Newsletter subscribe

Społeczeństwo

Małgorzata Jarosz: Katolicyzm i narodowy solidaryzm jako antidotum dla nadwrażliwych

Posted: 18 września 2018 o 12:51   /   by   /   comments (4)

Niniejszy artykuł jest próbą rozszerzenia tekstu kol. Judyty Gacek pt. „Życie warte jest rozmowy”. Koleżanka poruszyła w nim niezwykle ważny i aktualny temat samobójstwa. Nie ulega wątpliwości, iż depresja w ostatnich latach zbiera coraz większe żniwa. Powody, dla których ludzie odbierają sobie życie, są bardzo różne – od zawodu miłosnego po utratę pracy i degradację społeczną. Nie ulega wątpliwości, iż jedną z przyczyn wzrostu liczby samobójstw jest laicyzacja i niestabilność więzi społecznych. W swoich rozważaniach postaram się rozszerzyć tę myśl.

Temat chorób psychicznych powoli przestaje być tematem tabu, a do korzystania z pomocy psychoterapeuty przyznaje się coraz więcej osób. O ile Polacy wciąż dość niechętnie przyznają się do problemów psychicznych, to na Zachodzie mówić można już o swego rodzaju modzie na psychoterapię. Z porad psychologa korzystają nie tylko osoby chore psychicznie, ale również osoby szukające rozwiązania swoich problemów, chcące po prostu „wygadać się”. Pytanie: czy zjawisko to jest czymś pozytywnym? Psychologia jest w końcu nauką stosunkowo młodą, nasi przodkowie świetnie radzili sobie bez specjalistów. W tym miejscu warto przytoczyć bardzo cenne uwagi pani Anny Wasiukiewicz, autorki książek „Psychologia jak religia, religia jak psychologia” i „Niebezpieczna psychologia”. Pani Wasiukiewicz pomimo faktu, iż z wykształcenia sama jest psychologiem, to do swojej dziedziny wiedzy, stosunek ma bardzo krytyczny. Początków psychologii należy doszukiwać się bowiem w liberalnych ideach oświeceniowych, kiedy to człowiek odrzucił Boga i zaczął kierować się wskazaniami własnego umysłu. Wśród ojców – założycieli psychologii nie ma ani jednego wierzącego katolika. Przykładowo, Zygmunt Freud głosił sprzeczną z katolicyzmem teorię, iż człowiek za swoje czyny jest de facto nieodpowiedzialny, a jego zachowanie zdeterminowane jest przez różne czynniki zewnętrzne i wewnętrzne. Nie ma tu miejsca na pojęcia takie jak „grzech” czy „dobro i zło”. Pani Wasiukiewicz w swoich rozważaniach dochodzi do bardzo ciekawych wniosków: skoro psychoterapia jest tak bardzo skuteczna, to dlaczego liczba samobójstw rośnie, zamiast spadać?

Oczywiście, błędem byłoby odrzucanie wszystkich osiągnięć psychologii czy psychiatrii. Przykładowo, bardzo często dość dobre efekty przynosi terapia behawioralno-poznawcza (jest to de facto jedyna terapia oparta na rzetelnie przeprowadzonych badaniach). Psychoterapeuta pokazuje pacjentowi, iż poczucie smutku i beznadziejności nie wywołuje w nim sama sytuacja, w której się znalazł, ale jedynie sposób patrzenia na nią. Oczywiście, taka zmiana sposobu patrzenia jest procesem długotrwałym. Bardzo pomocne może być jednak zadawanie pytań takich jak „dlaczego właściwie sytuacja, w której się znalazłem wywołuje u mnie takie, a nie inne emocje?”, „W jakich sytuacjach mój nastrój spada? Czy jest coś, co choć trochę mogłoby mi pomóc?”. Odpowiedzi na te pytania pozwalają niekiedy znaleźć źródło ludzkiego smutku. Naukowcy twierdzą, iż nasze emocje naturalnie trwają co najwyżej kilkanaście minut – jeśli wydłużają się, to tylko dlatego, że my sami wywołujemy je na nowo. Przykładowo, osoby będące w żałobie lub osoby po rozstaniu podtrzymują swój smutek poprzez nieustanne przywoływanie w myślach osoby, którą straciły. Początkowo może dać im to pozorne poczucie wsparcia, które jednak kończy się wraz z ponownym uświadomieniem sobie, że jest to tylko ich wyobraźnia, a utraconej osoby już od dawna przy nich nie ma. Nie da się rzecz jasna z dnia na dzień o kimś zapomnieć, ale pomocne może być uświadomienie sobie, że są to tylko nasze myśli i wyobrażenia, nie sytuacja realna.

Psycholodzy o poglądach chrześcijańskich (których zresztą policzyć można niemalże na palcach jednej ręki) podkreślają często, iż terapia behawioralno-poznawcza jest de facto jedyną terapią możliwą do zaakceptowania przez katolika. Polega ona bowiem jedynie na analizie naszych emocji, reakcji na bodźce. Inne nurty posiadają wiele założeń sprzecznych z katolicyzmem. Przykładowo, nurt humanistyczny zakłada, iż człowiek jest istotą z natury dobrą, a terapeuta ma pomóc mu w uwolnieniu się od blokad ograniczających samorozwój.

Zdanie Kościoła katolickiego na temat samobójstwa jest jasne: targnięcie się na własne życie jest grzechem, co do zasady ciężkim. Zgodnie z Kodeksem Prawa Kanonicznego z 1917 roku samobójca nie miał prawa do pogrzebu katolickiego, a jego ciało chowano na niepoświęconej ziemi, zazwyczaj w kącie cmentarza. Nie chodziło tu o brak szacunku do zmarłego czy orzekanie, iż został on przez Boga potępiony i przebywa w piekle (Kościół zawsze stał na stanowisku, iż co do tego nigdy nie możemy mieć pewności, nie znamy imion osób, które dostały się do piekła), ale o podkreślenie faktu, iż samobójstwo jest ciężkim występkiem, a śmierć samobójcy jest niezgodna z wolą Bożą.

W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Z samobójców próbuje się ściągnąć wszelką odpowiedzialność za swój czyn. Rzeczywiście, osoby odbierające sobie życie bardzo często mają całkowicie lub częściowo ograniczoną świadomość, ale nie zawsze. Prawdą jest jednak, iż grzech ciężki popełnić można tylko z całkowitą świadomością i całkowitą zgodą, stąd winę samobójców bardzo często zredukować można do grzechu lekkiego. Ponadto możemy mieć uzasadnioną nadzieję, iż część z nich tuż przed śmiercią poczuła w sumieniu żal doskonały. Wspominał o tym, chociażby św. Jan Maria Vianney, kiedy samobójstwo popełniła jedna z jego parafianek (był to skok z mostu): „Pomiędzy mostem a rzeką upłynęło kilka sekund i nigdy się nie dowiemy, co się wówczas wydarzyło w sercu tej dziewczyny”.

Jedno nie ulega jednak wątpliwości: wzrost liczby samobójstw związany jest ściśle z postępującą laicyzacją społeczeństwa i ogólnym brakiem szacunku dla życia. Współczesny człowiek postawił siebie samego w miejscu Boga, uważa, iż może decydować zarówno o początku życia (in vitro), jak i o jego końcu (aborcja, eutanazja). Depresja rzecz jasna nie wybiera, chorują na nią zarówno osoby wierzące, jak i niewierzące. Katolik jednak powinien postrzegać swoją chorobę w zupełnie inny sposób. Osoby wierzące bardzo często podkreślają, iż co prawda znajdowały się na krawędzi życia i śmierci, miały silne myśli samobójcze, ale przed targnięciem na własne życie uchroniła ich świadomość, iż samobójstwo jest grzechem. Oczywiście, depresja doprowadza niekiedy człowieka do stanów, kiedy przestaje on myśleć racjonalnie i całkowicie traci kontakt ze światem. Ogólnie rzecz biorąc nie ulega jednak wątpliwości, iż liczba samobójstw wśród katolików jest nieporównywalnie mniejsza niż wśród osób niewierzących.

Niektórzy zadają sobie następujące pytanie: Czy katolik w ogóle może chorować na depresję? Czy popadanie w głęboki smutek i poczucie beznadziejności jest katolickie? Nie ulega wątpliwości, iż katolikowi nie wolno popadać w rozpacz. Bóg nie ma w sobie bowiem nic niedoskonałego, stąd nie wolno przypisywać mu niedoskonałości czy złośliwości w działaniach. Musimy pokładać w Bogu ufność, wierzyć, iż wie On najlepiej, co jest dla nas dobre. Nie oznacza to jednak, iż nie wolno nam cierpieć z powodu przeżywanych trudności, jest to poniekąd naturalna reakcja naszego umysłu. Przez cierpienia takiego typu przechodzili nawet najwięksi Święci. Warto przytoczyć tu, chociażby osobę św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która cierpiąc z powodu gruźlicy, zmagała się również z pokusą rozpaczy i samobójstwa. Jedna z pielęgniarek, która towarzyszyła Świętej w ostatnich dniach jej życia, na procesie beatyfikacyjnym zeznała, iż na trzy dni przed śmiercią św. Teresa pomimo niewyobrażalnego bólu próbowała się uśmiechać, wypowiedziała również następujące słowa: „Gdybym nie miała wiary, nie dałabym rady znieść takich cierpień. Jestem zaskoczona, że wśród ateistów nie ma więcej samobójstw”. Ponadto miesiąc przed śmiercią św. Teresa miała apelować do Matki Przełożonej, aby przy chorych nie pozostawiać żadnych trujących leków.

Wystarczy tylko sekunda, by stracić rozum, kiedy cierpi się bardzo mocno – tłumaczyła.

Problemy ze zdrowiem psychicznym miał również ojciec św. Teresy, św. Ludwik Martin. Po raz pierwszy załamał się, kiedy z powodu braku znajomości łaciny nie przyjęto go do zakonu augustianów. Później ogromnym krzyżem okazała się dla niego przedwczesna śmierć żony. Przeżył również pobyt w szpitalu psychiatrycznym, powodem był uwiąd starczy. Wszystko to nie przeszkodziło mu w osiągnięciu świętości.

Jednym z problemów współczesnego świata jest fakt, iż kwestionuje on sens cierpienia. A przecież w mniejszym lub większym stopniu dotyczy ono każdego z nas, każdy z nas prędzej czy później doświadczy ciężkiej choroby, każdy z nas będzie cierpiał po stracie bliskich. Chrześcijanin powinien pamiętać jednak, iż to przede wszystkim cierpienie upodabnia nas do Chrystusa. W końcu w Ewangelii znajdujemy następującą naukę: „Kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za Mną, nie jest mnie godzien”. Pan Bóg często zsyła na nas krzyże, by nas do Siebie zbliżyć i uzmysłowić nam, iż w chwilach trudności tak naprawdę tylko na Niego możemy liczyć. Czasami cierpienie może mieć charakter pokutny – lepiej jest bowiem cierpieć za grzechy w życiu doczesnym, niż cierpieć w czyśćcu. Nigdy nie znamy do końca powodów, dla których Bóg nas doświadcza. Każde cierpienie możemy ofiarować jednak za nawrócenie grzeszników. Pamiętajmy również, iż w przezwyciężeniu cierpienia pomóc może nam tylko Boża łaska. Terapeuta może pomóc nam w rozwiązaniu naszych problemów, ale nawet najlepszy psycholog nie jest cudotwórcą i z dnia na dzień nie uwolni nas od cierpień.

Na koniec warto zwrócić uwagę, iż na liczbę samobójstw i ogólny wzrost chorób psychicznych wpływ ma obecny, kapitalistyczny ustrój gospodarczy. Psychiatrzy bardzo często podkreślają, iż do szpitali psychiatrycznych trafia coraz więcej ludzi młodych, którzy nie poradzili sobie w tak zwanym wyścigu szczurów. Osoby po studiach zaczynają dostrzegać fakt, iż wysiłek włożony w naukę bardzo często nie pomaga w znalezieniu dobrze płatnej pracy. Ponadto wmawia się nam również niekiedy, iż godność człowieka zależy od jego wykształcenia, wykonywanej pracy czy zajmowanej pozycji społecznej. W rzeczywistości godność ta uzależniona jest od przestrzegania prawa Bożego. Warto również zwrócić uwagę, iż liberalizm rozluźnia więzy społeczny, czyni człowieka jednostkę całkowicie autonomiczną. W życiu gospodarczym oznacza to nieustanną konkurencję i współzawodnictwo (czasami nawet „po trupach do celu”), nie ma mowy o żadnym solidaryzmie pomiędzy osobami wykonującymi ten sam zawód czy pracującymi w tej samej firmie. Taki sposób myślenia rzutuje również na nasze życie prywatne. Nie dostrzegamy, iż wokół nas, czasami nawet w naszej własnej rodzinie znajdują się osoby potrzebujące wsparcia. Wsparcia tego w sposób szczególny potrzebują osoby z depresją. Bardzo często podkreślają one fakt, iż jedyne czego potrzebują to po prostu czyjaś obecność, potrzymanie za rękę.

My jako narodowo-katoliccy radykałowie nieustannie powinniśmy pracować nad zmianą sposobu myślenia naszego Narodu: zamiast liberalizmu, narodowy solidaryzm, ustrój wolny od wyzysku, oparty na społecznej nauce Kościoła katolickiego. Bo być może wielu samobójstw udałoby się uniknąć, gdyby pracodawcy mieli szacunek do swoich podwładnych? Gdyby pamiętali, iż rezygnacja z kupna nowego samochodu albo wakacji w tropikach, umożliwi pracownikowi kupno nowych butów dla syna albo opłacenie korepetycji dla córki.

 


MAŁGORZATA JAROSZ

Magister historii, działaczka Brygady Małopolskiej. W swoich artykułach porusza najczęściej tematy związane z historią Kościoła i historią Polski.

 


Czytaj także

Comments (4)

write a comment

Comment
Name E-mail Website

  • 19 września 2018 o 07:33 Dymitr Ogonowski

    Ale widzicie, jak się ma do tego ordo caritatis? Pracodawca woli, by jego dzieci odpoczęły w ciekawym miejscu na wakacjach niż by córka jego pracownika miała korepetycję. Jeżeli uznawać ordo caritatis (Chrystus nic o tym nie mówi, tylko Św. Tomasz z Akwinu), to normalne, że się pracodawca troszczy przede wszystkim o swoje dzieci.

    Reply
    • 19 września 2018 o 23:20 Małgorzata Jarosz

      św. Tomasz pisał też coś o sprawiedliwej zapłacie

      Reply
      • 21 września 2018 o 07:53 Dymitr Ogonowski

        Sformułował też dogmat słusznej ceny – sprzedaż po kosztach produkcji. A jaka jest sprawiedliwa zapłata według Św. Tomasza i jaka powinna być według Was obecnie? Jakie kryterium brać przy ustaleniu “sprawiedliwej zapłaty”? Ja to przyznam, że samego Św. Tomasza nie czytałem nigdy. Tylko, jak ktoś coś odpisał od Tomasza:)

        Reply
      • 21 września 2018 o 07:59 Dymitr Ogonowski

        Chociaż znalazłem w necie: Św. Tomasz (…) “dochodzi do przekonania, iż sprawiedliwa płaca gwarantować powinna pracownikowi możliwość utrzymania wraz z rodziną oraz poczynienia bez dodatkowego wysiłku pewnych oszczędności.” Ale diabeł tkwi w szczegółach:) Czy to utrzymanie, to podstawowe jedzenie, mieszkanie i ubranie, czy też łącznie z “korepetycjami dla córki”. I te “pewne oszczędności”, to też nie jest podane, jak to ustalać? Św. Tomasz nie jest Bogiem. To co napisał nie należy do Pisma Św. Ale jak już ma być autorytetem, to trzeba dociekać, jak to rozumieć?

        Reply