W zasadzie od urodzenia jesteśmy poddawani indoktrynacji. Czasami tej celowej i programowej jak przez instytucje szkolne czy państwowe, a czasami takiej nieświadomej przez własnych rodziców i przyjaciół czy też media. Będąc zanurzonymi w sieci społecznej od urodzenia, mimowolnie ulegamy pewnym naciskom i nasze zdanie traci znamiona osobistej opinii. A raczej w pewnym momencie życia zdajemy sobie sprawę z tego, że nigdy takiej osobistej opinii nie mogliśmy mieć. I podobnie jest z kwestią życia w demokracji.


Choć tytułowe pytanie wydaje się trywialne, a odpowiedź tak prosta, że aż trudna do wypowiedzenia to… No właśnie mamy trudność z odpowiedzią na takie pytanie, nie ze względu na jego prostotę, ale ze względu na trudność zrozumienia jego istoty. W końcu pytanie o to, jak żyłoby się bez powietrza, również wymagałoby konstatacji, że zwyczajnie by się nie żyło, a to z kolei prowadzi do odkrycia, że nasze życie jest zależne od otaczających nas gazów, z których istnienia na co dzień nie zdajemy sobie nawet sprawy. W takim razie pierwszym krokiem do zrozumienia istoty życia w demokracji jest próba odpowiedzi na pytanie tytułowe, które wbrew pozornej trywialności skłania nas do refleksji nad otaczającą nas rzeczywistością.


Żyjąc w epoce, którą fani Marksa określają wszystkimi możliwymi określeniami z przedrostkami „post-”, możemy mieć pewien problem z odkryciem złudnych przekonań, które są nam niejako programowane od najmłodszych lat. Jednym z takich przekonań jest przeczucie życia w świecie „końca historii”, które zostało wgrane całej społeczności zachodniej. Oczywiście przekonanie, że demokracja, jest szczytowym osiągnięciem w dziedzinie ustrojowej, a demokracja liberalna zapewni dobrobyt i pokój w cywilizowanych krajach, zagwarantowało uśpienie naszej czujności, nie tylko jako narodu, ale także i jako jednostek. Przekonani o tym, że wojny, bitwy i rozlew krwi będzie wiecznie ukazywał się naszym oczom jedynie z ekranów komputerów jako społeczeństwo oddajemy się temu, czemu zawsze oddawały się cywilizacje zneutralizowane i wykastrowane. Ulegamy powolnej, ale stale postępującej degeneracji moralnej dryfując coraz dalej od twardej i namacalnej rzeczywistości w stronę nihilistycznej stratosfery, gdzie zagubieni poszukujemy sensu dalszej egzystencji w pozornych mrzonkach. Bierzemy za dobrą monetę tolerancjonizm, bo czemu kogoś wykluczać, w ogóle, po co nienawidzić? Spoglądamy przychylnym okiem na kapitalizm, bo czemu, by się nie bogacić? Przecież chcemy, żeby nasze dzieci miały lepsze warunki życia niż my sami. Wierzymy święcie w bóstwa kariery zawodowej, które obiecują nam w zamian nie tylko pieniądze, ale i spełnienie zawodowe oraz spokojną starość, bo w końcu czym innym się w życiu zająć? Wrzuceni w populistyczne bagno ludzi, którzy razem zagubieni niczym stado owiec podążają za tymi mirażami, a ich pocieszeniem jest uczestniczenie w tej podróży donikąd wraz z innymi. Poczucie wspólnoty i uczestniczenia w mistycznym ciele nowoczesnego, wykształconego społeczeństwa zapewnia im możliwość przetrwania całej swojej egzystencji bez kierowania oczu na niewygodną prawdę. A co jeżeli odkryje się w sobie ziarno nonkonformizmu, który nie pozwoli nam nieustannie patrzeć na rzeczy przyjemne i oferowane przez współczesny świat, a zmusi do spoglądania prawdzie w oczy?


Ta jak zwykle okaże się twarda i brutalna jak sama rzeczywistość, która nas otacza. W demokracji głos jednostki nie ma żadnego znaczenia. Nikt naprawdę nie wierzy, że to właśnie jego głos przeważy w wyborach. Zresztą – czy ktokolwiek kiedykolwiek słyszał o wyborach na szczeblu ogólnokrajowym o wygranej jednym głosem? Będąc zawieszonymi w sieci społecznej możemy jedynie być biernymi obserwatorami świata politycznego, a pozór udziału we władzy suwerena powinien być nam zadrą w oku, a nie stanowić sposób na uśpienie sumienia i zrzucenia odpowiedzialności za własny Naród i państwo. Niestety wszyscy żyjemy w tym kłamstwie i choć jedni wkładają maski aktywistów, a inni cyników to wszystkich nas łączy brak wiary w znaczenie naszego indywidualnego głosu, co jest efektem zupełnie racjonalnego myślenia.


Kolejną cechą demokracji, jest równość w iście francuskim stylu – a zatem niesprawiedliwa. W końcu wybitny profesor politologii będzie miał głos o równej wadze do brodatych panów spod monopolowego. Ponadto najbardziej uderzająca w tym zestawieniu jest dysproporcja intelektualna oraz merytoryczna, a poziom zainteresowania tematyką, w której wspomniane osoby odgrywają rolę reprezentantów suwerena – czyli narodu. Szkoły i media pompując ze wszystkich sił postawę aktywizmu obywatelskiego starają się stworzyć jak najszerszą masę ludzi, którzy niezainteresowani polityką, wyrabiają swoje zdanie jedynie na podstawie od czasu do czasu zasłyszanych informacji i newsów, zazwyczaj pozyskiwanych z ulubionej stacji, czy ulubionego medium. Siłą rzeczy nie wszyscy mogą profesjonalnie zajmować się polityką, wobec tego są skazani na dokonywanie wyborów na podstawie szczątkowych i tendencyjnych informacji. Taka grupa ludzi jest najszersza w społeczeństwie i to ona de facto ma największy udział procentowy w wysokości słupków sondażowych. W takiej sytuacji musimy się pogodzić z faktem, że nasz indywidualny głos, oddany nawet z pełną świadomością i dokładną analizą wszystkich dostępnych przekazów medialnych ze wszystkich stron politycznych, musi stanowić wyjątek w morzu głosów oddanych bez żadnej analizy i na podstawie szczątkowych danych przygotowanych w sposób tendencyjny. Racjonalnie rozumujący ludzie, których wbrew pozorom, jest w naszym społeczeństwie bardzo dużo, decydują się na niemarnowanie swoich sił i czasu na wykonanie tak ogromnej pracy analitycznej i decyzyjnej, skoro jej efekt i tak będzie żaden. W ten sposób system immanentnie i automatycznie neutralizuje ludzi bardziej inteligentnych, którzy potrafią spojrzeć prawdzie w oczy. Co, jednak gdy należymy do ludzi, którzy żywią przekonanie, że głosować trzeba?


No cóż, ludziom z trwale wgranym programem o nazwie „aktywizm obywatelski” pozostaje przy zachowaniu zasad racjonalnego podejmowania decyzji – strategia wyboru mniejszego zła. Każdy, kto choć trochę zagłębił się w politykę zdaje sobie sprawę z poziomu fałszu z którego zbudowana jest jej fasada. Przy naszych ograniczonych zdolnościach do analizy zagadnień politycznych i przy ograniczonym dostępie do informacji musimy dokonać wyboru na zasadzie heurystycznego skrótu, który siłą rzeczy nigdy nie będzie dobry. Może być jedynie lepszy lub gorszy, ale każdy będzie zły, dopóty, dopóki polska polityka zdominowana będzie przez układy z korzeniami w Magdalence.


Dwie największe grupy ludzi myślących logicznie, to zatem część bierna wyborczo oraz żyjąca w samozakłamaniu. Pozostali ludzie to w większości albo ludzie mający interes osobisty związany z interesem danej partii, albo ulegli propagandzie i z wypranym mózgiem biegają do urn święcie wierząc w realizację swojego obywatelskiego obowiązku.


Skoro tak wygląda Polska polityka i żyjemy w demokracji, to w takim razie, jak w niej żyć? Otóż na to pytanie jest mi niezmiernie trudno udzielić odpowiedzi. Przywykłem do bezkompromisowego patrzenia prawdzie w oczy i z tej pozycji mogę powiedzieć jedno: wiem jak w demokracji żyć się nie da. Nie da się żyć wyznając wartości wyższe takie jak Prawda, Piękno czy Dobro, bo immanentną cechą systemu, który nas otacza jest moralne bagno, którym brudzimy się na co dzień. Nie da się żyć bezkompromisową wiarą w Boga, gdyż nie mamy możliwości zwalczenia grzechu w przestrzeni publicznej, ani nawet zatrzymania jego promocji. Nie da się żyć mając czyste sumienie i wierząc w sens aktywizmu obywatelskiego. Nie da się żyć nie wierząc w sens aktywizmu obywatelskiego i mając czyste sumienie.


Stare przysłowie mówi, że ryba psuje się od głowy, a my od czasów Magdalenki żyjemy w organizmie gdzie głowa jest dawno zepsuta. Jak więc może brzmieć odpowiedź na pytanie tytułowe? Mamy dwa wyjścia: albo żyć w fałszu, albo zastąpić ją ustrojem sprawiedliwym.

1 KOMENTARZ

  1. Nie głosując też wyrządzamy krzywdę. Nie możemy cały rok żyć z honorem, a w dniu decydowania (tyle o ile) o przyszłości Ojczyzny siedzieć w domu, bo wybory są be. Ot jak żyć w demokracji: atakować chamów z Magdalenki na dwa fronty. Zdaję sobie sprawę, że to demokretyńskie g. jest chore, że to tyrania większości, ale przypominam scenariusz węgierski – strach przed Jobbikiem sprawia, że Fidesz czasem musi rządzić po nacjonalistycznej myśli. A u nas tego nie ma (krytykowana tu Konfederacja próbuje) – bo się wyautowaliśmy z procesu politycznego.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię