Od kilku tygodni media nieustannie bombardują nas nowymi informacjami na temat koronawirusa. Odkąd okazało się, iż zebrał on niemałe żniwo we Włoszech i wdziera się do innych krajów Europy, w ludziach obudziła się swego rodzaju histeria. Również w Polsce masowo wykupywane są maseczki chirurgiczne, niektórzy natomiast zaopatrują się w olbrzymie ilości produktów długoterminowych. Rzeczywiście, sytuacja nie jest wesoła. Biblijna przestroga „Czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny” w ostatnich dniach stała się jeszcze bardziej aktualna.

Z drugiej strony jednak śmierć grozi nam de facto codziennie. Spójrzmy, chociażby ilu ludzi ginie w wypadkach samochodowych lub umiera na choroby, z którymi współczesna medycyna radzi sobie niemal wzorowo (mam tu na myśli, chociażby grypę czy zapalenie płuc). Histeryczny lęk przed koronawirusem idealnie obrazuje sytuację moralną współczesnej Europy: największą wartością stało się ludzkie życie i związane z nim różnego rodzaju wygody i przyjemności. A przecież o wiele większy lęk powinna w nas wzbudzać nie utrata życia doczesnego, a wiecznego. W tym przypadku przyczyną śmierci nie będzie koronawirus, ale o wiele trudniejszy do wyleczenia liberalizm.

Tytuł mojego artykułu jest aluzją do niezwykle interesującego kazania ks. Konstantego Najmowicza (nagranie kazania bez problemu odnaleźć można w internecie). W naszym środowisku wiele mówi się ostatnio o zagrożeniach związanych z liberalizmem gospodarczym. I bardzo słusznie, jednak ściśle powiązany jest z nim również liberalizm obyczajowy.

Ks. Konstanty Najmowicz głosił swoje kazanie do wiernych Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Ktoś mógłby zapytać więc: czy ksiądz przypadkiem nie pomylił audytorium? Tradycyjni katolicy to chyba ostatnia grupa społeczna, którą można by podejrzewać o liberalizm. Okazuje się jednak, iż tytuł homilii był wyjątkowo trafny. W końcu, choć deklarujemy przywiązanie do wartości chrześcijańskich, to przecież jesteśmy tylko ludźmi i otaczający nas świat siłą rzeczy ma na nas większy lub mniejszy wpływ. Okazuje się bowiem, iż niektóre grzechy lub czynności, które jeśli jeszcze same w sobie nie są grzechem, to mogą stać się do niego okazją, przez świat uznawane są za swego rodzaju chleb powszedni.

Spora część z nas deklaruje się jako tradycyjni katolicy. Nic dziwnego, w końcu do tradycyjnej nauki Kościoła wprost odwołuje się nasza deklaracja ideowa. Na różnego rodzaju manifestacjach wznosimy okrzyki takie jak „Bóg, Honor i Ojczyzna” czy „Wielka Polska Katolicka”. Ponadto, nawet jeśli ktoś spośród nas nie posiada niestety łaski wiary, to nigdy nie pozwoli na plucie na Kościół, na zalegalizowanie aborcji czy homopropagandę. Zastanówmy się jednak, czy mimo to nasz styl życia rzeczywiście nazwać można katolickim? Czy istnieje coś, w czym nie różnimy się od liberałów?

W naszej deklaracji ideowej przeczytać można o tradycyjnej nauce Kościoła, która kieruje człowieka ku Prawdzie oraz o postulacie utworzenia państwa przenikniętego duchem katolickim. Niech każdy z nas zada sobie pytanie: co oznaczać będzie to w praktyce? Czy zdaję sobie sprawę z tego, że państwo katolickie sankcjonować będzie czynności, do których być może jesteśmy przywiązani? Pozwolę przytoczyć sobie prosty przykład: spójrzmy, chociażby ile oporu budzi w społeczeństwie próba wprowadzenia całkowitego zakazu handlu w niedzielę. W niedziele handlowe galerie pękają w szwach. Czy kiedykolwiek byliśmy częścią tego upojonego konsumpcjonizmem bezrozumnego tłumu? Być może zdarzało się nam być w sklepie nie tylko wtedy, kiedy dzień wcześniej zapomnieliśmy kupić cukru, a za godzinę przyjść mieli ważni goście. Może świadomie i dobrowolnie nie zrobiliśmy zakupów w tygodniu, a niedzielne wizyty w galerii stały się dla nas formą spędzania wolnego czasu.

Skoro tak banalna kwestia, jak zakaz handlu w niedziele wzbudza tyle kontrowersji, o ileż więcej wzbudziłby na przykład zakaz dystrybucji środków antykoncepcyjnych? Czy jesteśmy gotowi przedstawić drugiej stronie argumenty pokazujące zło antykoncepcji? Czy może przeciwnie, choć prywatnie nie będziemy z niej korzystać, dla tak zwanego świętego spokoju damy pozwolenie na jej dystrybucje? W tej sytuacji odezwałby się w nas jednak głos liberała.

Przykłady można rzecz jasna mnożyć. Podobnie rzecz ma się, chociażby z penalizacją rozwodów czy z zakazem publicznego kultu religii innych niż religia katolicka. Jedno jest pewne: aby w pełni zrozumieć zasadność takiego typu zakazów, trzeba, że tak to ujmę, „zachłysnąć się” katolickim duchem. Potrzebna jest rzecz jasna silna wiara i miłość do Boga, potrzebne jest zrozumienie, iż brak zgody na legalizację zła, to de facto wyraz miłości bliźniego. Wszystko to nie bierze się jednak znikąd. Katolikami w pełnego słowa znaczeniu nie staniemy się jednak najprawdopodobniej na Mszy posoborowej, w której czasie ksiądz będzie głosił kazanie o wolności religijnej. Dlatego tak bardzo ważny jest udział w Mszy katolickiej, a także codzienna modlitwa i lektura duchowa.

Im bardziej wgłębiać będziemy się w treść klasyków duchowości czy w żywoty Świętych, tym mocniej uderzy nas pogaństwo współczesnego świata. Widoczne jest to chociażby w ubiorze. W upalne dni spora część kobiet nie ma żadnych oporów, aby wejść do kościoła w bluzce na ramiączkach czy spódniczce mini. Niewiasty w mantylkach czy chustach spotkać można tylko w kaplicach Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, ewentualnie na tak zwanych indultach (tam jednak jest ich wyraźnie mniej…). Wbrew pozorom nie jest to pusty gest czy wyraz sympatii do starych zwyczajów, ale symbol pokory i czystości. Ubiór męski jest wcale nie lepszy i bardzo często bywa wyrazem swego rodzaju zniewieścienia. O ile jeszcze kilkanaście lat temu mężczyzna z pomalowanymi paznokciami wzbudzałby śmiech i politowanie, tak dziś powoli przyzwyczaja się nas do takiego typu wizerunku mężczyzny. Za takiego typu niewinną z pozoru modą stoi coś znacznie głębszego: mężczyzna poniekąd wyzbyty jest ze swojej męskości, nie chce już pełnić funkcji głowy rodziny czy żołnierza gotowego stanąć w obronie słabszych.

Zadajmy sobie również inne pytanie: czy zwracamy uwagę na to, jakie książki czytamy, jakie filmy oglądamy, albo jakiej muzyki słuchamy. Przedsoborowy Kościół miał dla wiernych wspaniały drogowskaz w postaci indeksu ksiąg zakazanych. Wbrew pozorom na indeksie znaleźć można było nie tylko książki zawierające herezje, ale też te pozycje, które „traktują o rzeczach zdrożnych i nieskromnych, opowiadają o nich lub uczą”. W kontekście tym pomyślmy, chociażby o popularnych serialach telewizyjnych, których bohaterowie nie widzą niczego niemoralnego w zdradzie małżeńskiej czy wspólnym mieszkaniu przed ślubem. Pomyślmy również o idolach współczesnej młodzieży, których życie prywatne pozostawia wiele do życzenia, a których twórczość w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach skoncentrowana jest na tematyce krążącej wokół erotyki czy wolnej miłości. Osoby, które brały udział w rekolekcjach ignacjańskich wiedzą, iż mowa jest tam między innymi o całkowitym porzuceniu tego, co oddala nas od Boga. I nie łudźmy się, że śledzenie seriali typu „M jak miłość” czy słuchanie Madonny nie będzie miało na nas żadnego złego wpływu.

Warto, aby trwający obecnie Wielki Post stał się czasem refleksji nad własnym życiem i próby wyzbycia się przywiązania do nawet najmniejszego zła. W końcu budowę Wielkiej Polski musimy zacząć od naprawy nas samych.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię