Marsz Niepodległości 2019 przeszedł do historii jako pierwszy, który nie był współorganizowany przez Obóz Narodowo-Radykalny. Mimo to jednak, wraz z innymi uczestnikami wydarzenia, przeszliśmy przez Warszawę z hasłem Miej w opiece Naród cały na ustach.

Odwoływanie się do religii katolickiej budzi w niektórych środowiskach liczne kontrowersje. Odnoszę wrażenie, że nasiliły się one dwa lata temu, kiedy to Marsz Niepodległości przeszedł pod hasłem My chcemy Boga”. Niepokojące jest to, że słowa krytyki wychodzą nie tylko ze strony lewicy, ale również ze strony działaczy świeckich – organizacji nacjonalistycznych.

Argumenty naszych oponentów są do siebie podobne: zbytnie skupianie się na sprawach wiary odciąga działaczy od poważnych problemów o charakterze społeczno-gospodarczym. Chrześcijaństwo miałoby ponadto rzekomo osłabić „bojowego ducha”. Co jednak istotne, ludzie ci nie stawiają sobie za cel walki z religią. Uważają jednak, że powinna być ona pozostawiona w domowym zaciszu.

Krytyka afiszowania się ze swoją religijnością łączona jest zazwyczaj z krytyką osoby Roberta Bąkiewicza. I rzeczywiście, trudno nie zgodzić się z tym, iż za jego prezesury Marsz stracił antysystemowy charakter i przekształcił się w patriotyczną imprezę. Nie zamierzam rzecz jasna bronić Roberta (w zeszłym roku wzięłam go w obronę, ponieważ po próbie zawłaszczenia Marszu przez partię rządzącą został w pewien sposób postawiony pod ścianą), w końcu na chwilę obecną nie jest żadną tajemnicą, iż człowiek ten jest wrogiem idei narodowej. Nie mam zamiaru również pisać paszkwilu na jego temat, ani też oceniać jego religijności (aczkolwiek nie mogę, nie zaznaczyć, iż nie ma mojej zgody na wykorzystywanie krzyża i różańca do realizacji swoich własnych, osobistych celów.).

Osobę Pana Prezesa zostawmy więc na boku. Ktoś niedawno ironicznie zapytał mnie, czy na Marszu w ogóle będzie można wznosić okrzyki, czy przez całą trasę odmawiany będzie różaniec. Cóż, jak widać, znalazło się miejsce na jedno, i na drugie. Pamiętajmy jednak o jednym: głośne „j***ć TVN” (czy katolikowi w ogóle przystoi używać wulgaryzmów…?), race czy czarne chusty na twarzy, nie mogą przecież w żaden sposób zmienić sytuacji politycznej czy społeczno-gospodarczej w Polsce. Co innego różaniec. Modlitwa niewątpliwie trudna, wymagająca skupienia, ale każdy, kto ją odmawia, może potwierdzić, że czyni ona cuda. Owszem, sama bardzo lubię „wykrzyczeć się” na Marszu, palić flagi unijne czy bawić się na koncercie Irydiona, ale wszystko to nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Prawda, jest to pewna forma „wyjścia do ludzi” i zamanifestowania swoich poglądów, która dodatkowo może dać nam energię do działania, ale… tylko tyle…

Czy pobożność rzeczywiście może odciągnąć nas od pracy dla Narodu? Żadną miarą. Zawsze, kiedy ktoś stawia mi takiego typu zarzuty, przypomina mi się następujący fragment Pisma Świętego: „Starajcie się najpierw o Królestwo i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33). Chrystus nie zachęca nas rzecz jasna do porzucenia swoich ziemskich obowiązków, wskazuje natomiast na właściwą hierarchię wartości. I tak na przykład grzech zaniedbania popełniłby lekarz, który zamiast leczyć pacjentów, spędziłby cały dzień w szpitalnej kaplicy. Grzechem jest jednak również poleganie tylko i wyłącznie na swoich własnych siłach i zaniechanie modlitwy.

W tym miejscu przypomnijmy sobie fragment naszej deklaracji ideowej: „Bóg jest Dobrem Najwyższym, a zbawienie najważniejszym i ostatecznym celem życia człowieka. Przykazania wiary Chrystusowej wyrażonej w tradycyjnej nauce Kościoła rzymskokatolickiego kierują człowieka ku Prawdzie i wyznaczają etyczne ramy ziemskiej egzystencji. Podkreślając ogromną rolę katolicyzmu, będącego ponad tysiącletnim czynnikiem kulturotwórczym, filarem polskości i ostoją tożsamości narodowej, postulujemy wizję Wielkiej Polski jako państwa przenikniętego duchem katolickim?”.

Zwróćmy uwagę, że deklaracja mówi wyraźnie o „tradycyjnej nauce Kościoła rzymskokatolickiego”, nie o nauce głoszonej przez modernistów. Dla nas, jako osób zajmujących się zagadnieniami politycznymi i społecznymi, jest to szczególnie istotne. Przeniknięci duchem modernistycznym współcześni hierarchowie (niestety na czele z papieżem) nie głoszą już nauki o społecznym panowaniu Chrystusa Króla, ale postulują rozdział Kościoła od państwa. My jako narodowi radykałowie walczymy o coś zupełnie innego: walczymy o zakaz kultu publicznego dla heretyków i pogan (błąd nie może mieć w końcu takich samych praw jak prawda), o krzyże w szkołach i miejscach pracy, o całkowity zakaz aborcji, a także o sprawiedliwy społecznie system gospodarczy. Pamiętajmy jednak, że postulaty takiego typu muszę iść w parze z naszą wewnętrzną postawą i z naszym dążeniem do świętości. Warto w tym miejscu przytoczyć fragment jednego z artykułów Jana Korolca: „Będąc katolikami jesteśmy przeciwnikami wprowadzania tzw. polityki katolickiej, polegającej na głośnym deklamowaniu frazeologii katolickiej. Polityka narodu katolickiego musi być katolicka z ducha, a nie ze swego szyldu (…) Przyszła Polska będzie więc Polską katolicką z głębi swej treści, nie dlatego, że będzie oparta na jakiś dawnych, dajmy na to, średniowiecznych wzorach, ale dlatego, że będzie zbudowana przez katolików wychowanych na światopoglądzie katolickim” (Nowy Ład: miesięcznik polityczny, 1935, nr 2). Stanowisko Korolca jest w pełni prawdziwe: nie da się zbudować Wielkiej Polski bez ludzi autentycznie wierzących. Jeśli ich zabraknie, na nic zda się nawet najbardziej katolickiej prawodawstwo, ponieważ przepisy mają to do siebie, że dość łatwo można je omijać. Dlatego dbajmy o swoją katolicką formację: w niedzielę uczestniczmy w tradycyjnej Mszy Świętej, nie zapominajmy o codziennej modlitwie i lekturze duchowej, przynajmniej raz na jakiś czas wybierzmy się na rekolekcje ignacjańskie.

Nasi oponenci zarzucają nam niekiedy, że będąc katolikami, de facto nie możemy być nacjonalistami. Katolik musi bowiem czuć się bratem każdego innego katolika, bez względu na przynależność narodową czy rasową. Stwierdzenie to oczywiście jest prawdą. Nie oznacza to jednak, że wyznającego katolicyzm Francuza, Hiszpana czy Nigeryjczyka musimy troszczyć się bardziej niż o zagubionego Polaka. W końcu podobnie rzecz ma się z rodziną. Ciąży na nas obowiązek szacunku względem rodziców, bez względu na wyznawane przez nich poglądy.

Na koniec zwróćmy uwagę na niezwykle istotną rzecz: głoszone przez nacjonalistów postulaty zdają się niekiedy oderwane od rzeczywistości, niektórzy uważają nas za swego rodzaju fantastów. Dotyczy to również postulatów głoszonych przez świeckie środowiska narodowe. Nie da się w końcu z dnia na dzień obalić systemu kapitalistycznego, nie da się tak po prostu wyprosić z Polski międzynarodowych korporacji. Oczywiście, jako działacz Obozu Narodowo-Radykalnego wierzę głęboko, że nasza walka ma sens i że kiedyś uda nam się wywalczyć inną, lepszą Polskę. Jednak wymagać będzie to od nas wiele poświęcenia i wysiłku. Nikt z nas nie jest na tyle silny, aby wytrwać w walce bez Bożej łaski. Pamiętajmy również, że od woli Bożej zależy to, kiedy uda się wywalczyć Wielką Polskę. Pismo Święte naucza, że Bóg wszystkich, których kocha „karci i ćwiczy”. Kara Boża nie ma jednak charakteru zemsty, ale ma doprowadzić nas do opamiętania. Nie ulega wątpliwości, że obecna sytuacja w Kościele i w Polsce jest dla wielu okresem próby. Tak wielu z nas nie ma, chociażby dostępu do tradycyjnej Mszy świętej czy do wsparcia duchowego ze strony w pełni katolickiego kapłana. Zadajmy sobie również następujące pytanie: jak w Polsce powstać ma sprawiedliwy ustrój społeczno-gospodarczy albo jak w Polsce ma poprawić się sytuacja w służbie zdrowia, skoro tak wielu Polaków domaga się, przykładowo, całkowitej legalizacji aborcji? Pozostaje nam mieć nadzieję, że smutna polska rzeczywistość doprowadzi niejedną osobę do przemiany i opamiętania…

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię