Ostatnie protesty dobitnie pokazały, że kondycja naszego narodu nie jest najlepsza. Dziwić może fakt, że źródłem potężnych protestów nie okazało się rujnowanie gospodarki, dziesiątki afer w które zamieszani byli politycy, czy też niszczenie i wyprzedawanie kolejnych branż firmom zagranicznym, a możliwość dokonywania mordu na własnym nienarodzonym dziecku. Dziwić może także atak protestujących wymierzony w stronę Kościoła. W końcu to Trybunał Konstytucyjny wykonał słuszne spostrzeżenie dotyczące treści zapisu z konstytucji, toteż zrozumiałym byłby nawet atak na partię rządzącą, która może być z TK powiązana. Odległość jednak TK od Kościoła oraz atak na społeczność wyznawców Chrystusa zdaje się być nie tylko absurdalna, ale także wyreżyserowana świadomie. Przysłuchując się rozmowom zwolenników protestu zauważyłem, że ci ludzie stracili tak bardzo kontakt z rzeczywistością, że nie rozumieją nie tylko kim jest katolik, ale także co powinien robić, a czego powinien unikać, dlatego postanowiłem przypomnieć, kim my – katolicy, jesteśmy w istocie.

Katolik nie znaczy święty

Pierwszym mitem, który wywnioskowałem przysłuchując się irracjonalnym dyskusjom przeciwników jest założenie, że jeśli ktoś żyje w myśl katolickich zasad to nie powinien ich łamać. Pozornie ta logika ma sens, ale jeśli spojrzy na to ktoś, kto żyje według katolickich zasad oraz rozumie istotę Kościoła, to od razu zauważymy pewien zgrzyt. Chrystus nie zszedł na ziemię, by zbawiać osoby szlachetne i bez skazy. Chrystus wyciągnął rękę do grzeszników, pokazał im drogę i umożliwił uzyskanie przebaczenia za zło, którego dokonali. Większość osób przynależących do Kościoła nie zdoła osiągnąć świętości za życia. To jest miejsce, którego post-katolicy najbardziej nienawidzą, bo uważają oni, że skoro mam nikłe bądź żadne szanse na osiągnięcie świętości, to po co próbować? W związku z postawą napędzaną pychą wpompowaną do społeczeństwa przez presję na osiąganie „sukcesu”, nie są w stanie zaakceptować z pokorą, że nie jesteśmy tak wspaniali, wszechmocni i nieugięci, by zrealizować ten cel. Łatwiej jest odejść od Kościoła, odwrócić się od Boga i pogodzić się z tym, że skoro nie bierzemy udziału w tym wyścigu do nieba, to nie możemy w nim być przegrani. W końcu można ten wyścig zastąpić takim, w którym mamy szansę wygrać. To co jest jednak najsmutniejsze, to fakt, że ci połamani ludzie starają się ściągnąć nas na swój poziom, ponieważ podświadomie czują się gorsi od nas. To zjawisko tłumaczy hordy zaciekłych ateistów, którzy z religijnym fanatyzmem, próbują udowodnić, że Kościół to zło, choć dla racjonalnego umysłu taki fanatyzm u ateisty jest wręcz absurdem. Wysoki poziom nienawiści, której źródła nie zdają sobie sprawy zaślepia ich i nie pozwala dokonywać trzeźwej oceny sytuacji i uniemożliwia wyciąganie logicznych wniosków, takich jak ten, że Kościół Pielgrzymujący to Kościół pełen grzeszników.

Katolik nie znaczy miły

Drugi mit, który powiela również wielu letnich katolików jest przekonanie, że dobrego katolika może zdefiniować potocznie rozumiane pojęcie „miłego”. Od czasów Soboru Watykańskiego II Kościół skręcił poważnie z prostej ścieżki wiodącej do Boga na ścieżkę, która próbuje zahaczyć również o społeczną aprobatę. O ile nie mogę krytykować obranej drogi przez Kościół, ponieważ muszę wierzyć, że w dalszej perspektywie będzie ona miała jakiś ukryty przede mną, lecz dobry rezultat, o tyle mogę spostrzec jej owoce, których widzimy coraz więcej.

Postępująca protestantyzacja Kościoła, zwiększenie ilości „rozrywkowego” śpiewu i dodawanie coraz większej liczby atrakcji do życia liturgicznego sprawiają, że coraz więcej osób uczęszcza na msze nie dla spotkania z Bogiem, ale dla tej „przyjemnej atmosfery”. Takie rozmiękczenie wśród katolików oraz telewizyjny obraz protestanckiego Kościoła pełnego gospelowych chórów z amerykańskich produkcji sprawia, że potoczne rozumienie katolika zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do obrazu przeciętnego amerykańskiego hipisa, a nie poważnego człowieka. Warto jednak przypomnieć sobie obrazy z początków chrześcijaństwa. Ludzie rozszarpywani za swoją wiarę przez lwy, ludzie z których tworzono „ludzkie pochodnie” czy też w końcu ludzie, którzy byli mordowani całymi rodzinami za wiarę w Chrystusa. Obrazy rodem z Quo Vadis Sienkiewicza należy wzbogacić o historię pierwszych wyznawców Chrystusa na wschodzie sięgając po książkę Milczenie Shūsaku Endō, gdzie przedstawione są dramaty prostych i biednych ludzi, którzy cierpieli tortury tylko dlatego, że odmówili podeptania wizerunku świętych.

Zestawienie współczesnego letniego katolika, który nie przyzna się do wiary w towarzystwie, w którym nie wypada z ludźmi umierającymi męczeńską śmiercią tylko dlatego, że się go nie wyrzekli to najlepszy probierz obecnej kondycji większości wiernych. Jeśli jednak zwrócimy się do istoty wiary oraz słów, które zostawił nam Chrystus, to jasne dla nas stanie się, że z zasady katolicy będą zawsze „wyklęci” przez większość społeczeństwa. W końcu stawiamy sobie moralną poprzeczkę znacznie wyżej niżby to mogło wynikać choćby z prawa naturalnego toteż musimy się liczyć z nienawiścią osób, które tak ambitne moralnie nie są. W takiej sytuacji obraz katolika jako osoby „miłej” jest wręcz postawą judaszową, bowiem większość sytuacji w której współczesny świat pozwala nam być „miłymi” to zgniły kompromis między zasadami w które wierzymy, a tym żeby zachować się zgodnie z oczekiwaniem społecznym. Wśród nas odruch do bycia miłym stanowi jedynie wyraz słabości charakteru i chęci budowania relacji kosztem czystości sumienia. Prawdziwy katolik powinien podjąć tę niezwykle ciężką decyzję, by raczej kierować się swoją wiarą niż popularnością i pogodzić się z tym, że zgodnie z zapowiedzią Chrystusa, za wiarę w niego wiele osób się od niego odwróci, ale w końcu jak mawiał Herbert „z prądem płyną śmiecie”.

Katolik znaczy niezwyciężony

Ostatni punkt nie jest mitem ani zdaniem do którego zainspirowaliby mnie uczestnicy protestów hańby. Wynika z gorzkich refleksji na tematy wyżej zarysowane, a mimo to stanowi pewien promyk nadziei nawet w tych coraz mroczniejszych czasach. Tym co odróżnia prawdziwego katolika od nie-katolika jest fakt, że ten pierwszy musi być niezwyciężony. Nasza wiara to nieustanny cykl upadania oraz przegrywania z własnymi słabościami, wadami charakteru, presją społeczną i grzechami, które często skrywają się w moralnych szarościach. Kolejnym etapem tego cyklu jest jednak padnięcie na kolana przed Bogiem i przeproszenie za wyrządzone zło oraz szczera chęć podjęcia kolejnej walki ze złem. Pomimo tego, że jesteśmy grzesznikami, dopóki jesteśmy katolikami i wierzymy oraz żyjemy sakramentami, dopóty po każdym ciosie jesteśmy w stanie wstać i walczyć dalej. Nasza wiara sprawia nie tylko, że mamy czyste sumienia oraz spokój wynikający z przebaczenia za grzechy, ale także nadzieje na to, że nawet jeśli nasza walka ze złem przeniesie nas na tamten świat, to będziemy zwycięzcami. Choć zatem katolika można połamać, poniżyć i zniszczyć mu życie, to nie można go pokonać.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię