Gdyby postawione w tytule pytanie zadać przeciętnemu katolikowi, który nie jest katolikiem jedynie z nazwy, odpowiedź byłaby pewnie krótka i stanowcza: Nie. I byłaby oczywiście w pełni prawdziwa. Zamykanie kościołów jest w końcu domeną przywódców ateistycznych państw totalitarnych. Z drugiej strony jednak ktoś inny mógłby zadać wcale niemniej słuszne pytania. Czy całkowity brak obostrzeń w tej kwestii jest rzeczą roztropną? Czy nie jest to wystawianiem Pana Boga na próbę? W końcu nawet dziecko wie, iż niektóre okoliczności, jak chociażby choroba, zwalniają nas z obowiązku uczestnictwa w Mszy.

Osobiście odnoszę wrażenie, iż najbardziej szkodliwą cechą koronawirusa jest fakt, iż drobnoustrój ten jest zbyt groźny, aby móc go ignorować i po prostu „żyć normalnie”, ale jednocześnie zbyt mało niebezpieczny, aby całkowicie paraliżował on nasze funkcjonowanie. W związku z tym tak wielu z nas zadaje sobie pytanie o to, gdzie należy postawić granicę. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że wiele decyzji rządu ocenić należy jako pozytywne. Jakkolwiek niektórzy wolnościowcy burzą się, iż nikt nie ma prawa ograniczać ich wolności, to z punktu widzenia etyki katolickiej postawa taka nie jest w żaden sposób uzasadniona. Obowiązkiem władzy świeckiej jest w końcu między innymi troska o życie i zdrowie obywateli. Co prawda w naszych polskich realiach władza na co dzień wykonuje to zadanie na ocenę niedostateczną, jednak w warunkach epidemii ograniczenia w poruszaniu się czy nakaz noszenia maseczek w miejscu publicznym należy ocenić pozytywnie. I nikt nie ma prawa powiedzieć tu: to tylko i wyłącznie moja sprawa czy noszę maseczkę, czy też nie. Bo tu już nie chodzi tylko o życie i zdrowie jednostki, ale też o życie i zdrowie innych.

Jedno wydaje się być pewne, całkowity brak środków ostrożności w czasie celebracji Mszy Świętej nie jest rzeczą roztropną i może narażać wiernych na utratę zdrowia. Zasada „Pracuj tak, jakby wszystko zależało od Ciebie, a módl tak, jakby wszystko zależało od Boga” pasuje jak ulał do obecnej sytuacji. Dlatego można ograniczać liczbę wiernych (np. poprzez celebrację większej ilości Mszy, tak aby nikt nie był pozbawiony uczestnictwa w liturgii), można też wymagać od wiernych zakładania maseczek czy zachowania bezpiecznej odległości. Resztę pozostawmy natomiast Bożej Opatrzności. Problem polega natomiast na tym, iż rząd wprowadzając takie, a nie inne obostrzenia, przywłaszczył sobie kompetencje przynależne władzy kościelnej.

Oddajmy na chwilę głos św. Tomaszowi z Akwinu: „Do papieża należy troska o cel ostateczny, jemu powinni więc być poddani ci, którzy mają troskę o cele pośrednie i podporządkowywać się jego poleceniom” („De regime principium”, księga I, rozdział XV). Władza kościelna stoi więc wyżej od władzy świeckiej, ponieważ dobro naszych dusz jest czymś ważniejszym niż dobra materialne. Nie wiąże się to jednak z żadnym konfliktem interesów. Wręcz przeciwnie, zgodnie z filozofią tomistyczną łaska buduje na naturze, to znaczy, że dobra doczesne nakierowane są na dobra duchowe i mają pomagać w drodze do świętości. I tak zdrowie ciała daje nam możliwość uczestnictwa w Mszy, wykonywania obowiązków stanu czy spełniania uczynków miłosierdzia. Cel doczesny nie może jednak nigdy stawać na drodze celowi ostatecznemu. Stąd władzy świeckiej nie przysługuje prawo do wprowadzenia jakichkolwiek ograniczeń w sprawowaniu kultu religijnego. Wręcz przeciwnie, ciąży na niej obowiązek wdrażania takich warunków, aby wierni mogli swobodnie i bez ryzyka zakażenia uczestniczyć w Mszy Świętej. W warunkach polskich nie jest to zadanie szczególnie trudne, w końcu kościoły to zazwyczaj budynki o dużym metrażu, także zachowanie bezpiecznej odległości nie stanowi tam żadnego problemu. Jeśli natomiast gdzieś w Polsce istniałyby regiony, w których kościoły parafialne są zbyt małe, aby pomieścić wiernych, władza świecka ma obowiązek, przykładowo, udostępnić im lokale publiczne, w których tymczasowo byłyby sprawowane Msze. Gdyby natomiast i to okazało się niemożliwe, władza kościelna w ostateczności posiada uprawnienia do tego, aby zwolnić wiernych z uczestnictwa w liturgii. Tak, tylko i wyłącznie władza kościelna, która zmuszona byłaby do tego poprzez niezależne od nikogo okoliczności, a nie poprzez nieprzemyślane decyzje władzy świeckiej.

Wydaje się jednak, że spora część wiernych postanowiła skapitulować przed koronawirusem, a epidemię potraktowała jako doskonałą wymówkę opuszczenia Mszy Świętej. I tak z jednej strony mamy głosy osób, które z niewiadomych przyczyn widzą w zapełnionych kościołach szczególnie groźne ognisko epidemii, z drugiej natomiast wyznawców teorii spiskowych, którzy przekonani są, że rzekoma epidemia to tylko wymysł WHO. Osobiście ubolewam nad tym, iż w całym zamieszaniu brakuje tak ważnej cnoty roztropności. Brakuje katolickiej postawy, która nakazuje nam zaprzestanie udawania mądrzejszych, niż jesteśmy w rzeczywistości. Owszem, pojawienie się koronawirusa owiane jest pewnymi tajemnicami i teoria o tym, że drobnoustrój ten „uciekł” z laboratorium nie jest pozbawiona podstaw. Wciąż jednak jest to tylko teoria, a badania w tej kwestii zostawmy naukowcom. Kierując się roztropnością, dbajmy o zachowanie środków ostrożności, jednak ufajmy też Bożej Opatrzności i nie obawiajmy się uczestnictwa w Mszy. Jeśli natomiast nękają nas różnego rodzaju wątpliwości (przykładowo, jesteśmy osobami o niskiej odporności i obawiamy się przebywania w zatłoczonym miejscu), nie bójmy się skierować naszych kroków do konfesjonału, gdzie z pewnością otrzymamy niezbędne wskazówki i odpowiedzi na nurtujące pytania.

3 KOMENTARZE

  1. Jak normalnie przeważnie się nudzi, jak np. są długie kazania, tak w okresie ograniczeń jestem szczęśliwy, jak udało mi się dostać na Mszę. Rozumiem radość moskiewskich katolików w okresie komunizmu, jak się cieszyli, jak potajemnie się przedostali do kościoła Św. Ludwika na Mszę. Był to wówczas jedyny czynny kościół katolicki w Moskwie ale normalnie to mogli do niego chodzić dyplomaci czy obcokrajowcy w ogóle. A ktoś miejscowy to miałby problemy. W ZSRR w szkole ośmieszano dziecko wobec innych dzieci, jak było wierzące itd. A dorosły to mógł mieć inne problemy. W każdym razie Bóg zezwolił Szatanowi, by miażdżył piętę, by właśnie przez to wiara ludzi się umacniała. Dlatego konserwatywny katolicyzm przetrwał w ZSRR a w krajach demokratycznych jest w defensywie. Najgorzej, jak nurt demokratyczny przeniknie do władz duchownych, które jak np. we Francji nie wpuszczają wiernych do kościoła, bo się słuchają władzy.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię