W ostatnich dniach oczy całego świata zwrócone były na Wielką Brytanię. Część społeczeństwa wychwalała zasługi zmarłej królowej Elżbiety II, część natomiast krytykowała poświęcenie zbyt dużej uwagi na śmierci osoby, która niekoniecznie powinna być dla nas autorytetem.

Prawda, jako katolicy musimy mieć świadomość tego, iż Elżbieta II była głową fałszywego Kościoła anglikańskiego, którego historia splamiona jest krwią katolickich męczenników.
Z drugiej strony jednak ze strony polskich monarchistów dały słyszeć się głosy, że mimo to monarchia brytyjska za czasów zmarłej królowej była ucieleśnieniem swego rodzaju klasy, splendoru i hierarchii, którą tak bardzo gardzą szeroko pojęte środowiska lewicowe.

Czy powrót do ustroju monarchicznego rzeczywiście byłby lekarstwem dla zlaicyzowanej i zdegenerowanej Europy? Czy współczesny człowiek rzeczywiście potrzebuje osoby, którą kocha i podziwia, ale która jednocześnie jest dla niego niedostępna, otoczona swego rodzaju nimbem świętości?

W mojej opinii odpowiedź jest jednoznaczna: nie, ustrój monarchiczny nie jest lekarstwem. Oczywiście, w postulowaniu przywrócenia monarchii nie ma nic złego, jednak rozwiązanie to jest niewystarczające.

Kiedy próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki ustrój powinien uchodzić za najbardziej chrześcijański, w pierwszej kolejności na myśl przychodzi mi publikacja Adama Doboszyńskiego (działacza przedwojennego Obozu Wielkiej Polski i ideologa narodowego radykalizmu), „Regimen commixtum”.

Adam Doboszyński w swoich rozważaniach opierał się na nauce św. Tomasza z Akwinu. Zdaniem Anielskiego Doktora ład społeczny powinien opierać się na następujących zasadach: „duplex ordo” („porządek dwoisty”) oraz „regimen commixtum” („ustrój złożony”). Poprzez „porządek dwoisty” należy rozumieć posłuch wobec władzy przy jednoczesnym zespoleniu się współobywateli między sobą. Zdaniem Doboszyńskiego myśl św. Tomasza można by streścić w następujący sposób: „zespół pod przewodnictwem jednostki o osobistym autorytecie”. Problem pod tytułem „jednostka czy zespół” znalazło tu rozwiązanie syntetyczne. Tomasz ze względu na niedoskonałość natury ludzkiej odrzucił zasadę jedynowładztwa. „Najlepszym ustrojem jest królestwo- pisze- o ile nie ulegnie zepsuciu. Z powodu jednak wielkiej udzielonej królowi władzy królestwo wyrodnieje łatwo w tyranię, o ile nie jest doskonała cnota tego, komu przyznano tak wielką władzę: jako że tylko człowiek cnotliwy znosi dobrze powodzenia, jak powiedział Arystoteles. Doskonałą zaś cnotę spotyka się u niewielu”. Zespolenie współobywateli jest właśnie tym elementem, który miałby chronić przywódcę przed wykolejeniem.

Św. Tomasz w swojej „Summie teologicznej” podkreślał, iż dobry ustrój to taki, w którym każdy ma jakiś udział we władzy. Wówczas wszyscy czują się przywiązani do takiego ustroju i strzegą go. Musi on jednak zawierać element monarchii, gdzie jednego stawia się na czele dla jego cnoty, oraz element arystokracji, czyli rządców usytuowanych poniżej monarchy. Zdaniem Anielskiego Doktora taki właśnie ustrój ustanowiony został prawem Bożym, ponieważ Mojżesz i jego następcy rządzili ludem „władzą jakby królewską”. Obok tego funkcjonowała jednak również władza 72 starszych (element arystokratyczny), których wybierano z ludu.

Doboszyński w swoich rozważaniach odniósł się również zjawiska krążenia elit. Elity rodzą się bowiem w każdej warstwie społecznej, a w prawidłowo zbudowanej społeczności jednostki wybitne powinny mieć możliwość wydostania się na sam wierzch drabiny społecznej.

Do „elity” zaliczyć należy następujące grupy osób:
1) jednostki szczególnie uzdolnione (artystycznie, politycznie, wojskowo itp.),
2) jednostki o typie „przywódczym”,
3) środowiska dziedziczne, dzięki którym jednostka utrzymuje się w elicie:
a) w korzystnym wypadku- dzięki otrzymaniu starannego wychowania i wykształcenia,
b) w złym wypadku- dzięki przywilejom, bezładowi i przymusowemu zahamowaniu „spadania elit zużytych.

I tak na przykład średniowieczna Europa wyłoniła szlachtę na wsi i patrycjat w mieście. Obie te warstwy otrzymywały szczególne wychowanie i to z nich, rekrutowali się rządzący. W miarę wyrodnienia ustroju średniowiecznego rolę warstwy uprawnionej do rządzenia zmonopolizowała szlachta obwarowująca się prawem dziedziczności. W XVIII wieku pojawiła się natomiast masoneria, która zrezygnowała z dziedziczności, a w zamian za to organizowała elity poprzez wychowanie. Sytuacja ta doprowadziła to tego, iż ostatnie dwieście lat historii ludzkości jest równocześnie historią masonerii, ponieważ jednostki wybitne i wykształcone były jednocześnie masonami. Dlatego nie wystarczy wysuwać postulatu usunięcia masonerii, trzeba również wiedzieć, co postawić w jej miejsce. Zdaniem Doboszyńskiego w warunkach polskich powinna być to Organizacja Polityczna Narodu, czyli instytucja moralno- polityczna wychowująca jednostki przywódcze.

Na temat Organizacji Politycznej Narodu pisały chyba wszystkie przedwojenne środowiska narodowe. Koncepcja ta pojawiała się w postulatach ONR „ABC”, RNR „Falanga” czy środowisku skupionym wokół czasopisma „Prosto z mostu”. Zdaniem Doboszyńskiego zasady, którymi powinna kierować się Organizacja, powinny być przynajmniej na początku bardzo ogólnikowe. Podobnie jak niegdyś ludzie średniowiecza przejęci byli chrześcijańską koncepcją wysokiej wartości każdej jednostki i dążyli do samorządu, który chroniłby jednostkę przed samowolą królów i możnowładców. Znali jednak tylko ogólny zarys swoich pragnień i posuwali się po omacku, tworząc formy przypadkowe i doskonalące się dopiero z biegiem czasu. Organizacja Polityczna Narodu z pewnością powinna jednak skupiać jednostki o cechach przywódczych z wszystkich warstw społecznych, a także jednostki wybitnie uzdolnione w jakimkolwiek kierunku.
Co ciekawe, zdaniem Doboszyńskiego Organizacja powinna mieć wysokie miary etyczne, przy szerokiej tolerancji dla poglądów politycznych. Jej wytyczne ideowe powinny ograniczać się do pewnego minimum zasad podstawowych, na których opiera się pogląd na świat Narodu, zostawiając miejsce dla szerokiego wachlarza odcieni politycznych. Szczególny nacisk położyć należy natomiast na wymagania etyczne. Większe prawa polityczne powinny łączyć się z większymi obowiązkami i wyższym poziomem życia osobistego, nie z większymi przywilejami. Sposobem kontroli mogłaby być jawność posiadania, a także rejestr posiadania, w którym każdy z członków Organizacji musiałby w regularnych odstępach czasowych notować swój stan majątku.

W dalszej kolejności chciałabym zwrócić uwagę na publikację „Odrodzenie idealizmu politycznego” autorstwa Tadeusza Gluzińskiego, wybitnego działacza przedwojennego ONR „ABC”. W swoich rozważaniach Gluziński skupił się między innymi nad pojęciem tytułu moralnego władzy. Chodzi tu o „wyższy powód”, dla którego jedni uważają za godziwe rządzić, zaś drudzy równocześnie za godziwe ich słuchać. Gluziński stał na stanowisku, iż w ustroju, w którym rządy zbudowano na jakimś fundamencie moralnym, wszyscy sobie są równi. To właśnie podległość czemuś wyższemu daje równość rządzących i rządzonych, jedni i drudzy są na wyższej służbie. Jest to prawdziwa równość, która jednocześnie nie sprzeciwia się hierarchii. Wolność masońska jest jedynie sparodiowaniem tego pojęcia.

Władza oparta na tytule moralnym krępuje się w wykonywaniu swych uprawnień jakimś wyższym celem. Jeśli zaś ustali się, że rządzący popełniają błędy lub wykazują objawy niedołęstwa, wtedy następuje jedynie ich zmiana w drodze ewolucji. Dzieje się to za obopólną zgodą rządzących i rządzonych. Ustrój taki jest ideałem, którego niestety nie da się w pełni zrealizować w warunkach ziemskich. Fakt ten nie powinien jednak odstręczać nas od zbliżania się do ideałów. Zdaniem Gluzińskiego powrót do średniowiecznych ustrojów monarchicznych nie jest możliwy, ponieważ ani rządzący, ani rządzeni nie uwierzą dziś w to, że powołany na tron monarcha panowałby naprawdę z Bożej łaski. Na monarszych dworach dzieją się bowiem na pół publicznie „zbyt ziemskie rzeczy”. Powoływanie prezydenta o tytule królewskim nie miałoby natomiast nic wspólnego z instytucją średniowiecznej monarchii, której istotną cechą jest dziedziczność tronu. Tytuł moralny władzy musiałby wyrastać dziś ze służby jakiemuś wyższemu celowi. Celem tym jest służba narodowi. O tytuł moralny może się ubiegać jedynie taki rząd, który jawnie i szczerze służyłby narodowi. Jedynie naród, obok rodziny, jest w chrześcijańskiej Europie formacją naturalną, dostrzegalną dla wszystkich i „wzrosłą w dusze”. W tak urządzonym państwie narodowi służyliby wszyscy, zarówno rządzący, jak i rządzeni. Dlatego znika przepaść dzieląca te grupy, traci charakter przedziału kastowego, staje się jedynie odstępem hierarchicznym. Nie może być tu mowy o „elitach rządzących”, ponieważ do służby narodowi, a więc również do funkcji rządzenia, powołany jest każdy. Oczywiście, choć obowiązkiem służby objęci byliby wszyscy, to jednak w różnym stopniu hierarchicznym i wskutek tego w różnym wymiarze. Wyższy stopień w hierarchii pociągałby za sobą większe obowiązki i większą odpowiedzialność za ich wypełnienie. I nie chodzi tu tylko o odpowiedzialność moralną lub historyczną, ale również odpowiedzialność karną.

W mojej opinii rację przyznać trzeba Janowi Mosdorfowi, który w swoim „Wczoraj i jutro” stanął na stanowisku, iż próba przywrócenia monarchii byłaby swego rodzaju parodią tego ustroju. Tym bardziej że nasza polska mentalność co do zasady nie odczuwa potrzeby posiadania króla. De facto nie również osoby, która mogłaby rościć sobie prawo do tytułu królewskiego.

Rację miał niewątpliwie również św. Tomasz z Akwinu, który nauczał, iż monarchia z racji dużej władzy udzielonej królowi łatwo może przekształcić się w tyranię. Naukę tą potwierdza historia- chrześcijański ustrój z czasów świętego króla Ludwika IX ewoluował w stronę rozpasanej i masońskiej monarchii absolutnej.

Powróćmy zatem do pytania, czy światu potrzebna jest dziś monarchia. Być może potrzebują jej niektóre narody (np. naród francuski czy hiszpański), ale w naszych polskich realiach przynajmniej na chwilę obecną postulat ten wydaje się zbędny. Oczywiście, jako katolicy powinniśmy zgadzać się z tym, że władza pochodzi od Boga (choć na temat możliwości obalenia władzy napisano już wiele i jest to temat na osobny artykuł) i jedynym możliwym do zaakceptowania ustrojem jest ustrój oparty na etyce chrześcijańskiej.

Narodowi polskiemu na chwilę obecną niekoniecznie potrzebny jest jednak król, potrzebny jest jednak na pewno naczelnik, któremu leżeć będzie na sercu dobro narodu, i który tym samym wzbudzać będzie w narodzie szacunek i respekt. Być może powinna być to osoba, którą opisał Jan Korolec, działacz przedwojennego ONR „ABC”, w swoim „Ustroju politycznym narodu”. Dobry naczelnik to osoba pokroju Henryka Sienkiewicza, przed którym swego czasu chylili głowy wszyscy, bez względu na poglądy. Co ciekawe, zdaniem Korolca powinien być on „reprezentantem majestatu Rzeczypospolitej”, ale nie będzie też brać udziału w codziennym życiu politycznym. Byłby to raczej autorytet moralny, stojący ponad bieżącą polityką.

Na chwilę obecną pozostaje nam się modlić o to, aby w Polsce udało się wprowadzić chrześcijański ustrój, i aby na czele narodu polskiego stanęła osoba godna tak odpowiedzialnego stanowiska…

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię