Mamy już za sobą kolejne wybory. Z jednej strony możemy odetchnąć z ulgą, dobiegły końca kampanie i międzypartyjne przepychanki. Zaś z drugiej, jeszcze przez jakiś czas będziemy słuchać skowytu tak zwanej totalnej opozycji i ogłaszania całemu światu zamiaru opuszczenia Polski.

 

Przypomnijmy, iż Obóz Narodowo-Radykalny oficjalnie nie udzielił poparcia żadnemu z kandydatów. Jako działacze nie mamy rzecz jasna zakazu czynnego udziału w wyborach, jest to indywidualna sprawa każdego z nas. Osobiście od jakiegoś czasu konsekwentnie nie głosuję (wyjątkiem są wybory samorządowe), na scenie politycznej nie dostrzegam już bowiem tak zwanego mniejszego zła, wszystkie propozycje są na swój sposób beznadziejne. Tym razem jednak zdecydowałam się na bojkot tylko pierwszej tury. Mój głos na pewno nie powędrowałby na konto Krzysztofa Bosaka. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jego środowisko polityczne jest dla ONR-u ogromnym zagrożeniem. I nie chodzi mi tu o zawiść pod tytułem „Krzysztof Bosak wraz z Konfederacją w stosunkowo krótkim czasie zdołali pociągnąć za sobą sporą grupę sympatyków”. Niepokojący jest fakt, iż przeciętny wyborca Konfederacji nie widzi bezsensowności łączenia ze sobą dwóch sprzecznych ideologii, polskiego nacjonalizmu (nawet w tej wersji narodowo-demokratycznej) i liberalizmu.

 

Pierwsza tura wyborów pokazała bardzo ważną rzecz: choć sympatie polityczne Polaków wciąż dzielą się głównie pomiędzy PIS i PO, to spora grupa szuka jednak alternatywy. Świadczy o tym chociażby ogromne poparcie dla Szymona Hołowni (cokolwiek by o nim nie powiedzieć, to zajęcie trzeciego miejsca można w jego przypadku uznać za niemały sukces). Jednak my nie możemy pozwolić na to, aby alternatywę stanowiły osoby pokroju Szymona Hołowni lub Krzysztofa Bosaka. To my sami musimy stać się alternatywą. Oczywiście, ONR nigdy nie będzie organizacją masową. Mimo to, nie powinniśmy się zniechęcać. Mamy w końcu za sobą okres mody na nacjonalizm, kiedy to masowo spływały do nas ankiety rekrutacyjne. Nowi działacze w większości jednak byli jedynie działaczami sezonowymi, którzy za wiele wnieśli do organizacji. Nie łudźmy się, ludzie nie zaczną na masową skalę rozczytywać się w dziełach Jana Mosdorfa czy Bolesława Piaseckiego. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby poznali przynajmniej namiastkę naszej ideologii i propozycji dla Polski.

 

Wróćmy jednak dla tematu ostatnich wyborów. Osobiście perspektywa prezydentury Rafała Trzaskowskiego wywołała we mnie tak duże przerażenie, że uznałam za słuszne wybrać się na drugą turę wyborów i postawić krzyżyk przy Andrzeju Dudzie. Nie będzie żadną przesadą, jeśli potencjalna prezydentura Trzaskowskiego porównana zostanie do tragedii narodowych pokroju rozbiorów czy II wojny światowej. Już w czasie kampanii jednym z tematów przewodnich był temat LGBT+. I nie ma znaczenia, że jest to typowy temat zastępczy. Chodzi o szkodliwe zmiany w mentalności, które zostałyby zainicjowane wśród Polaków. Nie byłby to jeszcze czas na „śluby” dla homoseksualistów, jednak po polskich miastach z pewnością zaczęłyby jeździć tramwaje równości.

 

W swoim artykule chciałabym jednak przede wszystkim zwrócić uwagę na jedną rzecz: o tym, że Polacy podzieleni są na zwolenników PIS i PO, a wszelkie polityczne tematy wzbudzają duże kontrowersje i o tym wiadomo już od jakiegoś czasu. Osobiście przeraziła mnie jednak skala pogardy „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, do mieszkańców wsi lub terenów tak zwanej Polski B. W Internecie powstała nawet bezsensowna akcja mająca na celu zachęcanie bo rezygnacji z urlopu na terenach województw Podkarpackiego czy Podlaskiego. Mieszkańcy wschodnich terenów naszego kraju rzekomo mają być mniej wykształceni i inteligentni.

 

Choć daleko mi do sympatii do partii rządzącej, to nie ulega wątpliwości, iż program 500+ był dla wielu rodzin ogromnym wsparciem, a nierzadko stał się bodźcem do wyjścia z letargu i znalezienia pracy. I choć Rafał Trzaskowski deklarował, iż nie zamierza odbierać ludziom wsparcia socjalnego, to kierował się tu czystą koniecznością, bowiem odmienne stanowisko nie dałoby mu nawet najmniejszej szansy na wygraną. Wszyscy pamiętamy w końcu politykę prorodzinną z czasów rządów Platformy Obywatelskiej, a raczej jej brak. Pamiętamy również kampanię wyborczą z 2015 roku, kiedy to PO przekonywało, iż postulowany przez PIS program 500+ jest oderwany od rzeczywistości. Zdanie zmieniono, kiedy okazało się, iż to właśnie program socjalny zadecydował o zwycięstwie partii Jarosława Kaczyńskiego.

 

Ostatnie wydarzenia pokazały, że w Polsce większym problemem od dolegliwości społecznych jest brak narodowego solidaryzmu u mieszkańców większych miast. Okazuje się, że przeciętny pracownik korporacji lub student, któremu wydaje się, że świat stoi przed nim otworem, patrzy na mieszkańca tak zwanej prowincji ze źle pojętym współczuciem lub nawet z pogardą. Nie ulega wątpliwości, iż podział na Polską A i Polskę B wciąż istnieje. Wie o tym każdy, kto choć raz w ostatnim czasie odwiedził wschodnie tereny naszego kraju. Różnice dostrzegalne są gołym okiem – inaczej wyglądają drogi oraz budynki mieszkalne. Wciąż występują również różnice w zarobkach oraz w poziomie życia.

 

Oczywiście, nie wolno nam popadać w pułapkę stereotypów. Socjologowie zwracają uwagę, że badania prowadzone przez GUS mogą przedstawiać nam nieco zamglony obraz polskiego społeczeństwa, nie uwzględniają chociażby faktu, iż ludzie migrują pomiędzy regionami, a także między wsią a miastem. Dlatego stwierdzenie „zacofana wieś głosuje na PIS” nie jest do końca prawdziwe. Ponadto rozwarstwienie społeczne widoczne jest również w dużych miastach, choć standardy życia przeciętnego mieszkańca Warszawy są wyższe niż przeciętnego mieszkańca podkarpackiej wsi, to jednak również ten pierwszy nie opływa w luksusy i musi mierzyć się z problemami dnia codziennego.

 

Osobiście bliskie jest mi hasło znalezione w jednym z numerów przedwojennej „Falangi”: „Nie ma klas społecznych – jest jeden Naród Polski”.[1] Nieważne czy dane było nam urodzić się w dużym mieście czy w małej wsi, nieważne czy jesteśmy nauczycielami, przedsiębiorcami, czy może robotnikami lub rolnikami. Wszyscy bowiem stanowimy jeden Naród Polski, wszyscy jesteśmy sobie potrzebni oraz nie możemy myśleć tylko i wyłącznie o własnych interesach.

[1]Falanga : pismo narodowe. 1936, nr 2

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię