To już pewne- do najbliższych wyborów Ruch Narodowy pójdzie wraz z partią Wolność oraz z Grzegorzem Braunem. Od jakiegoś czasu szeroko pojęta prawica i osoby sympatyzujące z ideą narodową niemalże pieją z zachwytu. W swoim artykule pragnę natomiast zaprezentować krytykę koalicji antyunijnej z pozycji narodowego radykała.

Przyznać trzeba, że Janusz Korwin- Mikke, a za nim także Grzegorz Braun dość skutecznie wmówili Polakom, że ludzkości udało się wymyślić tylko dwa systemy gospodarcze, socjalizm i kapitalizm. Bardzo niepokojące jest to, iż pogląd ten podziela niemała liczba osób uważających się za katolików, w tym również katolików tradycyjnych. Poglądy Grzegorza Brauna na pierwszy rzut oka wydają się atrakcyjne. Deklaracja utworzenia państwa wyznaniowego czy chęć przywrócenia monarchii katolickiej jest rzecz jasna godna pochwały. Jaką jednak mają one wartość przy jednoczesnym opowiadaniem się za liberalizmem gospodarczym? Warto w tym miejscu przypomnieć, że kiedy w kwietniu 2017 roku katolicy protestowali pod warszawskim Teatrem Powszechnym przeciwko bluźnierczej „Klątwie”, Braun nie solidaryzował się z nimi w pełni. Powód? Wbrew opiniom protestujących państwo nie powinno mieć żadnego wpływu na repertuar teatrów. O ile z reguły stwierdzenie to można uważać rzecz jasna za słuszne, tak nie ulega wątpliwości, że w państwie katolickim władza ma obowiązek reagować na pseudosztukę zawierającą bluźnierstwa przeciwko Bogu.

Przyjrzyjmy się bliżej deklaracji ideowej partii Wolność. Fragment dotyczący gospodarki brzmi następująco: „Odrzucamy wszelką interwencję w wolny rynek, na którym decyzje podejmują dziesiątki tysięcy przedsiębiorców i miliony konsumentów. Uznajemy zasadę, że każdy jest kowalem swojego losu. Odrzucamy jakąkolwiek przymusową redystrybucję dóbr. W naszym przekonaniu przyniesie to szybki wzrost gospodarczy i trwały dobrobyt . W tym celu należy znieść bariery prawne hamujące działalność gospodarcza, którą powinny prowadzić jednostki i ich spółki. Kategorycznie odrzucamy prowadzenie działalności gospodarczej przez państwo, włączając w to służbę zdrowia i edukację. W przyszłości chcemy by zasoby naturalne stały się prywatne. Będziemy dążyli do oparcia o walutę niezależną od państwa. Jesteśmy również przekonani o konieczności ustanowienia prawnego zakazu zadłużania państwa i samorządów”. W deklaracji brakuje natomiast odwołań do Pana Boga czy do nauki Kościoła. Grzegorz Braun do religii katolickiej odwołuje się co prawda niemalże na każdym kroku, jednak jego poglądy gospodarcze są de facto tożsame z poglądami Janusza Korwin- Mikke i jego partii. Zresztą obaj Panowie wywodzą się z tego samego środowiska, z konserwatywno- liberalnej Unii Polityki Realnej. Braun próbuje co prawda, niestety dość skutecznie, wmówić swoim wyborcom, że wolność gospodarcza związana jest z wolnością zawartą w Ewangelii, wolnością wynikającą z bycia katolikiem. W rzeczywistości prawdziwej wolności wynikającej z wyzwolenia od grzechu i chęci wybierania dobra nie można w żadnym razie utożsamiać z wolnością gospodarczą. W wolnej konkurencji uczestniczyć będą również osoby opowiadające się za złem, nieposiadające kręgosłupa moralnego.

Najlepszą nauczycielką życia jest historia, która ukazuje również potworne, nieludzkie, a przede wszystkim niechrześcijańskie skutki liberalizmu gospodarczego. Przypomnijmy, iż na przełomie XVIII i XIX wieku czas pracy wahał się od 14 do 16 godzin dziennie, nie istniał żaden system ubezpieczeń społecznych, a niezdolny do pracy i schorowany robotnik pozostawiony był po prostu własnemu losowi. Podkreślić należy, iż stać się niezdolnym do pracy było niezwykle łatwo, w fabrykach panował zaduch, okna były wąskie i zazwyczaj zamknięte. Osoby pracującej w szwalniach narażone były na choroby płuc, spowodowane było to unoszącym się nieustannie w powietrzu pyłem bawełnianym. Stłoczenie wielu osób w jednym pomieszczeniu wywoływało natomiast tak zwaną gorączkę fabryczną. Przedsiębiorcy nie oszczędzali również kobiet i dzieci. Kobiety pracowały na tych samych stanowiskach, co mężczyźni (w tym również w kopalniach pod ziemią), aczkolwiek ich wynagrodzenie było nieco mniejsze. Pensje przeznaczone dla dzieci wahały się natomiast pomiędzy trzecią a szóstą częścią zarobków dorosłych.

Trudna sytuacja finansowa robotników przekładała się na ich warunki mieszkaniowe. Izby bardzo często były zbyt małe, aby pomieścić rodzinę, stąd część osób gnieździła się w piwnicach. Przebywanie w wilgotnych i dusznych pomieszczeniach powodowało różnego rodzaju choroby, między innymi gruźlicę.

Proletariat bardzo długo nie stanowił żadnej siły politycznej, w dużej mierze przyczyniło się do tego państwowe ustawodawstwo. W 1799 roku w Anglii wydana została ustawa, która zabraniała tworzenia zrzeszeń robotniczych, wysuwania żądań dotyczących podwyżki płac czy skrócenia czasu pracy. Zakaz ten siłą rzeczy spotkał się jednak z dużym oporem ze strony społeczeństwa, stąd w 1824 roku został on zniesiony. We Francji nastąpiło to dopiero w 1864 roku, w Niemczech natomiast trzy lata później. Związki zawodowe siłą rzeczy zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu, a ich działalność należy ocenić jako częściowo pozytywną. Związki organizowały bowiem robotniczy samorząd, formułowały żądania względem pracodawców czy organizowały samopomoc. Z czasem jednak organizacje te zaczęły przekształcać się w partie socjalistyczne.

W pierwszej części swojego artykułu pragnę skupić się na krótkim przedstawieniu działalności ludzi Kościoła na polu walki o poprawienie losu robotnika. Zagadnienie katolickiej nauki społecznej słusznie kojarzone jest z papieżem Leonem XIII i jego słynną encykliką „Rerum novarum” (1891). Zanim jednak Kościół wypracował swoje oficjalne stanowisko, nad ciężkim losem robotników pochylało się wielu duchownych czy katolickich uczonych. Warto przytoczyć, chociażby memoriał biskupa Rendu z Annecy (1845) skierowany do króla Sardynii. Hierarcha krytykował przesadną żądzę do pieniądza ze strony przedsiębiorców, wskazywał, iż skupiona w okręgach przemysłowych ludność robotnicza de facto odizolowana jest od reszty społeczeństwa. Zależność robotnika od przedsiębiorcy nie wynika natomiast w żaden sposób z potrzeby władzy w społeczeństwie, ale z potrzeb gospodarczych, która opisywaną tu zależność zbyt daleko idącą. Duchowny porównał współczesnych mu robotników do starożytnych niewolników czy średniowiecznych poddanych. Wskazywał, że starożytne niewolnictwo było surowe i nieludzkie, bo opierało się na podstawach prawnych stworzonych przez pogan. Nieco inaczej rzecz miała się ze średniowiecznymi poddanymi- prawo feudalne było co prawda niedoskonałe, jednakże uzupełniał je chrześcijański obyczaj. Współczesne prawodawstwo nie dało natomiast robotnikom zupełnie nic.

We Francji istniały dwie „szkoły”, które zajmowały odmienne stanowisko w kwestii rozwiązania problemu robotniczego. Pierwsza to tak zwana szkoła z Angers. Jej twórcą i teoretykiem był znany socjolog Le Play. Zwolennicy tego prądu stali na stanowisku, że ustrój gospodarczy oparty na liberalizmie sam w sobie jest dobry, a niedolę mas robotniczych usuwać należy przez dzieła miłosierdzia. Jakkolwiek można mieć pewne zastrzeżenia co do tego stanowiska, to zwolennicy szkoły z Angers mieli ogromne zasługi w przyczynianiu się do poprawy warunków bytowych najuboższych. Przykładowo, w 1843 roku powstała „Konferencja św. Wincentego a’ Paulo”. Warto nadmienić, iż stowarzyszenia takiego typu niosły nie tylko pomoc materialną, ale również moralną czy religijną.

W roku 1870 powstała natomiast nowa szkoła, której siedzibą było miasto biskupa Dontreloux- Liege. Twórcą obozu był hrabia Albert de Mun. Warto zapamiętać sobie to nazwisko, działalność hrabiego miała bowiem ogromne uznanie w oczach papieża Leona XIII. Zebrał on wokół siebie myślicieli katolickich, a także samych robotników, którzy wspólnie zastanawiali się nad sposobem na poprawę losu ubogich. Owocem przemyśleń były następujące przekonania: liberalizm jest zły, ponieważ wydaje robotnika na łup pracodawcy. Kwestia robotnicza musi być natomiast rozwiązana przez państwo, które w drodze reform powinno chronić robotnika przed wyzyskiem. Robotnicy mają prawa do zrzeszania się w związki zawodowe, Kościół powinien natomiast prowadzić działalność wychowawczą zarówno wśród robotników, jak i przedsiębiorców.

W Niemczech kluczowym okazał się rok 1848, kiedy w Moguncji odbył się tak zwany Katholigentag, czyli zjazd katolików poświęcony kwestii robotniczej. Swoje poglądy przedstawił tam słynny ks. Emanuel Ketteler. Kapłan ten stał na stanowisku, iż stawiać należy przede wszystkim na rozwój organizacji robotniczych, które przyczynią się do podniesienia życia religijnego, moralnego i rodzinnego robotników. Związki takie powinny być jednak wyrazem woli społeczeństwa i tworzyć się samorzutnie, tylko wtedy będą bowiem dostosowane do aktualnych warunków społeczno- gospodarczych. Ponadto muszą mieć one charakter ekonomiczno- społeczny, absolutnie nie partyjny, ponieważ przestaną wówczas spełniać swoją funkcję. Związki takie mogą posiadać autonomię, jednakże w sprawiedliwym zakresie powinny podlegać one nadzorowi państwa.


Ks. Ketteler domagał się ponadto ustalenia płacy na poziomie odpowiadającym istotnej wartości pracy, a także ustalenia maksymalnej długości pracy (uważał, że czas ten nie powinien przekraczać 10- 11 godzin). Postulował ponadto zakaz pracy w niedzielę i święta, zakaz pracy kobiet zamężnych i dzieci przynajmniej do lat 14 (pracę dzieci uważał za okrucieństwo swoich czasów, podkreślał, iż niszczy ona nie tylko fizycznie, ale i moralnie, odrywa od domowego ogniska). Zakłady, w których praca jest szkodliwa dla zdrowia robotnika powinny być natomiast bezwzględnie likwidowane. Pracodawca zobowiązany jest również do wypłacenia robotnikowi odszkodowania, jeśli nie ze swojej winy utracił on zdolność do pracy. Ponadto w każdym zakładzie pracy czuwać powinna specjalna komisja, która zapewni ścisłe przestrzeganie praw pracowniczych.

Podkreślić należy, iż postulaty ks. Kettelera uważane są za przełomowe. Sam papież Leon XIII nazywał się niekiedy jego uczniem. Podkreślić należy, iż duchowny ten sprzeciwiał się kapitalistycznej koncepcji własności. Wzorując się na poglądach św. Tomasza z Akwinu podkreślał, że własność powinna pełnić funkcję społeczną. Na marginesie warto nadmienić, iż podobne stanowisko zaprezentował później Jan Mosdorf w swoim „Wczoraj i jutro”. Wskazywał, iż podnoszenie prawa własności niemalże do sfery sacrum, mówienie o „świętym prawie własności” ma de facto charakter pogański. W końcu w czasach starożytnych właściciel w analogiczny sposób uważał, iż ma „święte prawo” do panowania nad niewolnikiem.


Ks. Ketteler na podstawie założeń tomistycznych propagował również ideę robotniczej spółdzielni pracy. Rozwiązanie to pozwoliłoby na ponowne połączenie własności z pracą, robotnik mógłby korzystać z płacy i udziału w zyskach przedsiębiorstwa. Koncepcja uspołecznienia zakładów pracy obecna była również publikacjach naszych przedwojennych ideologów, przede wszystkim w „Gospodarce narodowej” Adama Doboszyńskiego.

W 1883 roku w Hald odbył się zjazd katolickich ekonomistów i socjologów. Uczestnicy domagali się przede wszystkim sprawiedliwej płacy dla robotników. Podkreślano, iż robotnik wnosi do przedsiębiorstwa swój czas i umiejętności, naraża się również na liczne niebezpieczeństwa zagrażające jego zdrowiu i życiu. Płaca musi więc zaspokajać wszystkie potrzeby robotnika oraz jego rodziny, powinna też dać mu zabezpieczenie na przyszłość. Wysokość pensji musi być jednak zależna również od poziomu dochodów przedsiębiorstwa.

W 1884 roku biskup Lozanny i Genewy kardynał Mermillod powołał do życia „Unię Fryburską” (nazwa pochodzi od miejsca zebrań), stałą instytucję uczonych katolickich, która miała na celu wypracowanie katolickich reform społecznych. Unia domagała się ustalenia międzynarodowego prawa, które zmniejszałoby społeczne nierówności i poprawiło sytuację robotników. W 1887 roku organizacja potępiła kapitalizm, ponieważ czerpie on zyski z wartości nieprodukcyjnej, jaką jest pieniądz. Podkreślano, że gospodarka nie może być wolna od prawa moralnego, stąd produkcji nie można pozostawić ślepej grze interesów.

Warto podkreślić, iż Kościół zaangażowany był w obronę ludności robotniczej również na terenach znajdującej się wówczas pod zaborami Polski. Biskupi co prawda bardzo długo nie byli zainteresowani kwestiami społecznymi. Przykładowo, kard. Mieczysław Ledóchowski zastanawiał się nad obłożeniem karami kościelnymi działających społecznie kapłanów. Nie chodziło tu jednak o to, że działalność ta była zła sama w sobie. Wątpliwości dotyczyły jedynie tego, czy kapłani nie zaniedbują w ten sposób swojego najważniejszego zadania, czyli duszpasterstwa. Po ogłoszeniu encykliki Rerum novarum stanowisko biskupów zaczęło jednak ulegać zmianie. Ponadto w działalność społeczną angażowało się wielu kapłanów. Najbardziej aktywny był pod tym względem zabór pruski. Przykładem może być działalność. ks. Augustyna Szamarzewskiego, który na przełomie lat 50. i 60. XIX wieku organizował w Środzie Wielkopolskiej stowarzyszenia czeladzi rzemieślniczej. Pracę przerwało co prawda powstanie styczniowe, jednakże tuż po jego zakończeniu kapłan zabrał się do organizowania spółdzielczości kredytowo- oszczędnościowej. 30 IV 1871 roku w Poznaniu odbył się zjazd delegatów spółek z terenów całego zaboru pruskiego. Jego owocem było powstanie Związku Spółek Zarobkowych i Gospodarczych, którego patronem został ks. Szamarzewski.


Przykład wielkopolski promieniował na inne zabory. Sytuacja w nich była jednak nieco inna. Ze względu na słabe uprzemysłowienie kwestia robotnicza nie była tam kwestią najbardziej palącą. O wiele ważniejsza była tam natomiast reforma rolna i sytuacja chłopów, co jest jednak osobnym zagadnieniem. Mimo to jednak kapłani aktywni byli we wszystkich trzech zaborach. Księża tworzyli kuchnie ludowe czy kasy wzajemnej pomocy. Dla robotników organizowane były rekolekcje oraz różnego rodzaju pogadanki czy odczyty. Postulowano nawet organizowanie kursów szycia czy gotowania dla dziewcząt z rodzin robotniczych. W listopadzie 1890 przeczytać można było na łamach „Rocznika Społecznego”, iż kwestia społeczna jest w całym kraju ogromnie aktualna, a ksiądz nie może nie przyłożyć ręki do jej rozwiązania. Mniej więcej w tym samym czasie „Przegląd Katolicki” apelował o tworzenie Katolickich Stowarzyszeń Robotników z ich własnymi lokalami czy siecią biblioteczną.

W pewnym sensie możemy odetchnąć z ulgą. Nasze dzieci mają szanse zdobywać wiedzę w szkole, a po lekcjach bawić się na podwórku, nie pracują pod ziemią jako górnicy. My natomiast nie pracujemy już po 16, ale po 8 godzin dziennie. Pracodawca ma obowiązek pozwolić nam na przerwę, dać nam urlop czy dbać o warunki pracy. Ktoś jednak w tym momencie mógłby powiedzieć: „akurat…”. Powiedziałby tak, bo pracuje po 12 godzin na budowie, na umowie- zlecenie. Cóż z tego, że w myśl nowych przepisów umowa- zlecenie może być zawierana jedynie w szczególnych przypadkach? Czyż przedsiębiorcy nie znajdą skutecznych sposobów na ominięcie przepisów? Jeżeli potrafią omijać przepisy, do czego posunęliby się, gdyby tych przepisów nie było w ogóle?

Wbrew temu, co zarzucają nam zwolennicy Janusza Korwin- Mikke, nie jesteśmy socjalistami, nie opowiadamy się za zniesieniem własności prywatnej. O ile socjaliści walczą o dobro wyzyskiwanych, a kapitaliści o dobro wyzyskiwaczy, tak my narodowcy chcemy dbać o interesy całego Narodu. Chcemy stać zarówno po stronie twórczego przedsiębiorcy, który w Wielkiej Polsce będzie rozwijał dane mu przez Boga talenty i w ten sposób służył ludziom, jak i po stronie pobożnego, prostego robotnika, który przez solidną pracę będzie walczył ze swoimi słabościami i zapewni swojej żonie i dzieciom godne życie. Ba, funkcja robotnika wcale nie musi kłócić się z funkcją przedsiębiorcy. Znamy historię, potrafimy wyciągać z niej wnioski, wiemy, do czego doprowadzić może niczym nieskrępowana wolność gospodarcza. Jesteśmy katolikami, chcemy gospodarki opartej na etyce katolickiej. Nasi przodkowie podsunęli nam wiele pomysłów, które mogą sprawdzić się również w dzisiejszych czasach. W swoich następnych artykułach postaram się przybliżyć zawartą w papieskich encyklikach oficjalną naukę Kościoła, a także w dużej mierze tożsame z nią rozwiązania proponowane przez naszych przedwojennych Kolegów.

30 KOMENTARZE

  1. Według tego, co czytałem, to “Klątwa” była dotowana z publicznych pieniędzy miast, a więc było tu właśnie naruszenie zasad wolnego rynku. Natomiast nawet, jakby nie była, to państwo ma prawo zabronić publicznych przedstawień teatralnych, które mają charakter bluźnierczy. Cel tu jest poza ekonomiczny, więc według mnie zasad wolnego rynku, to nie narusza. Natomiast, przy określonych prawach własności, może być tylko praca i wymiana dóbr dobrowolna albo przymusowa. Systemy mieszane po prostu tu pozostawiają część wolności, tam tworzą przymus. Ale to powoduje znaczny rozrost biurokracji urzędniczej. Potem się dziwią skąd walizki pieniędzy u takich, jak Adamowicz? Wcale nie musiał brać na lewo. Sobie biurokracja przyznaje sowitą kasę oficjalnie. Działa naprawdę tak samo, jak każda racjonalna jednostka ekonomiczna, czyli jak najwięcej dla siebie i swojej rodziny, z tym, że z racji władzy jest uprzywilejowana. Ja zgadzam się na odstępstwa od wolnego rynku w kwestii ochrony zdrowia i edukacji, ale to muszą być wyjątki. A ogólnie powinien być wolny rynek, a nie to, że państwo rujnuje piekarza, który niesprzedany chleb oddał potrzebującym, podatkiem od darowizny. A co do XIX wiecznego kapitalizmu, to zgadzam się, że był straszny ale nastąpił teraz postęp techniczny, który zmienia warunki pracy. Robot lepiej dużo zadań wykona od pracownika fizycznego.

    • No dobra, zgadzasz się że czysty kapitalizm taki jaki był w XIX wieku jest zły ale jak już jest postęp techniczny to robot może wiele rzeczy zrobić za pracowników. Tyle tylko że skoro jest postęp techniczny to dlaczego nie państwowy socjalizm, niekoniecznie ten PRLowski nie mógłby zostać wprowadzony? Nie mówię o upaństwowieniu drobnej działalności jak sklepy, warsztaty samochodowe itd. Przecież roboty nie obijałyby się w robocie tak jak to było za komuny z pracownikami postęp techniczny spowodowałby to, że nadzorcy efektywniej byliby kontrolowani niż miało to miejsce przed transformacją ustrojową. I kolejnym pozytywem byłoby to, że państwo byłoby suwerenne gospodarczo w przeciwieństwie do sytuacji istnienia wolnego rynku kiedy państwo może być zdominowane przez burżujów niemyślących w kategoriach interesu narodowego. Oprócz tego mielibyśmy pewność że środki produkcji i miejsca produkcji nie trafiłyby w ręce obcokrajowców, mafii, czy osób o poglądach antynarodowych, czy po prostu wrogich nacjonalizmowi. Pamiętajmy że lewactwo oprócz dofinansowania z państwa posiada zaplecze biznesowe. W nacjonalistycznym-antykapitalistycznym państwie nie będą mieli wpływów ani od państwa ani od burżujów i nie będą mogli sami zarabiać w biznesie na swoją obrzydliwą antynarodową działalność.
      Kolejna sprawa to jak po automatyzacji pracy poradzić sobie z problemem wzrostu bezrobocia? Bo według mnie albo będzie to powodować nadwyżkę zatrudnienia w innych dziedzinach tak jak to było “za komuny” albo trzeba będzie wprowadzić podstawowy dochód gwarantowany, ale to już będzie “socjalizm” idąc tokiem myślenia nowomowy korwinowskiej, która nie rozróżnia słusznych czy nie (zależy od sytuacji) świadczeń socjalnych mogących występować w każdym modelu gospodarczym od socjalizmu czyli konkretnego modelu gospodarczego, gdzie świadczenia socjalne mogą (choć nie muszą) być uboższe niż w krajach rynkowych. A w magiczne masowe przekwalifikowanie się do innych profesji lub możliwość powstania nowych zawodów zaspokajających popyt na pracę tak jak głoszą korwiniści, libertarianie i inni leseferyści nie wierzę.
      Poza tym co w przypadku gdy działalność wolnorynkowa nie jest zgodna z interesem narodowym, a działa legalnie? W rozumieniu leseferystów państwo nie może się wtrącać bo to już etatyzm, a ja nie akceptuję takiego postawienia sprawy, wolę korporacjonizm, dystrybucjonizm, kooperatyzm, narodowy syndykalizm i tego się trzymam, a co do roli państwa w gospodarce popieram etatyzm, protekcjonizm, interwencjonizm, ekonomiczny nacjonalizm i dirigisme.
      W praktyce rozstrzelałem za pomocą nacjonalistycznych argumentów Twoje stanowisko popierające wolny rynek. Nie znaczy to, że uważam wolnorynkowych nacjonalistów za wrogów, kwestie modelu gospodarczego to sprawa techniczna. Jasne że ważny jest rozwój gospodarczy oraz niwelowanie biedy. Poglądów na temat tego jak uzdrowić gospodarczo państwo jest wiele ale różne ruchy nacjonalistyczne powinny współpracę między sobą warunkować za pomocą takich kryteriów jak:
      1. Stosunek do suwerenności państwa i poglądy na temat aktualnego stanu naszej suwerenności;
      2. Stosunek do dualizmu na linii tradycjonalizm-modernizm, czyli stosunek do zepsucia moralno-duchowego europejskich narodów;
      3. Stosunek do modelu kulturowego: monokulturalizm-multikulturalizm;
      4. Stosunek do zaborczości wobec innych narodów: imperializm-antyimperializm oraz sam stosunek wobec innych, zwłaszcza białych narodów: szowinizm-etnopluralizm;
      5. Ze względu na wpływy żydowskie stosunek wobec szkodliwej działalności wpływowych grup żydowskich: syjonizm-antysyjonizm
      Powtórzę, że model gospodarczy to kwestia techniczna i ja nie mam nic przeciwko popieraniu radykalnych nacjonalistów popierających wolny rynek w działalności niezwiązanej z propagowaniem czy wzmacnianiem wolnego rynku, bo ich poparcia dla liberalizmu gospodarczego nigdy nie będę popierał.

      • Dlatego, że bez względu na to, czy pracę wykonuje robot, czy pracownik fizyczny, to jest kwestia zarządzania. A jak zarządzają urzędnicy, to wiadomo, jak to wychodzi, czy to będzie PRL, czy Francja (Tam kiedyś socjaliści zaczęli nacjonalizować, ale zrezygnowali ze względów praktycznych, bo kondycja przedsiębiorstw zaczęła podupadać), czy Wenezuela, czy inny kraj. Nie to, że w ogóle nie może być sumiennego urzędnika, który będzie dbał o interes narodowy. Ale ludzie bywają różni. Jak nie ma bezpośredniego przełożenia tego, jak funkcjonuje zakład, na pieniążki dla zarządzających, to będzie pojawiać się pokusa lenistwa, ale też powstają kliki. Zakładom socjalistycznym często towarzyszy marnotrawstwo zasobów, mimo, że nieraz władza radykalnie za to represjonowała. A czy obcy nie będą mieli wpływów w takim państwie, to się nie zgodzę. Będą różne powiązania nieformalne elit urzędniczych z obcymi. W warunkach po-pisowskiego państwa też oczywiście to jest. Ale jak jeszcze kierownictwo zakładów będzie miało osłabione bodźce ekonomiczne, to w ogóle, np. sprzeda po cichu cenne surowce (jak miedź itp.) obcym w zamian za łapówkę. Wierzyć, że 100 % gospodarczych kadr urzędniczych będzie radykalnie postępowało zgodnie z ideologią narodową, byłoby naiwnością. Po prostu wszelkie teoretyczne koncepcje socjalistyczne nie uwzględniają natury ludzi (W religii to się mówi o grzesznej naturze ludzi.) A koncepcje wolnorynkowe wychodzą z tego, że ludzie są tacy (grzeszni lenistwem itd.) i jak każdy będzie dbał o własny interes (plus rodziny) i pracował dla siebie, to będzie to robił lepiej niż pod przymusem i przez to całość (a więc cały naród) będzie miał się lepiej. Nie oznacza to, że nie można pomagać biednym. Ale musi być efektywny system gospodarczy, by było z czego tym biednym dać. Tu przyznam, że jest może być sprzeczność ekonomii i religii. Chrystus chwali wdowę do skarbony, która wrzuciła niewielki pieniążek i uważa, że dała najwięcej, bo inni dawali ze zbytku. Ale jak ktoś ma 10 zł i odda to wszystko biednemu, to oboje będą głodni (W religii trzeba liczyć na cud i pomoc Boga) a jak ktoś ma 1 mld USD (mógł zarobić na akcjach, różnych operacjach walutowych itd.) i ze zbytku odpali 100 mln na leczenie biednych, to i sam się ma dobrze i tym biednym pomoże. Z tym, że Chrystusa Ewangelia o wdowim groszu może mieć inny teologiczny sens, a ten przykład, to tylko paralela. W ogóle jest też ciekawa Ewangelia o robotnikach w winnicy. Tam znów jest przenośny sens teologicznym o tym, że wszyscy tak samo mogą dostać w Niebie. Ale skupmy się na dosłownym. Wszyscy otrzymują tyle samo bez względu na to, ile godzin pracowali. Właściciel winnicy jest jednocześnie liberałem, bo zaznacza, że ze swojego może dać, ile chce, jeżeli się nie umawiał o więcej. Jest też socjalistą, bo daje wszystkim po równo. Tyle, że następny raz, to mu wszyscy (Może prawie wszyscy, bo mogą być tacy, co lubią pracę dla samej pracy) przyjdą tylko na tą ostatnią godzinę.

        • Słowo klucz leseferyzmu – każdy dba o swój interes
          Ja jako nacjonalista, czyli osoba wywyższająca naród (po Bogu oczywiście, który zawsze jest na pierwszym miejscu) jestem przeciwny takiemu indywidualistycznemu myśleniu społeczeństwa, jasne że potrzeba indywidualności i silnego charakteru jednostek, ale stosunki społeczne powinny mieć charakter na zasadzie dobra wspólnego, a do tego potrzeba rewolucji myślenia wśród ludzi i nie wykluczam możliwości zastosowania działań radykalnych niezgodnych z demoliberalnym prawem. Wątpię, by indywidualista myślał w kategoriach interesu narodowego, liberalizm jako ideologia i społeczna i ekonomiczna sam w sobie jest sprzeczny z ekonomicznym nacjonalizmem (co innego pewne taktyczne zastosowania rynkowe), wśród urzędników rzeczywiście może wystąpić serwilizm wobec obcych, ale o ile panowałby suwerennościowy narodowy socjalizm (w sensie połączenie socjalizmu i nacjonalizmu) to na mniejszą skalę występowałoby, o ile nie wystąpiłyby represje wobec takich urzędników bo wtedy nie byłoby wcale z tym problemu. PRL to inna sprawa bo to była polityczna marionetka sowietów, ekonomiczny rabunek był tylko skutkiem politycznej zależności.
          Co do kwestii zarządzania prosta sprawa – po zniszczeniu demoliberalnego świata i zaprowadzeniu Nowego Porządku zarządców ekonomicznych dobieranoby na zasadzie selekcji, liczyłoby się obeznanie z zarządzaniem konkretnymi podmiotami, czyli faktyczne wykształcenie sprawdzane przy selekcji, okres próbny, ograniczenie prywatności urzędników i zarządców (trudno, urzędnik czy zarządca powinien być traktowany jako służba, tak jak policja, czy wojsko i dzięki temu w większym stopniu stanowiska te obejmowaliby ludzie oddani sprawie), dodatkowo istniałaby silna kontrola i presja ze strony społeczeństwa, a żeby to się spełniło należy przebudować mentalność społeczeństwa – społeczeństwo powinno stać się mentalnie kolektywne, czyli zaangażowane w życie narodu (społeczeństwo obywatelskie) i myślące w kategoriach dobra wspólnego. Jak by się to osiągnęło? Poprzez indoktrynację, dzieci i młodzież można byłoby indoktrynować na sposob włoski, czyli istniałaby organizacja w stylu Młodzieży Liktorskiej. Wspomniana została Ewangelia wycięta z kontekstu. Ja odpowiem “socjalistycznym” cytatem Jezusa: “prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogacz wejdzie do królestwa niebieskiego”, poza tym wcześni chrześcijanie żyli bardziej kolektywnie.
          Tak więc kwestia zarządzania załatwiona, jeśli uważasz że to jest ingerencja w wolność jednostki i zamordyzm to znaczy że mamy inne priorytety, Ty masz myślenie liberalne i oświeceniowe, czyli takie będące na rękę systemowi (chyba że się mylę), a ja uważam że należy całkowicie przebudować społeczeństwo i dążyć do uformowania się mentalnie, moralnie i duchowo Nowego Człowieka, którego głównymi cechami jest honor, nacjonalizm, tradycjonalizm i kolektywizm. Nie jest to bolszewizm, ponieważ bolszewizm dążył do zniszczenia tradycjonalizmu u człowieka. Czy jest to faszyzm rozumiany nie jako nazizm? Być może, ja nie jestem antyfaszystą i nie uważam walki z faszyzmem za priorytet. Czy jest to nazizm? Zbrodnie nazizmu na pewno nie można pochwalać, jednak co do motywów reprezentuję raczej stanowisko rewizjonistyczne względem oficjalnej narracji, nie popieram stosowania reductio ad Hitlerum i nie jest mój pogląd na temat społeczeństwa determinującym mityczny “nazizm”. Druga sprawa że współczesnych NS niejednoznacznie oceniam, na pewno retoryka “antynazistowska” nie wpływa na moje poglądy społeczne. Moje poglądy oczywiście nie oznaczają, że popieram wszelkie praktyki likwidowania niepełnosprawnych umysłowo, czy fizycznie. Jestem przeciwnikiem pluralizmu politycznego, ponieważ uważam, że jest to masoński wymysł, a normy społeczne powinny opierać się o zasady etnopluralistycznego i antykapitalistycznego nacjonalizmu z elementami duchowymi.

          • Co do tego cytatu: “prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne niż bogacz wejdzie do królestwa niebieskiego”, to ciekawa jest interpretacja księdza Kneblewskiego, według której “bogaty” to taki, co ma innych bogów, poza właściwym Bogiem. Może jego “bogiem” być bogactwo materialne, może co innego. Natomiast samo bogactwo materialne nie jest niczym złym, o ile nie staje się “bogiem”. A “ubogi” to z kolei taki, co gromadzi skarby “u Boga”. Dla niego najważniejszy jest Bóg, a w prywatne zasoby materialne może obfitować, może nie, ale to nie ma znaczenia, jeżeli nie one są “bogiem”. Taką interpretację Ewangelii można pogodzić z ekonomią. A taką, że wszyscy mają żyć w nędzy, czyli Naród ma żyć w biedzie w imię ideologii “narodowej”, to chyba nie, bo to jest szkodzenie nie tylko sobie ale i bliźnim z narodu.

            • Nigdzie nie głoszę, żeby ludzie żyli w nędzy, to byłoby niedorzeczne, jednak nie uzależniam absolutnie poziomu życia społeczeństwa od modelu gospodarczego, tylko od rozwoju technologiczno-cywilizacyjnego, który powinien w ostateczności dążyć do ułatwienia życia i eliminować zagrożenia dla życia ludzi. Uważam jednak że kapitalizm zawsze będzie gdzieś prowadził do nierówności pod względem poziomu życia, niesprawiedliwości i wyzysku w pewnych dziedzinach, współcześnie może i mniej ale nadal im więcej kapitalizmu w krajach rozwiniętych tym więcej tych problemów. A to, czy ktoś będzie bogactwo traktował za bożka czy też nie, nie zmienia moich poglądów na ten temat – powinno się ograniczać rozrost kasty zbyt bogatych, ponieważ uważam że tylko państwo może realizować większość interesów narodu, pomimo że nie zawsze to robi i powinna zostać zachowana supremacja państwa nie rozumianego jako warstwa władzy i wyższa warstwa urzędnicza tylko jako organiczna struktura wzmocniona istnieniem usankcjonowanych instytucji. Występowanie oligarchów grozi osłabieniem roli państwa i możliwością uzależnienia państwa od bogaczy czego ja nie chcę.

      • W ogóle antywolnorynkowy prowadzi do tego, że jedyny zawód, który ma się dobrze, to prostytutka. Kiedyś kobiety “molestowane” przez Urząd Skarbowy mówiły, że mają dochody z prostytucji i wówczas Urząd Skarbowy nie mógł się przyczepić. Jakby miały ze sprzedaży chleba, wody mineralnej itd., to U.S. a gdzie zapłacone podatki???????? Jakby miały podarowane od kogoś, to też, a gdzie podatek od darowizny? A jak ten, co podarował, dostał za to usługę seksualną, to już U.S. nie mógł się przyczepić. Stręczycielstwo było karane a prostytucja – nie. A ponieważ to było nielegalne,ale niekarane, to nie podlegał dochód z tego opodatkowaniu. Tak działało prawo prounijnej III RP. Potem czytałem, że mieli to zmienić w ten sposób, że opodatkować dochody z prostytucji, bo za dużo kobiet podawało się za prostytutki przed U.S. Nie lepiej było zmienić w drugą stronę, czy znieść opodatkowanie wielu innych działalności gospodarczych? Wtedy fryzjerki itd. miałyby swobodny dochód ze swojego prawdziwego zawodu. Mniej podatków, to i mniej wydatków, ale po co dotować np. jakieś tam występy muzyczne? To jest rozrywka a nie sprawa pierwszej potrzeby. Ci, którzy uważają to za rozrywkę niech chodzą na to i płacą. A dlaczego ma płacić każdy kto wykonuje działalność gospodarczą. I jest wiele dziedzin, gdzie by się dało urynkowić.

        • Tyle tylko że nie rozumiem postawiania sedna socjalizmu w podatkach, czy w obostrzeniach, bo sednem socjalizmu jest zmiana stosunku własności środków produkcji i kontroli gospodarki z post-feudalnego kapitalistycznego do form mogących przybrać dwie formy:
          – państwową i jeśli ta forma nie jest podparta szczerym i totalnym nacjonalizmem i kontrolą społeczeństwa to przerodzi się w patologiczną biurokrację
          – uspołecznioną, inaczej zdecentralizowaną lub zdemokratyzowaną i ta polega na rozłożeniu kontroli nad życiem gospodarczym na cały naród i pozwala na tworzenie mechanizmów w społeczeństwie kreujących mentalność spoleczeństwa pozwalającą na partycypację jak największej liczby ludzi, w przeciwieństwie do kapitalizmu, gdzie będą istnieć grupy wykluczone społecznie. Angażowanie się w podmiot decyzyjny w produkcji będzie elementem socjalizacji tak jak każdy w dzieciństwie musiał nauczyć się chodzić. Żeby społeczeństwo miało nauczyć się myśleć w kategoriach dobra wspólnego wymagana jest indoktrynacja od dzieciństwa.
          Problemem różnej maści libertarian jest to, że oni absolutyzują ekonomię, bo dla nich ekonomia ma służyć samej sobie i jeśli coś jest społecznie pożyteczne, ale nie ekonomiczne to należy odrzucić. Dla mnie ekonomia wobec polityki jest względna i ma służyć utrzymaniu spójności narodu nawet jeśli “biedni” prywaciarze mieliby być “uciskani”. Ja reprezentuję ze sobą myślenie idealistyczne, a jeśli myślenie ekonomiczne kłóci się z nim to wtedy odrzucam zysk ekonomiczny. Dlatego zyskowne zawody takie jak wspomniana prostytucja, czy przemysł pornograficzny muszą zostać zniszczone, a parających się tym biznesem wysłać do reedukacyjnych obozów pracy. Wspomnę też o fragmencie z Dzienników Turnera o egzekucji egocentrycznego libertarianina przez Organizację, który nie chciał wykonać rozkazu, bo uznał to za nieekonomiczne.
          Co do wolnych zawodów to jak najbardziej powinny być urynkowione, chociaż ci co mają ze swojej działalności duże kokosy powinni wspomagać budżet krajowy :). Oczywiście wolna działalność artystyczna nie powinna być w pełni wolna bo nie powinni mieć możliwości tworzenia osoby propagujące treści antynarodowe, antywspólnotowe, liberalne i indywidualistyczne (w sensie że każdy patrzy się tylko na siebie).
          W podejściu do ekonomii różnimy się mocno, bo Pan patrzy na ekonomię tylko przez pryzmat czysto ekonomiczny, a ja przez pryzmat swojej ideologii w całej swej rozpiętości, czyli wykraczając poza kwestie gospodarcze. Uważam że moje podejście jest lepsze, bo ekonomia ma nie tylko wpływ na rozwój gospodarczy, ale i na pozaekonomiczne obszary i jestem przeciwko postawianiu sprawy w taki sposób, że pozaekonomiczne kwestie ważne dla nacjonalistów mają “zwinąć się” kosztem wolności gospodarczej czy ogólnego zysku. A ja uważam że da się przekształcić społeczeństwo i nie wykluczam, że będzie to odbywało się kosztem regresu w pewnych dziedzinach. Liczy sie doprowadzenie do autarkii państwa i minimalizacji zależności od zewnątrz. Nie mówię, że trzeba nagle wprowadzić autarkię i odejść od liberalizmu tylko są to stopniowe działania, dążenia do pożądanego stanu NS (szerokim znaczeniu tego terminu). Z tego co wiem to Chiny przyjęły taką taktykę i wcale nie ma tam “wolnego” rynku – jest rynek, ale nie wolny, chociaż ja mam akurat duże zastrzeżenia do wielu aspektów metody chińskiej, bardziej moralnych niż ekonomicznych, poza tym nie wiem, czy Chiny dążą do takiego modelu jaki ja bym popierał. Jedno wiem – Chiny chcą zrealizować to, co Mao Zedong chciał wprowadzić nagle, tylko poddali maoizm rewizji, Deng Xiaoping i jego następcy wiernie podążają drogą Marksa i Engelsa, prowadzona w ZSRR w okresie międzywojennym Nowa Ekonomia Polityczna (NEP) tez była drogą autentycznie marksistowską i w rezultacie i tak wprowadzony zostałby taki system jaki istniał w ZSRR przed NEP i po, nazbole mają takie same poglądy na ten temat.
          Moje poglądy gospodarze wynikają z nacjonalizmu.

          • Deng Xiaoping zachował kult Mao, partię komunistyczną, ale było jego słynne powiedzenie: “Nie ważne jest czy kot jest biały, czy czarny, ważne by łowił myszy”. I zaczął zezwalać na gospodarkę rynkową. To się odbywało stopniowo. Były tworzone specjalne strefy. I model chiński polegał na tym, że przedsiębiorstwa rynkowe utrzymywały podatkami te poprzednie. Deng wprowadził reformy rynkowe ze względu na pragmatyzm. Podobnie zresztą było z Hiszpanią Franco. Poszedł w stronę wolnego rynku ze względów pragmatycznych. Jeden wywodził się z maoistowskiego komunizmu, drugi z antykomunistycznej, ale nieliberalnej ideologii. Ale oboje zrozumieli, że by ich kraje nie tkwiły w niedoborach i ogólnym zacofaniu, muszą iść w stronę rynku. A NEP to też była “pieriedyszka”. Komunizm wojenny tak zniszczył Rosję, że Lenin zdecydował się iść w stronę rynku. Pewnie, że nie całkiem wolnego rynku. Rosja z czasów NEP-u i Chiny Denga, to inne modela. W Chinach większą rolę odgrywał kapitał zagraniczny itd. Ale to wszystko pokazuje, że rynek, po prostu wynika z pragmatyzmu. A kto uparcie to odrzuca, to skazuje swoje kraje na wegetację.

            • To ja od początku to mówię. Nieliberalni ideolodzy, w tym ci marksistowscy, lewicowi i socjalistyczni sami głoszą że najpierw pragmatycznie trzeba wspierać zastosowania rynkowe, ale stopniowo trzeba przechodzić do socjalizmu lub innych nieliberalnych form gospodarki wraz z kształtowaniem społeczeństwa oraz postępem technologiczno-industrialno-infrastrukturalno-ekologicznym, bo to jest po prostu przechodzenie na następny postkapitalistyczny i futurystyczny poziom rozwoju. Nigdy nie mogą udać się nagłe reformy pokapitalistyczne dlatego gospodarki socjalistyczne nie nadążają za kapitalistycznymi (chociaż aktualnie ja widzę regres albo przynajmniej zastój gospodarczy w kapitalistycznych krajach rozwiniętych). W każdym razie uważam że zysk i rozwój gospodarczy w dużej mierze idą na bakier z moralnością i interesami narodowymi, przykładowo żeby przedsiębiorstwa zachowały zysk przenoszą produkcję za granicę co nie jest zgodne z interesem narodu wyjściowego, państwa zresztą też, bo jest większe prawdopodobieństwo kradzieży technologii i nacjonalizacji zakładów pracy w tamtych krajach, Europa na przykład coraz mniejszą rolę ma w gospodarce światowej pomimo nadal dużych wpływów. Takich paradoksów i dylematów gospodarki wolnorynkowej jest więcej.

  2. A co do robotniczych spółdzielni pracy, to nikt nie broni ich zakładania. Tyle, że to musi być dobrowolne, a nie przymusowe kołchozy. Problem polega na tym, że te spółdzielnie przegrywają konkurencję na rynku. Dążą do maksymalizacji płacy i przez to przedsiębiorstwo jest niedokapitalizowane i upada. Ale jak ludzie chcą zakładać, to problemem też nie jest tu państwo liberalne, tylko państwo socjalistyczne, które zaraz przyjdzie do takiej spółdzielni z podatkami, kontrolami, w czasach PRL-u to jeszcze domiarami (Sobie mogli zdzierać urzędnicy podatki, bo im się tak podobało. Oczywiście za łapówki i znajomości się tego dało uniknąć.) W PRL-u to mogły się mieć dobrze, bo był to okres niedoborów, z powodu zakazu poważniejszej własności prywatnej. Własność faktyczna należała do partyjnej nomenklatury, a w związku z transformacją okrągłostołową, po prostu załatwili sobie formalne przejęcie własności.

    • Można podać wiele przykładów sukcesów spółdzielni, które osiągnęły sukces, tu podaję jeden: http://www.nacjonalista.pl/2014/09/20/muszynianka-wzorowa-polska-firma-poza-kapitalizmem-i-socjalizmem/
      Wystarczy poczytać kilka artykułów Szturmu dlaczego zakładanie, że socjalizm to musi być od razu PRL jest błędne. Słyszał Pan o takich terminach jak zdecentralizowana gospodarka planowa, albo demokratyczne zarządzanie w zakładach pracy? Łapówki to nie jest cecha ustroju socjalistycznego, który wyrósł z Europy tylko azjatyckiego/turańskiego myślenia charakterystycznego dla zdegenerowanych cywilizacyjnie społeczeństw takich jak Rosja, Ukraina, gdzie potworzyły się oligarchie i socjalizmu już nie ma tam. No chyba że przedmówca uważa że tam nadal panuje socjalizm to ja kończę dyskusję.

      • To trzeba gratulować producentom Muszynianki, ale to dotyczy specyficznego produktu. Natomiast spółdzielcom wytwarzającym samochody w garażu byłoby raczej trudno wygrać konkurencję z koncernami samochodowymi. A łapówki wbrew pozorom dotyczą również krajów zachodnich. W Niemczech są ogromne pensje urzędnicze, a i tak był przykład wykrytej afery w Wuppertalu (Nie jest to obszar byłem NRD) a profesor od transakcji gospodarczych mówił, że w Niemczech dawanie łapówki, to normalna praktyka. Na Zachodzie też jest łapownictwo. W Rosji jest większe niż w USA, bo udział urzędników w gospodarce (formalny czy też nie) jest większy.

        • Rozwiązanie proste, jeśli chodzi o rozwój technologiczny popieram podkradanie technologii tak jak robią to Chińczycy, a co do spółdzielni to faworyzować je kosztem wielkich koncernów międzynarodowych

          • Wywiad gospodarczo-technologiczny jest potrzebny. Jaki jest stan Polski w tym zakresie, to siłą rzeczy wiedzą tylko wtajemniczeni, ale z pewnością jest słabszy od Rosji, Chin. Ale jak sobie wyobrażasz – Wywiad ma przekazywać technologie do spółdzielni chałupniczych? Podejrzewam, że niewielka ich część będzie w stanie poważnie coś z tego wdrożyć.

            • A kto powiedział, że spółdzielnie mają same o siebie zadbać? Bo ja to tak widzę, że państwo ma zadbać o to, żeby te spółdzielnie stały się wielkimi fabrykami, zdolnymi do rywalizacji z globalnymi firmami, które często nie zaczynały “w chałupach” tylko w jeszcze gorszych melinach. Socjalizm mieszany z korporacjonizmem, dystrybucjonizmem, syndykalizmem i kooperatyzmem nie polega na tym, że państwo ma na celu udupić działalność gospodarczą społeczeństwa tylko ma być takim aniołem stróżem, czy też rodzicem zapewniającym ustawienie się polskiego biznesu.

              • Dystrybucjonizm “udupi” polski biznes, który przegra konkurencję światową. Tak to niestety bywa. Jak urzędnicy będą decydowali o przydziałach, to wiadomo, co to będzie.

                • Czysty dystrybucjonizm zgadzam się że “udupi”, dlatego uważam że powinien on wystepować jako uzupełnienie dużej działalności gospodarczej po to żeby nie było na prowincji bezrobocia a przez to żeby prowincja rozwijała się, a nie wyludniała. Najlepiej też żeby zadbać o to, by pierwsze skrzypce w gospodarce odgrywał handel wewnętrzny, a nie zewnętrzny, bo wtedy można faworyzować polski biznes i ograniczać praktyki monopolistyczne zagranicy. Najlepiej jeśli nie musielibyśmy liczyć na zagraniczne technologie tylko popyt na technologie byłby zaspokajany przez rodzimy przemysł HT, ale na to aktualnie niestety nie możemy liczyć.

                  • Jak praktycznie miałby wyglądać jako “dystrybucjonizm jako uzupełnienie”. To wybiórczo urzędnicy mogliby komu chcieli zabrać i komuś innemu powiedzmy na prowincji dać? Ktoś powiedzmy produkuje tabor do komunikacji szynowej. Czytałem, że tu polski biznes ma sukces. I nagle urzędnik by mógł mu powiedzieć: Ty to oddawaj maszyny dla kogoś innego w miasteczku X?

                    • Widać nie rozumiesz istoty dytrybucjonizmu skoro zadajesz takie pytania, dystrybucjonizm nie ma być w kontrze do wielkiej produkcji, tylko ma współpracować z nią.
                      “Ktoś powiedzmy produkuje tabor do komunikacji szynowej”
                      Nie ktoś tylko pracownicy. Jeśli nadal uczestnicząc w dyskusji ze mną tkwisz w liberalnych schematach to znaczy że nie rozumiesz mojego toku myślenia. Całe życie społeczne ma być podporządkowane ulepszaniu jakościowemu białego człowieka w Europie (a niebiałych poza Europą), a nie hedonistycznemu zaspokajaniu indywidualnych potrzeb czy to w postaci nachapania się kasy przez burżujów czy też jako bezproduktywne przeżeranie przez masy tego co jest wyprodukowane, czy też w postaci wyzysku i nieuczciwego traktowania pracowników w celu maksymalizacji pustych materialnych korzyści. Pracownicy w swojej pracy też muszą być uczciwi, tylko że aktualnie oni mają najmniejsze szanse do bycia nie fair i w większości i tak zrobią swoją pracę bo inaczej już dawno by to wszystko padło.
                      Zresztą nie podoba mi się takie stawianie sprawy że jak ktoś już posiada środki produkcji to jest jego nienaruszalna własność. W moim mniemaniu to prywatni przedsiębiorcy powinni mieć możliwość wyłącznie dzierżawienia środków produkcji które powinny być nienaruszalną własnością narodową i powinien mieć też postawione warunki dzierżawy, czyli musi jego biznes służyć narodowi.

                  • Czyli według Ciebie należy zabrać środki produkcji temu przedsiębiorcy, który ma sukces na rynku krajowym i międzynarodowym w produkcji taboru szynowego? Media narodowe opisywały jako przykład polskiego sukcesu, jak polski przedsiębiorca wyciągną podupadłą firmę i odniósł sukces. A według Ciebie trzeba mu środki produkcji zabrać, będzie mógł jedynie dzierżawić. Więc ta Twoja zasada: “Całe życie społeczne ma być podporządkowane ulepszaniu jakościowemu białego człowieka”, się zapewne by okazała taki “ulepszaniem jakościowym białego człowieka”, jak to “ulepszyli” bolszewicy po październiku w kalendarzu juliańskim 1917 r. Głosili “Fabryki dla robotników”. Nie jest prawdą, że w XIX w. nie było ciężkich warunków bytowych dla robotników. W tym punkcie Marks ani bolszewicy wcale się nie mylili. Tyle, że wiadomo jak “efektywną” gospodarkę zbudowali, kierując się taką receptą.

                    • Co to znaczy “zabrać”? Jak napisałem, że będzie dzierżawił to znaczy że będzie dzierżawił, nacjonalizm w swej istocie podporządkowuje całą gospodarkę interesowi narodu nie jako zbiorowi zatomizowanych jednostek, ale jako wspólnocie tworzącej całość wykraczającą terminologicznie poza zbiór pojedynczych członków narodu. Jak tego nie rozumiesz tzn. że nie rozumiesz nacjonalizmu.
                      “Więc ta Twoja zasada: “Całe życie społeczne ma być podporządkowane ulepszaniu jakościowemu białego człowieka”, się zapewne by okazała taki “ulepszaniem jakościowym białego człowieka”, jak to “ulepszyli” bolszewicy po październiku w kalendarzu juliańskim 1917 r. Głosili “Fabryki dla robotników”. Nie jest prawdą, że w XIX w. nie było ciężkich warunków bytowych dla robotników.”
                      Wolałbym zestawiać mnie z faszystowskimi Włochami, czy III Rzeszą w dziedzinie gospodarki 😉
                      Zresztą nie wydaje mi się, że zestawianie mnie z bolszewikami jest poprawne, oni nie popierali żadnych dzierżaw, dystrybucji własności tylko tworzyli zwykłe biurokratyczne niewolnictwo pod płaszczykiem kolektywizacji. Swoją drogą w dobie postępu technologicznego kolektywizacja miałaby większe szanse udać się niż w czasach rządów bolszewików.
                      Na tematy gospodarcze polecam poczytać publicystykę Szturmu.

                  • Jak ktoś kto jest właścicielem, będzie mógł być tylko dzierżawcą, to jest pierwszy krok do negatywnych zmian funkcjonowania zakładu. Z tego, co wiem, bolszewicy nieraz też dawnych właścicieli robili dyrektorami, z braku swoich kadr na początku. W Polsce też Wedlowi jak zabrali, to zrobili na początku go dyrektorem. Wedel zachował wówczas swoją jakość. Ale zazwyczaj to początek psucia jakości zakładów. Co do Mussoliniego, to kiedyś był też socjalistą, spotkał się (chyba w Szwajcarii) z Leninem. Z tym, że jego rozwiązania były jednak inne. To właśnie burżuazja poparła jego marsz na Rzym, bojąc się, że włoscy komuniści ich wywłaszczą. Mussolini wprowadzał ograniczenia ale przedsiębiorców nie wywłaszczył. Z tym, że ogólnie polityka Mussoliniego doprowadziła do klęski Włoch.

                    • “Jak ktoś kto jest właścicielem, będzie mógł być tylko dzierżawcą, to jest pierwszy krok do negatywnych zmian funkcjonowania zakładu”
                      Byłby to ostatni krok, bo dalszych kroków by nie było. W gospodarce musi być zróżnicowany charakter przedsiębiorstw, dlatego nie sądzę, że jeśli ograniczono by prawo własności przedsiębiorców to na koniec skończyłoby się to bolszewizacją, to Twoje przypuszczenia, nie moje. Porównanie z Wedlem nietrafione, bo mi chodziło o co innego.
                      “Ale zazwyczaj to początek psucia jakości zakładów.”
                      Chodzi o kradzieże w pracy i słabą jakość pracowników? Bo w dobie postępującego monitoringu i automatyzacji będzie to coraz mniejszy problem…
                      “Co do Mussoliniego, to kiedyś był też socjalistą, spotkał się (chyba w Szwajcarii) z Leninem. Z tym, że jego rozwiązania były jednak inne. To właśnie burżuazja poparła jego marsz na Rzym, bojąc się, że włoscy komuniści ich wywłaszczą. Mussolini wprowadzał ograniczenia ale przedsiębiorców nie wywłaszczył. Z tym, że ogólnie polityka Mussoliniego doprowadziła do klęski Włoch.”
                      Przede wszystkim Mussolini był nacjonalistą, który dokonał wielkich rzeczy, dlatego pomimo pewnych błędów jest dla mnie legendą, a nawet mitem nacjonalizmu. Być może nie wprowadził stricte takich rozwiązań, o których wspomniałem, ale ja w przeciwieństwie do przykładowo Korwina mam elastyczne poglądy gospodarcze (w granicach anty-leseferystycznych/anty-libertariańskich) i nie mam większych zastrzeżeń do jego polityki gospodarczej. Kierował się w pierwszej kolejności interesem narodu/państwa, a nie zyskiem kapitalistów, dlatego zmusił kapitalistów do podporządkowania się polityce dirigisme.
                      To nie jego polityka doprowadziła do klęski Włoch, tylko przegrana w wojnie nad czym ubolewam – ubolewam nad tym, że Polska (i nie tylko Polska, bo też Jugosławia, Grecja Metaxasa, Turcja Atatürka, Hiszpania Franco, Portugalia Salazara etc.) nie znalazła się w sojuszu państw Osi z powodu głupiej polityki Becka i że ten sojusz państw nacjonalistycznych nie rozbił w pierwszej kolejności Zwiazku Sowieckiego, a w drugiej liberalnych masońskich państw zachodnich aliantów, wojna na froncie wschodnim wykrwawiła krucjatę antybolszewicką. Niemiecka polityka terroru wobec Polaków i ludności wschodnio-europejskiej zgubiła państwa Osi.

  3. Uważam, że ta koalicja jest jedyną możliwością zablokowania poczynań antypolskich przez obóz Magdalenkowy. Jeżeli wprowadzi ilość posłów na poziomie “Nowoczesnej” PiS będzie zdany na utworzenie Rządu właśnie z tą koalicją i będzie musiał się liczyć ze zdaniem koalicjantów. Tym sposobem koalicja Ruchu Narodowego może wymóc realne “wstawanie z kolan”. Na początek i to dobre. Żeby realizować programy opisane w artykule trzeba mieć większość sejmową i doświadczenie w pracach rządowych. Na większość w parlamencie narodowcy w najbliższych latach nie mają szans, natomiast doświadczenie można uzyskać właśnie w takich koalicjach wchodząc do parlamentu.

    • Sądząc po historii LPR i wzrastającej poprawności politycznej głównych nurtów nacjonalistów oraz po widocznym cwaniactwie PiSu sądzę raczej że to narodowcy zdominowani w ewentualnej koalicji z PiSem. Poparłbym ich w wyborach do parlamentu europejskiego bo są eurosceptykami, ale nie ma to w zasadzie znaczenia, bo struktury UE są tak skonstruowane, że ani partie eurosceptyczne ani narody nie mają wpływu na Brukselę.

    • Jakby mieli zamiar wchodzić w koalicję z pis, to bym na nich nie głosował. By poszli dawną drogą Romana Giertycha. Mam nadzieję, że tego nie zrobią.

  4. Zgadzam się z tym, że Braun wmówił Polakom biegunowy dualizm kapitalizm-socjalizm, poza którym nic nie ma. To, że on deklaruje się jako tradycjonalista katolicki (chociaż nie do końca trzyma się tej linii nie tylko w kwestiach gospodarczych), a jednocześnie wspiera antykatolicki moralnie i społecznie model gospodarczy wywołuje dysonans poznawczy. Zresztą dziwne jest to, że wielu “tradycjonalistów katolickich” tak ma. Poparcie jego dla państwa wyznaniowego i moralnego nie ma z nacjonalistycznej perspektywy żadnego znaczenia, ja deklaruję się jako narodowy radykał i falangista popierający tradycjonalizm katolicki i jestem przeciwnikiem monarchizmu i brzydzę się nim, zwłaszcza tym, że przypisują sobie “boskie” namaszczenie, traktuję to jako bałwochwalstwo i traktuję legitymistów tak jak fałszywych proroków i ich popleczników, którzy przypisywali sobie lub komuś posłannictwo od Boga. Według mnie dla Boga nie ma znaczenia, czy narodem będzie rządził prezydent czy monarcha, ważne żeby realizował interes narodowy i żeby był katolicki. Typ rządów w państwie to kwestia techniczna. Nie uważam też żeby kwestie istnienia państwa wyznaniowego miały najważniejsze znaczenie nacjonalizmie, bo tutaj zdania są podzielone. Ja jednak popieram wprowadzenie katolicyzmu jako religii państwowej z jednoczesną akceptacją wyznań tradycyjnych dla naszego dziedzictwa narodowego takich jak indo-europejskie wierzenia etniczne, prawosławie itd. Katolicyzm byłby religią państwową w znaczeniu kierowania się katolicką moralnością w społeczeństwie, czyli sprzeciw wobec cywilizacji śmierci, a nie bizantyjskie faworyzowanie hierarchów lub cezaropapizm albo papocezaryzm jak to miało miejsce w niektórych średniowiecznych państwach lub jak to ma miejsce w protestanckich krajach: Wielkiej Brytanii, Norwegii, Danii, Finlandii, czy niektórych kantonach Szwajcarii. Te “Kościoły” nie spełniają swojej funkcji tylko pasożytują na budżecie państwa wspierając aktualnie “marksizm” kulturowy i liberalizm. W takich przypadkach wolę już sekularyzm, bo może wtedy łatwiej będzie katolicyzować te narody, a tak to te społeczeństwa uznają państwowe zbory protestanckie za “tożsamość narodową”. Te “Kościoły” powinny zostać zlikwidowane przez państwo, a pieniądze przekazane na cele społeczne lub na realizację budżetów państwowych. Wracając do katolicyzmu jako religii państwowej powinna być zakazana krytyka tradycyjnego moralnego i społecznego nauczania Kościoła, przy czym dozwolona powinna być krytyka posoborowych (Vaticanum II) modernistycznych prądów w moralnym i społecznym nauczaniu Kościoła. Powinna być też ograniczona do pewnego stopnia krytyka katolickich dogmatów i prawd wiary. Zaznaczam że moje stanowisko na temat katolicyzmu jako religii państwowej nie wynika z mojego nacjonalizmu.

    • “(…)jestem przeciwnikiem monarchizmu i brzydzę się nim, zwłaszcza tym, że przypisują sobie “boskie” namaszczenie, traktuję to jako bałwochwalstwo”. Św. Paweł napisał, że “wszelka władza pochodzi od Boga”. Według religii katolickiej listy Św. Pawła należą do Biblii i są pisane pod natchnieniem Ducha Świętego. Tylko jak to należy interpretować? Jeżeli jedna władza obali drugą, to obie pochodziły od Boga? Więc tak raczej – nie. W XIX w. monarchowie europejscy uważali, że ich władza pochodzi od Boga i solidaryzowali się w tym. Papież Grzegorz XVI potępił Powstanie Listopadowe, bo prawosławny car również był objęty taką interpretacją. Ale nie oszukujmy się. Monarchów łączył nie czysty idealizm ale interesy: strach przed wystąpieniami rewolucyjnymi. Powstanie Listopadowe miało kwestie narodowe a nie rewolucji społecznej, ale było przez niektórych zaliczane do wystąpień rewolucyjnych. Ja oczywiście nie uznaję Boskiego pochodzenia obecnych władz. A czy władza monarchów pochodziła od Boga? W każdym razie w świetle Listu Św. Pawła (Już nie pamiętam dokładnie którego), przypisywanie tego nie było bałwochwalstwem.

      • Słowo “wszelka władza pochodzi od Boga” interpretuję tak, że Bóg dał człowiekowi instynkt żeby dobierał sobie władzę, a nie dowod popierający monarchizm. Nie ma to dla nie znaczenia, czy papież potępił powstanie listopadowe, bo papież jest nieomylny tylko w oficjalnym nauczaniu Kościoła na tematy doktrynalno-dogmatyczne i moralno-społeczne dlatego przyjmuję Katolicką Naukę (Doktrynę) Społeczną, która odrzuca zarówno leseferyzm, jak i brak poszanowania dla drobnej własności prywatnej, oraz która faworyzuje właśnie spóldzielczość. Z drugiej strony jezuickie Redukcje Misyjne z Ameryki Łacińskiej jak najbardziej pasują do socjalizmu, a nawet komunizmu (tyle tylko że z zabarwieniem katolickim) i były sankcjonowane przez Kościół. Wracając do odpowiedzi nie obejmuje mnie posłuszeństwo wobec politycznych, czy geopolitycznych poglądów papieża.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię