Przy okazji ostatnich wyborów wszyscy doznaliśmy przykrego uczucia, że na naszych oczach rozgrywa się nieudolnie odegrana sztuka teatralna mająca na celu rozgrzać serca gawiedzi i pospolitego tłumu. Mimo tego, że był to scenariusz jak najbardziej spodziewany, to jednak jego nieudolność budziła niesmak i zwątpienie nawet wśród najprostszych z nas, którzy nie patrzyli cynicznie na politykę i byli gotowi wiele politykom wybaczyć. W tym całym tandetnym cyrku zwanym demokracją, po raz kolejny my, jako nacjonaliści, próbowaliśmy być wpisani przez elektoraty różnych partii do określonych opcji politycznych. Choć powszechnie uważa się, że z racji przynależności organizacyjnej Krzysztofa Bosaka, powinno nam być najbliżej politycznie do Konfederacji, to tkwi tutaj ogromna pułapka, której nie dostrzegają ludzie zajmujący się polityką jedynie z wyborczego doskoku, a różnica ta jest wbrew większości naszej wspaniałej „prawicy” nie do przeskoczenia bez uszczerbku na honorze i szacunku do samego siebie. Skąd się jednak biorą te różnice?

By odkryć różnice warto najpierw prześledzić źródło pomyłki możliwego mezaliansu nacjonalizmu i libertarianizmu, który już w momencie artykułowania powinien być dla każdego oczywistym oksymoronem. To co łączy współczesny polski nacjonalizm oraz libertarianizm, to pogarda dla obecnych pookrągłostołowych rządów oraz „patriotyczny sznyt”. W przypadku libertarian nie jest on jednak niczym wynikającym z idei, a jedynie chłodną kalkulacją obliczoną na zwiększanie obszaru wolnego rynku i możliwości bogacenia się. Dla uzyskania elektoratu libertarianie czy też liberałowie gospodarczy zawsze w naszych warunkach będą podkreślali jak wiele zyska na tym naród i państwo. W innych warunkach podkreślaliby to jak bardzo na nieskażonym kapitalizmie zyskałyby zagraniczne przedsiębiorstwa, co przełożyłoby się na zarobki Polaków (Czyż nie przypomina to innej formy argumentacji gratyfikacją finansową, tak pogardzaną przez libertarian, a oferowaną przez PiS?). Zawsze jednak te wszystkie wynikające z dogmatu korzyści, są pokłosiem tego, że kapitał w społeczeństwie by wzrastał, co jest przecież również celem nacjonalistów. Stąd też wynikać mogą dla niewprawnego oka podobieństwa między nacjonalistami, a libertarianami. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że to libertarianie malują się w patriotyczne piórka usilnie udając, że zależy im na czymś więcej niż pieniądzach, natomiast prawdziwi nacjonaliści zawsze podkreślają swoją odrębność wobec libertarian, by jasnym było kto stroi się w nieswoich piórach, w poszukiwaniu zrozumienia u prostych Polaków. By dotrzeć do istoty różnic między narodowymi radykałami, a libertarianami warto zwrócić uwagę na różnice, które występują na wielu różnych poziomach tych idei.

Pierwszą różnicą, która sprawia, że nacjonalista nie powinien podawać ręki libertarianom jest punkt odniesienia do analizowania etyki i moralności. W przypadku libertarianizmu celem i ostateczną wartością wartą walki jest wolność we wszystkich jej aspektach. Nacjonaliści natomiast postulują konieczność zabezpieczenia interesu narodowego rozumianego w sposób kompleksowy (od biologicznego przetrwania po materialny dobrobyt) oraz zrównoważony (by wszyscy członkowie narodu mieli sprawiedliwy dostęp do tego dobrobytu). Prawdziwy libertarianin zapytany o to, czy powinniśmy pozwolić pedofilom uczyć nasze dzieci w przedszkolach, mógłby jedynie odpowiedzieć, że chciałby takiego rynku przedszkoli, gdzie mógłby wybrać inną placówkę. W moim umyśle zawsze na tego typu argumentację pojawiała się logiczna konstatacja, że libertarianie będą jak ognia unikali zabraniania czegokolwiek, ponieważ godziłoby to w ich idee oraz pojęcie wolności rozumiane w sposób spójny. Chociaż szanuję ludzi, którzy starają się wyznawaną ideę akceptować wraz z jej całym bagażem negatywnych konsekwencji, to nie mogę się zgodzić na to, żeby do polityki szli ludzie z zamiarem piłatowego mycia rąk i zasłaniania się wolnorynkowymi dogmatami we wszystkich chwilach, gdy trzeba będzie prawnie narzucić jakiś obowiązek albo utworzyć zakaz. Z piłatowej postawy wyniknie bowiem przestrzeń, gdzie dzieci zdemoralizowanych rodziców mogą być bezkarnie katowane przez pedofilskie organizacje, a stowarzyszenia typu NAMBLA będą mogły działać legalnie w świetle prawa. Oczywiście, przykład ten dobrałem ponieważ w sposób jaskrawy prezentuje różnice między naszymi stanowiskami, a nie dlatego, że jest najbardziej niebezpiecznym elementem doktryny libertariańskiej.

Bardziej niebezpiecznych elementem doktryny libertariańskiej, z perspektywy narodu jest tworzenie punktu odniesienia w wolności jednostki zamiast w wolności narodu. W tak postawionej sytuacji najdobitniej wyłania się fakt, że współczesny naród polski już jest w lwiej części zbyt zliberalizowany światopoglądowo, by podjąć się obrony ojczyzny z karabinem w rękach. W końcu prawdziwy libertarianin wyżej postawi wolność swoją oraz konieczność obrony swojego portfela niż ojczyzny. Młodzi, wykształceni i z wielkich miast w obliczu widma wojny jako pierwsi zapakują swój mandżur i wyruszą za ocean szukać szczęścia, bezpieczeństwa i bogactwa u Wuja Sama. Po prawdzie nawet rozumiem ich postawę, bowiem z perspektywy libertariańskiej takiej postawie nie można nic zarzucić. Jeżeli jednak punktem odniesienia do oceny moralności i etycznych zachowań będzie cały naród, wówczas optyka zmienia się diametralnie. Powstają pytania, czy skoro ja, młody, wykształcony i z dużego miasta mam uciekać za granicę, to czy dam radę zapewnić transport za morze dla wszystkich moich bliskich. A co z przyjaciółmi, którzy tutaj zginął z powodu mojej (i mi podobnych) nieobecności? Co z ludźmi, którzy nawet nie byli nacjonalistami, tylko zwykłymi kasjerkami, sprzątaczkami, robotnikami, którzy nie mieli pieniędzy, by gdziekolwiek uciekać i musieli czekać na nieuchronność losu? Zmieniając tylko punkt odniesienia z indywidualnego na narodowy, już budzimy w ludziach poczucie moralności i sumienie, które co lepszym ludziom, nie pozwoli się uciszyć i zmieni przeciętnych chłopaków w materiał na bohaterów o których czytamy w książkach do historii.

Ostatnim w końcu punktem w którym libertarianizm stoi na antypodach do nacjonalizmu jest jego związek z globalizacją. Jako nacjonaliści cenimy to, co świadczy o kulturze lokalnej i szanujemy dorobek przodków. Tam jednak gdzie wkracza ogromny globalny kapitał zaczyna zanikać mała lokalna przedsiębiorczość i jest ona zastępowana zmakdonaldyzowanym produktem masowym promowanym w mass-mediach. I choć politycy z kręgu Konfederacji czy Korwina będą proponowali różnorakie (zawsze oparte na doktrynalnej wierze) rozwiązania mające na celu wspieranie lokalnej przedsiębiorczości. Ciekawy jest jednak fakt, że trend za którym podąża cała ludzkość prowadzi jednak do ujednolicania oraz monopolu zamiast zwiększania różnorodności. Świetnym przykładem takiego trendu jest branża motoryzacyjna należąca do kilku globalnych gigantów albo sam Internet, który istnieje w oparciu o kilka globalnych korporacji. Rzecz jasna każdy rasowy kuc odpowie, że w końcu wolny rynek zdecyduje i jak będzie ktoś wartościowy z dobrym produktem, to on też się wybije i nie będzie żadnego monopolu. Szkoda tylko, że ani Google ani Facebook ani YouTube ani Volkswagen ani McDonald nie zostali jeszcze wygryzieni przez firmę pana Józka zza węgła. Cóż, chyba musimy się pogodzić, że jesteśmy małym zakompleksionym narodem, który nic nie umie zrobić samemu… Ajć, czyż przypadkiem nie miało być nacjonalistycznie, ale wolnorynkowo u współczesnych kuców? Czy może rzeczywistość daje kłam ich tezom? Nie, oczywiście, że nie. Kto choć raz rozmawiał z rasowym kucem, ten powinien wiedzieć, że ta dyskusja nie kończy się tak prędko. Kolejnym argumentem, którego chwytają się dzieci Korwina jest odwołanie do złotej idei prawdziwie wolnego rynku, która w czarodziejski sposób uwolniłaby energię Polaków i pozwoliłaby rosnąć innowacyjności w nieskrępowany niczym sposób, a dzięki temu Polacy rozwinęliby skrzydła i zaczęli konkurować ze Stanami Zjednoczonymi jakością swoich produktów i usług… Pytanie brzmi jednak, a co jeśli złota idea wolnego rynku, nie poskutkowałaby tak cudownym wpływem na gospodarkę i czy przypadkiem cała historia ludzkości nie świadczy o tym, że w dobie nieskrępowanej wolności ludzkość spada na samo dno, a nie wznosi się na wyżyny?

Najwyżej wzniesiony sztandar liberałów wszelkiej maści miał swoje odbicie w „Wolności wiodącej lud na barykady”. To, co miało miejsce w czasie Rewolucji Francuskiej oraz złowieszcze powiedzenie „rewolucja lubi zjadać swoje dzieci” nieodmiennie przypomina mi, że kapitalizm i komunizm to dwie strony materialistycznej monety, która na awersie ma terror komunizmu, a na rewersie wyzysk kapitalizmu. Głównym nieodmiennym trzonem obu materialistycznych ideologii jest jednak nacisk na pieniądz oraz różnie pojmowaną sprawiedliwość, która w obu doktrynach objawia się brakiem zewnętrznego źródła etyki. Libertarian wiodących egoizmem jednostki prowadzi to do konieczności uznania wolności jednostki aż do momentu, kiedy czyni ona krzywdę drugiej jednostce. Natomiast komunistów wiodących zazdrością przykrywaną pojęciem sprawiedliwości społecznej wiedzie to do konieczności uznania prawa mas do mordowania jednostek.

Poszukując drogi dla Polaka, który jako punkt odniesienia do rozważań ustrojowych oraz gospodarczych przyjmuje naród musimy jednoznacznie powiedzieć, że jest nam zarówno nie po drodze z komunistami, jak i kapitalistami, czy libertarianami albo liberałami gospodarczymi. Rozumiemy, że zarówno biedni nie będą chcieli zrzec się swoich przywilejów socjalnych, jak i bogaci nie będą chcieli odstąpić swojego bogactwa, toteż powinniśmy zawsze poszukiwać dróg na to, by podnosić stopę życiową najuboższych jak najniższym kosztem pozostałych warstw społecznych. Oczywistym z perspektywy narodowego radykała jest model solidaryzmu społecznego, który zakłada dobrowolne dążenie do usunięcia skrajnej biedy i skrajnego bogactwa poprzez wszystkie warstwy społeczne. W takim modelu najbogatsi swoimi finansami starają się stworzyć najbiedniejszym przestrzeń do rozwoju i wyjścia z biedy, a najbiedniejsi robią wszystko, by swoją ciężką pracą dołożyć cegiełkę do tworzenia dumnego i wspaniałego narodu.

Na sam koniec chciałbym podkreślić w świetle wyżej wskazanych różnic, że Konfederacja i libertarianie w ogóle nie mają nic wspólnego z nacjonalizmem i ideą narodową. Prawdziwy nacjonalista nie tylko nie może przynależeć, czy też kibicować tego typu formacjom, ale nawet powinien odmówić podawania ręki takim osobom. Każdy kto chce nazywać siebie nacjonalistą musi zrozumieć, że w tej idei na materializm nie ma miejsca, a właśnie taką ideą jest zarówno libertarianizm, jak i komunizm.

3 KOMENTARZE

  1. Drogi Panie Jerzy,

    Czy myśli Pan, że to, co Pan napisał, to tego Ruch Narodowy nie wie? Mają pełną świadomość, czym śmierdzi liber-cokolwiek. Ale mają taką samą świadomość, jak wielką krzywdę wyrządził, przepraszam – WYRZĄDZA Polakom Okrągły Stół i jak bardzo do tego dołożył się najconalistyczny margines swoim nieosiągnięciem niczego przez 20 lat. Nie poda Pan ręki – i co Pan tym zmieni?

    • Ja nic nie zmienię. Jestem tylko komórką w potężnym organizmie społecznym i skupiam się na tym co mogę zmienić, by moja rodzina mogła żyć godnie, a w przyszłości moje dzieci były wartościowymi Polakami znającymi swoje obowiązki. Kwestią dojrzałego spojrzenia jest zrozumieć, że zmiany w tak nieprzewidywalnym i złożonym układzie jak naród, są absolutnie niemożliwe do poprowadzenia w sposób zrozumiały. Zmiany społeczne, jak nastąpią, to będą wypadkową wielu globalnych prądów, nałożonych na wewnątrznarodowe nastroje oraz możliwości geopolityczne. Jeżeli ktoś wierzy, że Konfederacja, czy Ruch Narodowy, mogą coś zmienić przez swoje posunięcia, to ja go w żadnym razie nie będę potępiał. Najzwyczajniej w świecie odkąd jestem na tym świecie polityka wygląda zgoła tak samo i odkąd sięgam pamięcią to chyba przy każdych wyborach pojawiają się partie i organizacje niosące nadzieję. Dziwnym trafem ta nadzieja zawsze spełza na niczym. Co ciekawe te wszystkie nowe siły, jak ruch Kukiza, jak Wolność, jak Konfederacja obiecywały, że coś zmienią i nie zmieniły nic. Widzę pewne podobieństwo z innymi partiami, które siedziały przy okrągłym stole. Mówią piękne rzeczy z mównicy sejmowej, a następnie robią to, co zawsze – odgrywają przed naszymi oczami teatr. Ja najzwyczajniej w świecie uważam, że nawet jeśli jakaś połowa Konfederacji, która może nieść poglądy zbliżone do moich, dostanie się nieco bliżej koryta, to nigdy niczego nie zmieni. Czemu? Bo sami są rozdzieloną na pół siłą liberalno-narodową, która de facto stanowi oksymoron. Pozostawiając jednak Panu możliwość wiary, bo należy tutaj mówić o WIERZE, to odpowiem na Pana zarzut krótko: Ja nic nie zmienię. Ale chętnie postawię sporą sumkę na to, że w najbliższej dającej się przewidzieć przyszłości Konfederacja też nic nie zmieni. Czym więc będę się od nich różnił? Nie sprzedałem własnych ideałów za bardzo lichą szansę na jakikolwiek cień zmiany. Widocznie cenię sobie bardziej możliwość spojrzenia w twarz w lustrze, niż ten właśnie cień szansy. Panie Łukaszu, proszę tego jednak nie odebrać jako atak na Pańskie poglądy, być może w przyszłości to ja okażę się głupim cynikiem, a Pan będzie się cieszył z satysfakcją oglądając jak nam Polska rozkwita. Pozdrawiam Pana i życzę Panu, żeby to Pana wiara okazała się słuszna.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię