1 września rozpoczął się nowy rok szkolny, a wraz z nim kolejne dyskusje nad reformą polskiego szkolnictwa. Tym razem emocje wzbudza przede wszystkim osoba ministra edukacji Przemysława Czarnka i słynne „Lex Czarnek”.

Przypomnijmy, iż 7 lipca 2021 roku MEN opublikowało projekt zmian w prawie oświatowym, który zakłada przede wszystkim przyznanie większych uprawnień kuratorom; m.in. możliwość odwołania dyrektora szkoły, zawieszenie działalności placówki niepublicznej czy zablokowanie zajęć prowadzonych przez organizacje społeczne.

Jeśli dyrektor nie zrealizuje pokontrolnych zaleceń kuratora oświaty, organ sprawujący będzie mógł wezwać go do złożenia wyjaśnień w ciągu siedmiu dni roboczych. Następnie kurator będzie mógł wyznaczyć „ostateczny termin realizacji zaleceń”, po którym otworzy się możliwość złożenia wniosku do organu prowadzącego (najczęściej samorządu) o odwołanie dyrektora w trakcie roku szkolnego.

Czy wniosek kuratora będzie wiążący? Przepisy są tu nie do końca precyzyjne. W projekcie ustawy czytamy, że „organ prowadzący odwołuje dyrektora w terminie nie dłuższym niż 14 dni”, a gdy termin ten zostaje przekroczony, „powierzone stanowiska automatycznie wygasa”. Wiadomo jednak, iż organ prowadzący nie będzie mógł usunąć dyrektora bez pozytywnej opinii kuratora. Tu pojawia się słuszna obawa, iż niegospodarny dyrektor pozostanie na swoim stanowisku tylko dlatego, że tak zadecyduje kuratorium.

Kontrowersje (w mojej opinii niesłuszne) wzbudzają również przepisy dotyczące obecności organizacji społecznych w szkołach. Do tej pory do przeprowadzenia zajęć prowadzonych przez podmioty zewnętrzne potrzebna była zgoda dyrektora, a także pozytywna opinia rady szkoły lub rady rodziców. Teraz niezbędna byłaby również zgoda kuratora.

Czy „Lex Czarnek” jest szansą czy zagrożeniem dla polskiego szkolnictwa? Odpowiedź nie jest oczywista, jednak osobiście skłaniam się do drugiej opcji. Centralizacja władzy nie jest dobrym rozwiązaniem, w końcu w problemach trapiących daną placówkę najlepiej orientuje się lokalna społeczność. Obawa przed faworyzowaniem dyrektorów niegospodarnych, ale posłusznych władzy jest tu bardzo uzasadniona. Jako nacjonaliści nie możemy nie dostrzegać tego, iż „Lex Czarnek” to kolejne poszerzenie wpływów PIS-u, czyli partii nam nieprzychylnej.

Oczywiście, reforma oświaty ma również swoje pozytywne strony. Godne pochwały jest chociażby ograniczenie obecności organizacji pozarządowych w polskich szkołach. Mam tu na myśli przede wszystkim ograniczenie lub całkowite wyeliminowanie obecności tak zwanych „sex edukatorów” czy organizacji propagujących LGBT.

W dzisiejszych czasach coraz więcej rodziców wybiera edukację domową, szkoła jawi się im jako instytucja wręcz demoralizująca ich pociechy. Być może opinia ta nie jest prawdziwa dla wszystkich szkół w Polsce, jednak coraz częściej niestety tak. Wystarczy otworzyć chociażby oficjalną stronę internetową grupy Ponton. Organizacja ta nie kryje się z tym, że katolickie spojrzenie na rodzinę czy seksualność człowieka uważa za niebezpieczne i rzekomo niezgodne ze współczesną wiedzą medyczną. Nie podoba im się to, że w podręcznikach do WDŻ kobieta przedstawiona jest jako matka, a masturbacja jako zachowanie niedojrzałe. Warto pamiętać jednak, iż problem nie ogranicza się tylko do edukacji seksualnej. Choć sama edukację zakończyłam już kilka lat temu, to spotkałam wielu nauczycieli czy wykładowców akademickich ośmieszających publicznie naukę Kościoła.

Choć daleka jestem od stawania w obronie osoby Przemysława Czarnka, to warto zauważyć, iż lewica oburza się na te jego wypowiedzi, które dobrze wychowany człowiek uważa za normalność. Przypomnijmy, iż w ostatnim czasie psy wieszano na doradcy ministra, dr hab. Pawle Skrzydlewskim. Chodzi tu o następującą wypowiedź: „ Cnoty niewieście szczególnie akcentują godność kobiety, która wynika przede wszystkim z jej człowieczeństwa, ale też z tego, że przez nią przychodzi nowy człowiek na świat i jest przez nią wychowywany, formowany. Kobieta jest tą, która w rodzinie odgrywa decydującą rolę”.

Warto pamiętać, iż my jako narodowi radykałowie mamy swoją wizję polskiego szkolnictwa, szkolnictwa katolickiego i narodowego. Pięknie pisał o tym chociażby Wojciech Kwasieborski, działacz przedwojennej Falangi, autor broszury „Podstawy narodowo- radykalnej przebudowy polskiej szkoły”. Uważał on, że program nauczania nie może być taki sam dla wszystkich, musi być dostosowany do indywidualnych zdolności ucznia. Powoływał się na słowa katolickiego pedagoga, ks. Michała Klepacza: „Nie o to chodzi, by wszyscy kończyli gimnazjum i uniwersytety, ale by wszyscy otrzymali takie wykształcenie, do jakiego mają zdolności”. Mimo to jednak istnieć musi wiedza ogólna, dostępna dla absolutnie wszystkich. Dlatego tak ważne są szkoły podstawowe, które powinny dawać każdemu prawo do przynajmniej minimalnego uczestnictwa w życiu Narodu.

Szkoły podstawowe miałyby być fundamentem dla szkół ogólnokształcących i zawodowych. Ta druga co do zasady miałaby być dostępna dla wszystkich. W czasach Kwasieborskiego funkcje współczesnych liceów ogólnokształcących pełniły gimnazja. Ganił on fakt, iż szkoły te są zamknięte dla dzieci z rodzin chłopskich, przeszkodą był brak środków finansowych na opłacenie nauczyciela, który przygotowałby dziecko do egzaminu, a także na opłacenie pobytu w dużym mieście. Dlatego tak ważne są różnego rodzaju stypendia i zapomogi.

Kwasieborski nie opowiadał się za etatyzacją szkolnictwa. Uważał, że obok szkół państwowych istnieć mogą szkoły prywatne, ale muszą znajdować się one pod kontrolą państwa. Szkoły takiego typu są potrzebne, ponieważ co do zasady chętniej wprowadzają one nowe metody nauczania, a nauczyciel w szkole prywatnej jest zazwyczaj lepszym ekspertem od urzędnika pełniącego nadzór nad szkołą.

Autor podkreślał również, iż szkoła musi mieć charakter katolicki. Życie człowieka w Narodzie jest bowiem etapem drogi, która widzie człowieka do Boga, a szkoła musi odgrywać na tej drodze rolę twórczą. Kwasieborski ganił również koedukację, kobieta i mężczyzna mają w końcu odmienną psychikę i odmienne zadania w pracy na rzecz Narodu.

Wydaje się więc, iż gdyby Wojciech Kwasieborski żył dziś, nie poparłby „Lex Czarnek”. Nie przejawiał on chęci nadmiernej kontroli państwa nad szkołą, a nauczycieli uważał za lepszych ekspertów od urzędników. Na pewno jednak zrobiłby wszystko, aby katolickie rodziny nie miałyby obaw przed posłaniem dzieci do szkoły.

Małgorzata Jarosz

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię