Kiedy u progu 2020 roku snuliśmy domysły i refleksje nad tym, co przyniesie kolejne 12 miesięcy, pewnie mało kto myślał wówczas o pandemii. Być może spodziewaliśmy się III wojny światowej, zamachu terrorystycznego lub katastrofy naturalnej, ale na pewno nie „morowego powietrza”. Wydawało nam się, że epidemie należą do minionej epoki, ewentualnie mogą stanowić problem dla krajów słabo rozwiniętych, ale na pewno nie dotyczą one nas, mieszkańców Europy. Medycyna stoi przecież na tak wysokim poziomie, że każdą chorobę zakaźną, można zdusić w zarodku.

Jeszcze kilka tygodni temu spora część Polaków lekceważyła problem. Media nakręcały, co prawda spiralę strachu, przez co niektórzy, zaczęli wynosić ze sklepów hurtowe ilości żywności długoterminowej i artykułów higienicznych. Druga część społeczeństwa patrzyła na nich z politowaniem, internet natomiast zaroił się od memów, mających na celu wyśmiać masową panikę. Nie brakowało też osób próbujących zachować tak zwany zdrowy rozsądek. Mówiono, iż koronawirus nie jest groźniejszy od zwykłej grypy i jeśli jest on jakimś zagrożeniem, to tylko dla osób starszych i schorowanych.

Rzeczywiście, nie ulega wątpliwości, iż media mają niemały udział w tworzeniu atmosfery strachu. Ich rolą jest w końcu szukanie sensacji. W przeszłości straszono nas chorobami takimi jak ptasia grypa, świńska grypa czy ebola. We wszystkich tych przypadkach skończyło się na strachu. Niestety, choć powstanie koronawirusa owiane jest tajemnicą i fani teorii spiskowych mają tu spore pole do popisu, to statystyki pokazujące ofiary COVID-19 nie kłamią, a koronawirus nie jest niestety wymysłem mediów ani koncernów farmaceutycznych.

Pewnie wielu z nas zadaje sobie pytanie: dlaczego nas to spotkało? Czy pandemia koronawirusa jest karą za grzechy? Tego oczywiście nie wiemy, jednak jedno nie ulega wątpliwości: świat, a zwłaszcza Europa Zachodnia na karę zasługuje. Bo choć słusznie przeraża nas liczba ofiar COVID-19, to w porównaniu z ofiarami aborcji wciąż jest to liczba śmiesznie mała. Czy Bóg bez końca będzie przyglądał się postępującej laicyzacji? Papież Franciszek wypowiedział niedawno bardzo intrygujące słowa: „Myśleliśmy, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie”. Rzeczywiście, Europa choruje nie tylko na COVID-19, ale przede wszystkim na ateizm, liberalizm, modernizm i wiele innych podobnych schorzeń. Ks. Denis Puga FSSPX w jednym ze swoich kazań pouczał nas niedawno, iż różnego rodzaju epidemie odczytywane były zazwyczaj jako kara za grzechy władz publicznych. Przypomnijmy sobie, chociażby biblijnego króla Dawida, który nakazał dokonać spisu swojego ludu, aby mieć satysfakcję z tego, iż sprawuje władzę nad ogromnym narodem. Konsekwencją grzechu pychy była kara Boża w postaci epidemii. Kara ta miała jednak charakter wychowawczy. Bóg odwołał bowiem anioła choroby, gdy tylko serce Dawida zwróciło się ku Bogu.

Czy serca „wielkich tego świata” również zwrócą się do Boga? Tego nie wiemy. Do Boga zwróciło się jednak serce niejednego chorego, niejednego lekarza i niejednego obserwatora ostatnich wydarzeń. Internet obiegło niedawno świadectwo pewnego włoskiego lekarza, który niemal z dnia na dzień z ateisty stał się osobą wierzącą. Ktoś mógłby powiedzieć jednak: przecież COVID-19 nie wybiera, koronawirus atakuje zarówno sprawiedliwych, jak i grzeszników. Tu dotykamy tematu stosunku chrześcijanina do cierpienia. Cierpienie częściowo owiane jest tajemnicą, dopiero po śmierci dowiemy się w pełni, dlaczego otrzymaliśmy ten, a nie inny krzyż. Cierpienie niekiedy jest łaską. Lepiej bowiem jest przeżyć czyściec tu na ziemi niż po śmierci. Fakt, iż jesteśmy katolikami i nie zgadzamy się na łamanie prawa Bożego w sferze publicznej, nie oznacza przecież, iż nie mamy grzechów i nie potrzebujemy nawrócenia. Ponadto katolik powinien ofiarowywać swoje cierpienia w wybranej przez siebie intencji, chociażby w intencji nawrócenia grzeszników. Przypomnijmy sobie, chociażby postaci Świętych Franciszka i Hiacynty Marto, małych wizjonerów z Fatimy. Pomimo bardzo młodego wieku oboje odznaczali się ogromną dojrzałością w sferze religijnej. Zgodnie z obietnicą Najświętszej Maryi Panny, niedługo po słynnych objawieniach, zostali „zabrani do Nieba”. Przyczyną śmierci była słynna pandemia hiszpanki. Dzieci wszystkie cierpienia związane z chorobą ofiarowały za nawrócenie grzeszników.

Kiedy próbowałam odnaleźć najbardziej właściwą odpowiedź na to, jaka powinna być postawa katolika wobec pandemii, przypomniał mi się fragment wiersza Adama Asnyka: „Przestańmy własną pieścić się boleścią, przestańmy ciągłym lamentem się poić! Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią, mężom przystoi w milczeniu się zbroić”. Niektórzy przewidują, iż równolegle z oddziałami chorób zakaźnych, będą zapełniać się szpitale psychiatryczne. Przyzwyczajony do życia w luksusie człowiek, nie radzi sobie bowiem z wszechobecnym cierpieniem i śmiercią. Człowiek, który odrzucił Boga nie ma nadziei, obecna sytuacja go przerasta. Nas katolików musi cechować przede wszystkim spokój i opanowanie. Oczywiście, mamy prawo się bać, mamy prawo odczuwać smutek spowodowany obecną sytuacją, jednak wszystkie nasze niepokoje musimy przelać na Chrystusa. Ks. Karol Stehlin skierował niedawno do wiernych bardzo pokrzepiającą naukę: „Nie wiemy co będzie jutro, ale wiemy, co będzie pojutrze”. Tak, nie wiemy, kiedy skończy się epidemia, nie wiemy, czy będziemy jedną z ofiar koronawirusa, nie wiemy też, czy niedługo nie będziemy cierpieć z powodu śmierci bliskiej osoby. Wiemy jednak, że ostateczne zwycięstwo należy do Chrystusa, a nagrodą za cierpienie będzie Niebo. Wielkimi krokami zbliża się Wielkanoc. Te Święta będą inne niż te w latach poprzednich. Nie będzie święcenia pokarmów, wiele wskazuje na to, że pozbawi się nas nawet Mszy Świętej. Wszystko to nie może nam jednak zabrać radości ze Zmartwychwstania Chrystusa. A może należy spojrzeć na to z innej strony. Może zamknięte galerie, mniejsza ilość czekoladowych zajączków i przygnębiająca atmosfera samoistnie skierują nasze myśli ku Bogu?

Jedyną rzeczą, nad którą powinniśmy ubolewać jest odebranie nam Mszy Świętej. Oczywiście, rzeczą roztropną jest ograniczenie liczby wiernych w kościołach poprzez zwiększenie liczby Mszy (notabene celebracja cichej Mszy tradycyjnej może trwać nawet niecałe 30 minut). Osoby, które znajdują się w grupie ryzyka mogą być rzecz jasna zwolnione z obowiązku niedzielnej Mszy. Jednak dylematy takiego typu powinny być rozpatrywane indywidualnie, w konfesjonałach. Media dość skutecznie wmówiły społeczeństwu, iż koronawirus, w jakiś szczególny sposób upodobał sobie rozmnażanie w kościołach, a już najbardziej lubi zarażać wiernych podczas przyjmowania Komunii na klęcząco i do ust (nigdy natomiast nie zaraża przy braniu Ciała Pańskiego do ręki). Jeden z członków mojej rodziny opowiedział mi, iż w czasie jazdy samochodem jego uwagę zwróciła gigantyczna kolejka, która ustawiła się pod jedną z krakowskich restauracji McDonald’s. Niedawno internet obiegły natomiast zdjęcia kolejek w marketach budowlanych. Jak widać dla wielu z nas ważniejsza od udziału w Mszy świętej jest wizyta w McDonaldzie lub remont mieszkania. Oczywiście, wszyscy dobrze wiemy, że życie w całkowitej izolacji nie jest niestety możliwe. Nawet przy robieniu zakupów wyłącznie przez internet nie mamy przecież pewności, czy razem z zakupami nie zafundujemy sobie koronawirusa. Skoro rozumiemy, iż pomimo epidemii musimy jednak od czasu do czasu zrobić zakupy, albo chociaż na kilkanaście minut udać się na spacer w odludne miejsce (nie oszukujmy się, areszt domowy dla wielu z nas jest ogromnym obciążeniem psychicznym), dlaczego lekceważymy to, co powinno być najważniejsze? Dlaczego wątpimy w Bożą Opaczność?

W tym trudnym czasie módlmy się nie tylko o ustanie pandemii, ale przede wszystkim o powrót Mszy. W końcu w Wielkanoc nawet najbardziej zagorzali antyklerykałowie mają niekiedy zwyczaj pojawiać się na liturgii. Prośmy o wstawiennictwo Matkę Bożą Łaskawą. Mieszkańcy Krakowa wiedzą, iż na północnej fasadzie kościoła Mariackiego znajduje się właśnie Jej wizerunek. Najświętsza Maryja Panna dzierży w rękach strzały, które symbolizują Boży gniew. Historia obrazu sięga 1708 roku, kiedy to Krakowianie modlili się do Matki Bożej w czasie epidemii cholery.

Warto nadmienić również, iż za skutecznego patrona chroniącego od zarazy uchodzi św. Roch. O Świętym tym wiemy stosunkowo niewiele. Przyjmuje się, iż zmarł przed rokiem 1420, ponieważ wówczas pojawiły się pierwsze ślady kultu. Św. Roch w czasie pielgrzymki do Rzymu zatrzymał się we włoskim mieście Acquapendente, gdzie zastał epidemię dżumy. Święty odznaczał się ogromnym heroizmem, poświęcił się całkowicie opiece nad chorymi, nie bacząc na to, iż sam może zostać zarażony. Nagrodą za taką postawę miała być otrzymana od Boga łaska uzdrawiania. W późniejszych latach Roch opiekował się również chorymi mieszkańcami Rzymu i Piacenzy. W drodze powrotnej do Francji, w miasteczku Angera został wzięty za szpiega i pochwycony przez żołnierzy. Przyszły Święty poddany został torturom, słaby i wycieńczony po pięciu latach zmarł samotnie w lochu. Na ścianie więzienia w cudowny sposób miał pojawić się jednak napis: „Ci, którzy zostaną dotknięci zarazą, a będą wzywać na pomoc św. Rocha, jako swego pośrednika i orędownika, będą uleczeni”

Osobiście w ostatnich dniach oczami wyobraźni widzę rzymski Zamek Świętego Anioła, który swoją nazwę zawdzięcza św. Grzegorzowi Wielkiemu, papieżowi. W czasie gdy epidemia dziesiątkowała mieszkańców Rzymu, papież ujrzeć miał nad zamkiem anioła chowającego miecz. Módlmy się, aby miecz został schowany również nad współczesnym światem, a zwłaszcza nad Polską. A kiedy epidemia się skończy, podziękujmy Bogu za małe rzeczy, za możliwość wyjścia na spacer, za powrót do pracy czy nawet spokojne wyście na zakupy.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię