nam niski przyrost naturalny to droga zbliżenia się do złotego środka poprzez wymuszenia na przedsiębiorcach sprawiedliwości społecznej przy pomocy mechanizmów rynkowych. Współczesny polski przedsiębiorca może pozwolić sobie na zwolnienia roszczeniowych polskich pracowników, ponieważ poszukiwania nieroszczeniowych ludzi potrzebujących zarobku może prowadzić na globalnym rynku pracy. Dzięki takiemu podejściu zwiększa się jego pole manewru i zmniejsza się poczucie bezpieczeństwa polskich pracowników. Ograniczenie możliwości czerpania z nieograniczonej pojemności globalnego rynku pracy odebrałoby przedsiębiorcom pewność zastąpienia polskich pracowników innymi – tańszymi. Kompletny brak możliwości sięgnięcia po „tańsze zamienniki” zmusiłby przedsiębiorcę do restrukturyzacji systemu płacowego w taki sposób, by osoby zarabiające najwięcej straciły część swoich wypłat, na rzecz pracowników szeregowych. Takie rozwiązanie skutkowałoby nie tylko zmniejszeniem dysproporcji płacowych między pracownikami, ale także poprawiłoby dobrostan pracowników szeregowych i przywiązałoby kadrę menadżerską firm, nie do poziomu zarobków, ale do konkretnej firmy, jej wartości i ludzi. Kapitał zostałby zdjęty z piedestału, czerwona rewolucja pozostałaby dla nas historycznym koszmarem, a naród usunąłby część poważnych międzyklasowych podziałów na rzecz wspólnej pracy dla zrównoważonego wzrostu dobrobytu całego narodu.

Z perspektywy nacjonalizmu wynika zatem, że zagrożenie wynikające z naszej niskiej dzietności i wielokulturowości Europy Zachodniej, może stać się dla Polski szansą na naprawienie wewnętrznej struktury społecznej i wyrośnięcie na zgliszczach starej Europy na nową przyszłą potęgę. Jedynym narzędziem, które musimy wykorzystać do obrócenia zagrożeń w szanse, jest odwrót od Złotego Cielca i podążenie drogą interesu narodowego pojmowanego w taki sposób, w jaki swój dobrostan zwykli pojmować ludzie.

1 KOMENTARZ

  1. Oj, ale szukanie złotego środka pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem jest tak samo błędne, jak jeden i drugi -izm. Gospodarkę należy budować w taki sposób (uczy nas Adam Doboszyński), aby jak najwięcej osób POSIADAŁO środki produkcji, bo to uszlachetnia (właściciel małego sklepu nie urżnie się wódą we wtorek), bo to przywiązuje (nie porzuci warsztatu – o który dba – dla truskawek w Holandii), bo to wreszcie czyni przedsiębiorczym (robota w fabryce – czy państwowej, czy prywatnej przedsiębiorczym nie czyni). Należy gospodarkę budować tak (co tutaj zresztą też czytamy), aby Wiara stała nad mamoną. I dziękuję autorowi, że w sposób trafny troszczy się o dzietność narodu – nie wolno dopuścić, żeby owoce naszej pracy zechlał imigrant, a nam tylko pozostało użeranie się z murzynami, jak na zachodzie.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię