Przewidywania niektórych osób związanych z Tradycją Katolicką potwierdziły się — decyzją papieża Franciszka z dniem 17 stycznia Papieska Komisja Ecclesia Dei przestała istnieć, a jej kompetencje zostały całkowicie podporządkowane Kongregacji Nauki Wiary. Powód? Podporządkowane Komisji Ecclesia Dei wspólnoty celebrujące tak zwaną Mszę trydencką osiągnęły już stabilność zarówno liczebną, jak i organizacyjną, a zagadnienia, którymi dotychczas zajmowała się Komisja, mają charakter stricte doktrynalny. Chodzi tu rzecz jasna o dialog z Bractwem Kapłańskim św. Piusa X.

Część katolickich tradycjonalistów, zwłaszcza tych uczestniczących w tak zwanych Mszach indultowych, odczuwa oburzenie i niepokój. Do tej pory Komisja Ecclesia Dei była ostatnią deską ratunku dla osób, którym we własnych parafiach lub diecezjach nie udało się wywalczyć celebracji Mszy tradycyjnej (przypomnijmy, iż zgodnie z wolą papieża Benedykta XVI proboszcz ma obowiązek umożliwić dostęp do takiej Mszy każdemu wiernemu, który o to prosi). Rzeczywiście, nie ulega wątpliwości, iż likwidacja Komisji jest policzkiem wymierzonym w osoby przywiązane do tradycyjnej liturgii. Czy jednak policzek ten zmienia cokolwiek na linii Watykan — tradycjonaliści? Czy w istnieniu Komisji rzeczywiście należy doszukiwać się ratunku dla zżeranych przez modernizm struktur kościelnych? Jeżeli ktoś poprzez bycie tradycjonalistą rozumie tylko i wyłącznie zamiłowanie do Mszy trydenckiej czy do piękna chorału gregoriańskiego, to odpowiedź będzie brzmieć: tak, brak Komisji Ecclesia Dei może zmienić dużo, rzecz jasna na gorsze. Jeżeli jednak za oczywisty przyjmuje się fakt, że bycie tradycjonalistą, to po prostu bycie katolikiem (tj. wiara w to, co Kościół zawsze nauczał, sprzeciw wobec źle pojmowanego ekumenizmu czy wobec wolności religijnej), to oczywiste jest również to, że likwidacja Ecclesia Dei nie zmienia zupełnie nic. Aby jednak lepiej zrozumieć ten problem, należy najpierw bliżej przyjrzeć się historii powstania Komisji.

Kiedy w 1969 roku papież Paweł VI wydał słynną Konstytucję Apostolską „Missale Romanum”, która wprowadzała nowy mszał, jednocześnie wyraził zgodę, aby starsi kapłani przywiązani do tradycyjnej Mszy wciąż mogli ją celebrować, ale tylko i wyłącznie prywatnie. Tradycyjna liturgia miała więc umrzeć śmiercią naturalną, wraz z przywiązanymi do niej kapłanami. Jednocześnie jednak do liturgii tej okazali się być przywiązani nie tylko kapłani, ale również wierni. Część z nich, kierując się tak zwanym katolickim zmysłem, nie miała żadnych wątpliwości: nowa Msza nie jest Mszą katolicką. Od 1970 roku międzynarodowa federacja Una Voce rokrocznie wysyłała do Watykanu prośby o zachowanie rytu Piusa V. Podkreślić należy jednak, że prośby te nie zawierały likwidacji Novus Ordo, Msza tradycyjna miała być jedynie „jednym z rytów uznawanych w życiu liturgicznym Kościoła powszechnego”. Przypomnijmy, iż w 1970 toku założone zostało również Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, które nie chciało zadowalać się półśrodkami w postaci współistnienia dwóch sprzecznych ze sobą rytów, ale walczyło (i walczy po dziś dzień) o całkowite zachowanie katolickiej ortodoksji.

W 1984 roku wydany został indult Quattuor Abhinc Annos. Rzym zgodził się wówczas na celebrację Mszy tradycyjnej (tylko za zgodą biskupa), ale pod pewnymi warunkami. Kapłani celebrujący Mszę i uczestniczący w niej wierni mieli nie mieć nic wspólnego z „tymi, którzy podają w wątpliwość prawomocność i doktrynalną poprawność Mszału Rzymskiego promulgowanego przez Papieża Pawła VI w 1970 r.”. Pod sformułowaniem tym kryje się rzecz jasna Bractwo św. Piusa X.

Sama Komisja Ecclesia Dei powstała w roku 1988, była to odpowiedź Rzymu na święcenia biskupie dokonane przez abp. Marcela Lefebvre. Wydane przez papieża Jana Pawła II Motu proprio pisało o tym w sposób następujący: „Ustanawia się Komisję, która współpracując z biskupami, dykasteriami Kurii Rzymskiej oraz zainteresowanymi środowiskami, będzie miała za zadanie ułatwić pełną komunię kościelną kapłanom, seminarzystom, wspólnotom zakonnym i poszczególnym ich członkom dotychczas w różny sposób związanych z Konfraternią założoną przez abpa Lefebvre’a, którzy pragną pozostać w jedności z Następcą św. Piotra w Kościele katolickim, zachowując swoje tradycje w zakresie duchowości i liturgii… Ponadto wszędzie należy uszanować nastawienie tych, którzy czują się związani z liturgiczną tradycją łacińską, poprzez szerokie i wielkoduszne zastosowanie wydanych już dawniej przez Stolicę Apostolską zaleceń co do posługiwania się Mszałem Rzymskim według typicznego wydania z roku 1962”. Stanowisko Stolicy Apostolskiej było więc analogiczne do tego sprzed czterech lat: w samym przywiązaniu do tradycyjnej liturgii nie ma nic złego. Złe jest jedynie uczestnictwo w Mszach celebrowanych przez kapłanów z Bractwa św. Piusa, a co za tym idzie, złe jest negowanie prawowierności Novus Ordo oraz prawowierności Soboru Watykańskiego II. Nota bene na mocy Motu proprio z 1988 powołane zostało Bractwo Kapłańskie św. Piotra. Bractwo to składało się z byłych członków Bractwa św. Piusa X, którzy nie zaakceptowali święceń dokonanych przez abpa Lefebvre dokonanych bez zgody Stolicy Apostolskiej.

Nie ulega wątpliwości, iż zarówno papież Paweł VI, jak i Jan Paweł II byli zwolennikami reformy liturgicznej, a wszelkie gesty w kierunku tradycjonalistów miały za zadanie jedynie załagodzić nieco sytuację. Powszechnie uważa się, że dopiero pontyfikat papieża Benedykta XVI stanowił swego rodzaju przełom. Okazuje się jednak, iż nic bardziej mylnego. Rzeczywiście, papież ten jeszcze jako kardynał piętnował ostro niektóre nadużycia związane z reformą (w swoim „Duchu liturgii” wykazał między innymi niedorzeczność celebrowania Mszy przodem do wiernych), jednakże jako papież nie tylko nie przywrócił Mszy tradycyjnej, ale nawet nigdy jej nie celebrował. W 2007 roku wydał jednak słynne Summorum Pontificum, w którym przypominał, że Msza tradycyjna nigdy nie została zakazana, a celebrować może ją każdy kapłan, bez zgody biskupa. Prawda, Msza ta nie mogła być zakazana. Byłoby to sprzeczne z bullą św. Piusa V z 14 lipca 1570 roku: „Ponadto, na mocy treści niniejszego aktu i mocą Naszej Apostolskiej władzy, przyznajemy i uznajemy po wieczne czasy, że dla śpiewania bądź recytowania Mszy św. w jakimkolwiek kościele, bezwzględnie można posługiwać się tym Mszałem, bez jakichkolwiek skrupułów sumienia lub obawy o narażenie się na karę, sąd lub cenzurę, i że można go swobodnie i zgodnie z prawem używać. Żaden biskup, administrator, kanonik, kapelan lub inny ksiądz diecezjalny, lub zakonnik jakiegokolwiek zgromadzenia, jakkolwiek nie byłby tytułowany, nie może być zobowiązany do odprawiania Mszy św. w inny sposób, niż przez Nas polecono. Podobnie nakazujemy i oznajmiamy, iż nikt nie może być nakłaniany bądź zmuszany do zmieniania tego Mszału; a niniejsza Konstytucja nigdy nie może być unieważniona lub zmieniona, ale na zawsze pozostanie ważna”. Wydaje się, iż poprzednicy Benedykta XVI mieli pełną świadomość, iż całkowity zakaz celebracji tradycyjnej liturgii jest bezpodstawny. Nic nie stało jednak na przeszkodzie, aby stworzyć nową Mszę i jednocześnie robić wszystko, aby ta tradycyjna, katolicka zwyczajnie odeszła w zapomnienie.

Warto jednak przyjrzeć się bliżej treści Summorum Pontificum. Benedykt XVI wcale nie piętnuje tam nowej Mszy, a wręcz przeciwnie, poucza, iż Mszał ogłoszony przez Pawła VI i Mszał ogłoszony przez Piusa V, to de facto to samo. Mszał Piusa V jest jedynie nadzwyczajnym wyrazem tej samej modlitwy. Swego rodzaju dopełnieniem Summorum Pontificum jest instrukcja z 2011 roku. Papież zaznacza w niej wyraźnie, iż osoby proszące o Mszę tradycyjną „nie powinni w żaden sposób popierać ani też należeć do grupy wyrażającej sprzeciw co do ważności bądź prawowitości Mszy świętej, czy sakramentów sprawowanych w formie zwyczajnej i/lub uznania Papieża za najwyższego Pasterza Kościoła powszechnego”.

Jak widać narracja Stolicy Apostolskiej od 1969 roku, jest de facto niezmienna. Na pozór zmieniło się wiele. Od kilku lat mówić można o swego rodzaju modzie na bycie tradycjonalistą, na wyśmiewanie błędów liturgicznych popełnianych przez kapłanów (zwracanie uwagi na błędy takiego typu jest rzecz jasna rzeczą godną pochwały, jednak motywem musi być tu troska o Kościół i o liturgię) czy na słuchanie chorału gregoriańskiego. Dużo młodych ludzi ma szczerze dość prymitywnych oazowych piosenek, coraz częściej wybierają oni Msze trydenckie. Większość kapłanów zdaje się nie dostrzegać co prawda tego zapotrzebowania, jednakże jest to nieco inny temat. Mimo wszystko jednak w każdym większym mieście w Polsce znaleźć można przynajmniej jeden kościół, w którym regularnie celebrowana jest Msza trydencka. Czy może jednak napawać to optymizmem? Nie, ponieważ Stolica Apostolska zgodziła się na celebrację tradycyjnej liturgii pod pewnymi warunkami. Jak już zostało to powiedziane: można uczestniczyć w Mszy tradycyjnej, nie można odrzucać przy tym jednak Mszy posoborowej, nie można krytykować nauki Soboru Watykańskiego II. I rzeczywiście, pomimo tego, że zainteresowanie tradycyjną liturgią rośnie, to nie przekłada się to w żaden sposób na sytuację w Kościele: papież i kardynałowie nie głoszą już zdrowej, katolickiej nauki. Ba, bardzo często nie głoszą jej nawet sami kapłani celebrujący Mszę tradycyjną. Bo zamiłowanie do chorału gregoriańskiego czy do ornatu skrzypcowego u niektórych idzie w parze z sympatią do osoby Jana Pawła II, czy do wspólnoty Taize.

Pamiętajmy, bycie katolickim tradycjonalistą to nie tylko obrona Mszy tradycyjnej. To również obrona wiary, którą ta Msza wyraża. Dlatego swego rodzaju nonsensem jest regularne uczestnictwo w tradycyjnej liturgii przy jednoczesnym regularnym uczestnictwie w Novus Ordo, przy braniu udziału w spotkaniach ekumenicznych czy przy negowaniu potrzeby społecznego panowania Chrystusa Króla. Pamiętajmy, iż idąc na tak zwaną Mszę indultową, przynajmniej pośrednio godzimy się na stawiane przez Watykan warunki, bez których dostępu do tejże Mszy nie mielibyśmy w ogóle. Część z nas nie ma niestety innego wyboru, jednak w miarę możliwości warto brać udział w Mszach celebrowanych przez Bractwo Kapłańskie św. Piusa X. Jednocześnie pamiętajmy o modlitwie o szybkie zakończenie kryzysu w Kościele i o powrót Mszy katolickiej do wszystkich parafii świata.

Podsumowując, likwidacja Komisji Ecclesia Dei nie jest ani szansą, ani zagrożeniem. Istnienie tej instytucji dawało tylko złudną nadzieję, która niestety w tym przypadku rzeczywiście okazała się „matką głupich”.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię