Do napisania niniejszego artykułu zainspirowała mnie lektura programu wyborczego Grzegorza Brauna (przypomnijmy, iż chodzi tu o wybory na prezydenta Rzeszowa). Nie mam zamiaru omawiać wszystkich postulatów, ponieważ nie znam realiów miasta Rzeszowa. Chciałabym zwrócić jednak uwagę na kwestię postulatu wprowadzenia bonu edukacyjnego, który według mojej opinii wiąże się z licznymi zagrożeniami.

– Po wprowadzeniu takiego bonu dyrektorzy szkół podstawowych oraz średnich zaczną wreszcie między sobą konkurować, a placówki przez nich kierowane staną się naprawdę dobre, ponieważ będzie im zależało, żeby rodzice zapisali swoje dzieci właśnie do ich szkół. To wszystko zagwarantuje właśnie proponowany przez nas bon edukacyjny- tłumaczyła Teresa Pracownik, dyrektor biura poselskiego Grzegorza Brauna.

Pomysłodawcą koncepcji bonu edukacyjnego był amerykański ekonomista Milton Friedman, który w 1955 postanowił zastosować teorię wolnego rynku w edukacji. Idea zakładała, iż każdy rodzic wyposażony zostanie w bon o wartości średniej kosztów kształcenia na danym poziomie. W ten sposób budżet szkoły uzależniony byłby od osób zainteresowanych nauką w niej.

Koncepcja bonu edukacyjnego zyskała popularność dopiero na początku lat 80. XX wieku, kiedy to Stany Zjednoczone zaobserwowały konieczność reformy edukacji. Reformy te zakładały między innymi przekazanie prawa do decyzji niższym szczeblom administracji oraz rodzicom.

System opracowany przez Friedmana zakłada, iż bon edukacyjny pokrywałby takie koszty jak wynagrodzenie nauczycieli czy różnego rodzaju wydatki rzeczowe. Bon musiałby być rzecz jasna zróżnicowany regionalnie i uwzględniać specyfikę poszczególnych typów szkół.

Friedman rozróżnił 3 rodzaje edukacji: oświatę powszechną, kształcenie wyższe oraz kształcenie zawodowe. Przy użyciu bonów powinno odbyć się finansowanie tylko dwóch pierwszych rodzajów. Kształcenie zawodowe finansowane byłoby natomiast ze środków prywatnych, tak zwanych kredytów edukacyjnych. Uzyskany bon realizowany mógłby być w każdej w każdej zaaprobowanej przez państwo szkole (zarówno publicznej, jak i prywatnej). Model ten zakłada, iż jedynym bodźcem do uzyskania lepszej jakości kształcenia jest konkurencja, interwencja państwa ogranicza się tu tylko do kontroli programu i poziomu nauczania.

Koncepcja bonów opracowana została również przez dwóch brytyjskich ekonomistów, Alana Peacocka oraz Jacka Wisemana (tzw. model dochodowo- rynkowy). Stworzony przez nich model zakłada, iż głównym założeniem jest wolność wyboru konsumenta. Wartość bonu wliczona byłaby do dochodu podlegającemu opodatkowaniu, w ten sposób miałby on większą wartość w rodzinach uboższych.

Nieco inaczej rzecz ma się z kompensacyjno- rynkowym modelem Jencksa. Głównym założeniem jest tu równość szans edukacyjnych. I tak szkoły nie mogłyby ustalać czesnego przekraczającego wartość bonu. Rodziny mniej zamożne otrzymywałyby natomiast dodatkowy bon o wartości odwrotnie proporcjonalnej do dochodów gospodarstwa domowego.

Czy wiadomo w jaki sposób bony edukacyjne sprawdzają się w praktyce? Warto przeanalizować tu przykład Chile, które od czasów liberalnych reform przeprowadzonych w latach 80. podczas dyktatury Pinocheta wdrożyły system oparty na bonach. W państwie funkcjonowały 3 typy szkół: publiczne, prywatne z możliwością dofinansowania bonami i prywatne bez takiej możliwości. Pod kontrolą państwa znajdował się tylko i wyłącznie pierwszy typ szkół. Okazało się, iż po wprowadzeniu reformy uczniowie zaczęli masowo przepisywać się do szkół prywatnych dofinansowanych bonami. W 1980 roku do placówek publicznych uczęszczało aż 79% uczniów, podczas gdy 8 lat później liczba ta zwiększyła się do 60%. Drugim zaobserwowanym zjawiskiem był spadek nakładów na edukację. Na początku lat 80. władze pokrywały 79% wydatków, natomiast w roku 1985 już tylko 68%. Czy jednak eksperyment ten przełożył się w jakikolwiek sposób na poprawę jakości edukacji? Nie, nie stwierdzono żadnych większych zmian.

Bony edukacyjne od początku lat 90. funkcjonują również w Szwecji. Państwo to wprowadziło wówczas jeden z najbardziej liberalnych modeli zarządzania oświatą. Szkołę mógł założyć praktycznie każdy, bez żadnych większych ograniczeń. Zrównano również zasady finansowania szkół publicznych i prywatnych- każda placówka otrzymywała taką samą dotację za każdego ucznia, nie mogąc przy tym pobierać żadnych dodatkowych dopłat. Rozwiązanie to miało co prawda swoje plusy. Liczne badania pokazują, iż prywatne szkoły zaczęły silnie rywalizować o nowych podopiecznych, podnosząc jednocześnie poziom kształcenia. Niestety, zaobserwowano również swego rodzaju segregację uczniów. I tak na przykład dzieci z biedniejszych dzielnic coraz rzadziej trafiały do tych samych szkół, co dzieci wywodzące się z klasy średniej. Warto wspomnieć również o wydarzeniu z roku 2013, które wstrząsnęło de facto szwedzkim systemem edukacji. Chodzi tu o decyzję jednego z największych operatorów szkół, spółki JB Education, o wycofaniu się z rynku. Efekt? 10 tysięcy uczniów bez szkoły i kilkaset nauczycieli bez pracy.

Zwolennicy bonów edukacyjnych argumentują, iż scentralizowana struktura szkolnictwa sprawa, iż nie uwzględnia się wymagań rodziców oraz konieczności poprawy jakości kształcenia. Model skrępowany przepisami jest bowiem nieefektywny.

Druga strona wskazuje jednak na liczne zagrożenia związane z bonem edukacyjnym. Model wolnorynkowy nie może zostać zastosowany w oświacie, ponieważ rynek zawsze jest zawodny i nieprzewidywalny. Zminimalizowanie roli państwa prowadziłoby natomiast do zaburzeń w dostępie do informacji dotyczącej szkół.

Reasumując: idea bonu edukacyjnego zakłada, iż szkoła z wysokim poziomem nauczania przyciągnie za sobą większą liczbę uczniów, a co za tym idzie większą ilość pieniędzy. W ten sposób z rynku całkowicie zniknęłyby szkoły i uczelnie z niskim poziomem nauczania. Ponadto realny wpływ na szkołę mieliby rodzice. W zależności od tego, gdzie zdecydują się posłać swoje dzieci, to ta szkoła otrzyma z tego tytułu większe pieniądze. Finansami szkoły kierowałby natomiast dyrektor, który w przeciwieństwie do urzędników wie lepiej gdzie ulokować zgromadzone pieniądze.

Niestety, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż model ten będzie funkcjonował sprawnie tylko w teorii. Główne ryzyko wiąże się z likwidacją niektórych szkół (chodzi tu głównie o szkoły na terenach wiejskich), co zmusi uczniów do pokonywania o wiele większych odległości. Oponenci powiedzieliby pewnie, iż zlikwidowane zostałyby przecież szkoły z niskim poziomem edukacji, co wszystkim wyszłoby na dobre. Czy rzeczywiście? Należy mieć na uwadze, że określenie „słaba szkoła” jest tutaj pojęciem bardzo względnym. Czy wiejska szkoła z niewielką liczbą uczniów, która co prawda nie prezentuje tak wysokiego poziomu jak „konkurencyjna” szkoła z oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów dużego miasta, ale mimo to bardzo dobrze spełnia swoją funkcję, rzeczywiście zasługuje na likwidację? Odpowiedź wydaje się być oczywista. Tym bardziej, iż duża liczba likwidacji pociągnie za sobą przepełnienie niektórych placówek, co siłą rzeczy bardzo negatywnie odbije się na edukacji.

Idea bonu edukacyjnego niewątpliwie zawiera w sobie wiele cennych elementów. Mam tu na myśli większy wpływ rodziców na działalność szkoły. Kwestia ta wydaje się być ważna w kontekście pseudowartości, które próbują wpoić uczniom niektórzy nauczyciele czy różnego rodzaju grupy nacisku. Idealnym przykładem są tu chociażby słynne „tęczowe piątki” czy lekcje wychowania seksualnego. Na pewno należy uczynić wszystko, aby zapewnić Kościołowi swobodę w zakładaniu szkół katolickich (warto przypomnieć tu, iż na rodzicach ciąży obowiązek posłania dzieci właśnie do szkoły katolickiej). Należy również umożliwić rodzicom zastosowanie edukacji domowej, jeśli ich zdaniem jest to lepsze rozwiązanie dla ich dzieci.

Ogólnie rzecz biorąc uważam jednak, że bon edukacyjny nie jest dobrym rozwiązaniem, przynajmniej jeśli chodzi o polskie warunki. Zasada wolnej konkurencji niesie za sobą wiele nadużyć w życiu gospodarczym, nie ma więc podstaw, aby przypuszczać, iż sprawdzi się w edukacji. Oczywiście, można zakładać, iż swego rodzaju rywalizacja szkół o nowych uczniów przyczyni się do podniesienia jakości kształcenia. Pamiętać należy jednak i o tym, iż wybór szkoły uzależniony jest od wielu innych czynników, chociażby od odległości od miejsca zamieszkania. Idea bonu edukacyjnego niesie za sobą zbyt duże ryzyko zamknięcia szkół „nierentownych”, w których liczba uczniów jest zbyt mała, aby umożliwić dalsze funkcjonowanie placówki.

Reasumując: polski model zarządzania edukacją z pewnością potrzebuje licznych reform i pozbycia się zbędnej biurokracji. Należy jednak stanowczo sprzeciwić się teorii, iż prywatne szkolnictwo zawsze będzie lepsze od publicznego. Nie istnieją bowiem na to żadne dowody. Dlatego zabierzmy edukację z rąk urzędników, a oddajmy ją w ręce specjalistów w poszczególnych dziedzinach, a także w ręce rodziców. Dajmy również większe kompetencje samorządom. Nie pozwólmy jednak, aby przyszłość polskiego szkolnictwa uzależniona była od kaprysów wolnego rynku. Starajmy się dążyć do ideału: wysoki poziom nauczania, edukacja oparta na wartościach katolickich, i dostępna dla każdego, bez względu na status społeczny.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię