Skąd wziął się w Polsce kapitalizm? Odpowiedź większości społeczeństwa byłaby dość prosta:
z przemian dokonanych po roku 1989. Okazuje się jednak, iż korzeni polskiej transformacji i związanych z nią patologii, z którymi borykamy się do dziś, należy szukać de facto w czasach wcześniejszych.

Na Zachodzie fascynacja neoliberalizmem rozpoczęła się już w latach 70., wraz z nadejściem poważnego kryzysu gospodarczego. Wcześniej mieszkańcom Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych żyło się tak dobrze, jak chyba nigdy dotąd. Była to zasługa między innymi prowadzonych na szeroką skalę programów redystrybucyjnych. Francuscy ekonomiści Gerard Dumenil i Dominique Levy postawili nawet tezę, iż zachodnie rządy doprowadziły wówczas do rzadkiego sojuszu pomiędzy robotnikami a tak zwaną średnią klasą menadżerską. Fakt ten umożliwił wprowadzenie rozwiązań takich jak wysokie podatki czy zmniejszenie różnic dochodowych, które zazwyczaj są blokowane przez najbogatsze warstwy społeczne.

Sielanka skończyła się jednak w 1973 roku, wraz z tak zwanym kryzysem naftowym. W Zachód uderzyła wówczas stagflacja, czyli połączenie spowolnienia gospodarczego (a co za tym idzie również bezrobocia) i inflacji. To właśnie w tym momencie historii do głosu doszli ekonomiści o neoliberalnych poglądach, krytycy keynesizmu. Sama nazwa „neoliberalizm” po raz pierwszy padła na seminarium zorganizowanym w 1938 roku, w Paryżu, przez amerykańskiego dziennikarza Waltera Lippmanna. Udział wzięli w nim między innymi ekonomiści niemieccy (Wilhelm Ropke, Alexander Rustow), którzy uciekli z kraju przed Hitlerem. To właśnie oni położyli podwaliny pod ordoliberalizm, czyli tak zwaną społeczną gospodarkę rynkową. Na seminarium nie zabrakło również Friedricha von Hayeka, zaciekłego krytyka jakiejkolwiek ingerencji państwa w gospodarkę. Stał on na stanowisku, że gospodarka zawsze się obroni, wystarczy jej tylko nie przeszkadzać.

Po II wojnie światowej jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy neoliberalizmu był Milton Friedman. Warto wspomnieć również o Ronaldzie Coase, autorze głośnego tekstu „Problem kosztów społecznych”. Ekonomista ten wykluczał de facto jakąkolwiek ingerencję państwa w gospodarkę. Obrazuje to następujący przykład: gdy państwo interweniuje w gospodarkę, by rozbić monopol i przywrócić uczciwą konkurencję, ostatecznie tracą na tym wszyscy. Tracą mali gracze, którzy rzekomo mieliby dopasować się do zaistniałej sytuacji, a także gracze duzi, ponieważ odbiera się im pozycję monopolisty, na którą długo i ciężko pracowali.

Jak neoliberalizm wyglądał natomiast w praktyce? W USA zaczęto wprowadzać go jeszcze w czasach demokratycznej prezydentury Jimmy’ego Cartera, kiedy rozpoczęła się deregulacja rynku transportowego. Za czasów rządów Ronalda Reagana przeprowadzono natomiast tzw. rewolucję podażową, co odnosi się przede wszystkim do obniżania podatków. Polityka kontynuowana była przez Billa Clintona, kiedy to podjęto szereg decyzji dotyczących deregulacji sektora bankowego. Do historii przeszły one pod zbiorczą nazwą ustawy Gramma- Leacha (od nazwisk kongresmenów opiekujących się tym aktem prawnym) z roku 1999. Likwidowała ona większość barier nałożonych na sektor finansowy i była podwaliną pod konsolidację działalności oszczędnościowej, inwestycyjnej i ubezpieczeniowej, a więc do powstania wielkich bankowych kolosów. Analogiczna sytuacja miała miejsce w Wielkiej Brytanii, gdzie laburzyści Tony Blair i Gordon Brown zderegulowali banki.

Sytuacja ekonomiczna na Zachodzie nie była bez znaczenia dla Polski. Przyjrzyjmy się w pierwszej kolejności epoce Gierka, która przypadła na wspomniany wyżej kryzys naftowy lat 70. Europa Zachodnia, a więc nasz ówczesny kredytodawca, ale też potencjalny odbiorca polskich towarów, popadł wówczas w finansowe tarapaty. Przypomnijmy, iż komuniści w 1981 odmówili spłaty zadłużenia, co było równoznaczne z bankructwem. Sytuacja ta siłą rzeczy wymusiła szukania gospodarczej alternatywy.

Co ciekawe, za czasów Edwarda Gierka zasadniczo nie myślano jeszcze o otwarciu się na wolny rynek. Świadczy o tym odrzucenie projektu Witolda Kieżuna, który proponował między innymi daleko posuniętą samodzielność kierowników przedsiębiorstw i wprowadzenie elementów wolnego rynku. Sam Kieżun tłumaczył, iż miało to na celu zakończenie słynnego „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” i zaistnienie realnej groźby utraty pracy jako swego rodzaju motywatora. Ówczesne władze uznały jednak rozwiązania takiego typu za antysocjalistyczne i antypartyjne.

Sytuacja zmieniła się jednak w latach 80., kiedy do gry weszło nowe pokolenie aparatczyków, dla których socjalizm był tylko pustym sloganem. Najbardziej klasycznym przykładem jest tu Aleksander Kwaśniewski czy Ireneusz Sekuła. Klasę tę często określa się mianem „nomenklatura”, byli to głównie kierownicy przedsiębiorstw państwowych, a także dygnitarze partyjni czy wyżsi urzędnicy. Ludziom tym wiodło się świetnie, najprawdopodobniej zdawali sobie jednak sprawę z tego, że komunizm chyli się ku upadkowi. Historycy tacy jak Antoni Dudek czy Henryk Słabek uważają, iż to właśnie nomenklatura partyjna była pomysłodawcą zaprowadzenia w Polsce dzikiego kapitalizmu, a do swoich pomysłów przekonała część opozycji.

Pamiętać należy o tym, iż tąpnięcie roku 1989 było naprawdę bezprecedensowe. W latach 1990-1991 polski PKB skurczył się aż o 15%. W samym 1990 roku przeciętna płaca spadła o 25%, emerytury i renty o 19%, a dochody netto z rolnictwa (na jednego pracującego) o… 63%. W 1989 roku poniżej poziomu egzystencji żyło 16% społeczeństwa, cztery lata później było to już ok. 40%.

Przypomnijmy również, iż korzeni polskiej prywatyzacji należy doszukiwać się już w latach 1987- 89, gdy rząd Zbigniewa Messnera znowelizował Ustawę o przedsiębiorstwach państwowych. Wprowadzono wówczas przepis pozwalający na zakładanie spółek państwowych nie tylko z osobami prawnymi, ale również z fizycznymi. Oznaczało to de facto zgodę na tworzenie spółek prywatnych na bazie majątku państwowego. Z kolej Ustawa o gospodarce finansowej przedsiębiorstw państwowych, przygotowana przez rząd Mieczysława Rakowskiego w styczniu 1989 roku, stanowiła, że „składniki majątkowe mienia państwowego mogą być oddane osobom prawnym lub fizycznym do korzystania z nich w celu prowadzenia działalności gospodarczej”. Ustawa o niektórych warunkach konsolidacji gospodarki narodowej pozwalała natomiast na przekazywanie części majątku państwowego spółkom prywatnym w dzierżawę. Wiązało się to z możliwością tworzenia spółek przy przedsiębiorstwach państwowych. Schemat był tu dość prosty: dyrektor przedsiębiorstwa państwowego tworzył spółkę i obsadzał samego siebie w roli prezesa. Przedmiotem działalności spółki był zazwyczaj handel, co dawało możliwość uruchomienia swego rodzaju patologii związanej z windowaniem cen. I tak spółka prywatna dostarczała przedsiębiorstwu państwowemu towary po wielokrotnie zawyżonych cenach.

Czy po 1989 roku można było uniknąć „terapii szokowej”? Czy była jakakolwiek alternatywa? Oczywiście. Jakkolwiek można mieć tej partii bardzo wiele do zarzucenia, to warto przyjrzeć się niektórym postulatom Unii Pracy. Z ugrupowaniem związane były osoby takie jak Zbigniew Bujak czy Karol Modzelewski, a także ekonomiści Ryszard Bugaj i Tadeusz Kowalik. Partia ostro optowała za ochroną pracobiorców i sprzeciwiała się prywatyzacji. Z uwagi na brak znaczących źródeł finansowych nie miała co prawda siły przebicia, jednak w roku 1993 udało się jej wprowadzić do Sejmu aż 41 posłów. Co ciekawe, Unia Pracy otrzymała nawet propozycję wejścia do rządu SLD- PSL. Początkowo wejście w jakikolwiek sojusz z komunistami wydawało się być nie do przyjęcia, ostatecznie jednak postawiono twarde warunki, m.in. wprowadzenie 50- procentowego podatku dla najbogatszych. Dla zwycięskiego SLD pomysły takiego typu były nie do przyjęcia, co przekreśliło możliwość dalszej współpracy.

Pamiętać należy, że SLD partią socjalną de facto nie był nigdy. To właśnie oni, za czasów rządów Leszka Millera, obniżyli podatek od korporacji do 19%. To właśnie SLD-owski minister pracy i polityki społecznej Jerzy Hausner był autorem planu neoliberalnych reform finansów publicznych- daleko posuniętej restrukturyzacji sektora publicznego.

Rok 2005 nie był pod tym względem żadnym przełomem. PIS kojarzone jest dziś powszechnie jako partia postulująca rozwiązania socjalne. Rzeczywiście, kiedy w 2005 roku PO i PIS po raz pierwszy walczyły o władzę, Lech Kaczyński mówił wówczas o dwóch programach, o niebezpiecznym planie Polski liberalnej (postulowanym oczywiście przez PO) i planie Polski solidarnej, szukającej swoich korzeni w potrzebie wspólnoty. Niestety, obietnice te spełzły na niczym. Ministrem finansów została zdeklarowana liberał Zyta Gilowska, autorka reform finansowych wzorowanych na Reaganowskiej rewolucji podażowej.

Do dziś nie brakuje głosów, iż przemiany po roku 1989 były swego rodzaju koniecznością. Do dziś tak często usłyszeć można stwierdzenia, iż wolny rynek jest jedynym ratunkiem dla Polski. Rzeczywistość przedstawia się jednak inaczej. Jeśli ktokolwiek skorzystał na transformacji, to byli to „wielcy tego świata”, dla przeciętnego Polaka wiązała się ona ze znacznym spadkiem stopy życiowej.

2 KOMENTARZE

  1. Oto jakimi kłamcami jest lewica: z nazwy laburzyści (od słowa labour – praca), a przepchnęli ustawę deregulującą bankowe złodziejstwo.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię