We współczesnej etyce środowiskowej, jak wskazuje Zdzisława Piątek, występują cztery główne nurty, wyróżniane w zależności od tego, jakiego typu wartości przyjmują jako wartości fundamentalne, jak również od tego, na ile rozszerzają respekt moralny na pozaludzkie organizmy żywe. Pierwszym z nich jest biocentrycznie zorientowana odmiana etyki środowiskowej, gdzie wartość fundamentalną przyznaje się indywiduom mogącym stanowić teleologiczne centra życia i egzystującym na miarę własnego gatunku, przez co respektem moralnym obdarza się wszystkie istoty żywe występujące w naturze. Drugim nurtem jest etyka ochrony zwierząt, na terenie której za fundamentalne uznaje się wartości hedonistyczne (przyjemność i ból), a statusem moralnym obdarza się wszystkie byty sensytywne. Trzeci nurt stanowi antropocentryczna odmiana etyki środowiskowej, w której wartością podstawową, tak jak w etyce tradycyjnej, pozostaje wartość ludzkiego życia, a nasze obowiązki wobec przyrody wywodzi się ze zobowiązań wobec człowieka i przyszłych pokoleń. Czwartym nurtem jest holistyczna etyka środowiskowa, nazywana niekiedy etyką wspólnot, w której wartością nadrzędną jest integralność i stabilność naturalnych ekosystemów tworzących ziemską wspólnotę życia.

Przedstawicielem ostatniego z wymienionych nurtów współczesnej etyki środowiskowej jest filozofujący leśnik Aldo Leopold (1887-1948), którego stanowisko filozoficzno-etyczne zarysujemy w niniejszym artykule. Amerykanin uchodzi zresztą za jednego z prekursorów etyki i filozofii ekologicznej jako pewnych subdyscyplin wyróżnianych dziś w obrębie nauk filozoficznych. Choć nie był on profesjonalnym filozofem, przez co w opracowanym przezeń systemie myślowym brakuje rozbudowanych analiz teoretycznych uzasadniających podstawy etyki wspólnot, to jednak jego poglądy cały czas silnie oddziałują na ekologów i działaczy zajmujących się ochroną przyrody, stąd okazują się warte przypomnienia i zreferowania, a także opatrzenia ich krótkim komentarzem.

Opracowana przez Leopolda etyka wspólnot jest mocno związana z dyscyplinami biologicznymi, przede wszystkim z teorią ewolucji i ekologią. Nawiązując do twórcy teorii ewolucji Karola Darwina (1809-1882), Leopold stwierdza, że etyka, która w jego przekonaniu ufundowana jest na wrodzonym poczuciu moralnym, powstała w drodze doboru naturalnego i ewoluuje w sposób zbliżony do ewolucji społeczeństwa: od moralności plemiennej do uniwersalnej etyki ludzkości obejmującej swym zasięgiem nie tylko gatunek ludzki, ale także wszystkie naturalne wspólnoty ziemskiej biosfery. W ciągu dziejów, zdaniem amerykańskiego myśliciela, mogliśmy więc zaobserwować, jak z biegiem czasu rozszerzał się krąg moralności. Początkowo moralnie relewantne okazywały się wyłącznie działania podejmowane wobec współplemieńców. Nie liczyli się natomiast obcy i niewolnicy. Z czasem sytuacja ta uległa zmianie, tak iż moralnym respektem zaczęto obdarzać wszystkich ludzi. Obecnie, twierdzi Leopold, wchodzimy w wyższą fazę rozwoju moralnego, w której obszar moralnej wspólnoty zostanie poszerzony o pozaludzkie istoty żywe, które są naszymi współtowarzyszami w ewolucyjnej „odysei życia”. Uzasadnienia dla takiego wzbogacenia kręgu moralności dostarcza teoria ewolucji, która wykazała pokrewieństwo człowieka z innymi organizmami żywymi. Ekologia, którą Leopold określa mianem „ekonomii natury”, udowodniła zaś, że przyroda nie jest zbiorem izolowanych i niezależnych od siebie organizmów żywych, zgrupowanych mniej lub bardziej przypadkowo, lecz stanowi całościowy i zintegrowany system, a dokładniej wspólnotę hierarchicznie zorganizowanych ekosystemów, w których poszczególne istoty żywe wchodzą w określone interakcje. Natura tworzy zatem systemową jedność i należy patrzeć na nią holistycznie. Ujęcia mechanistyczne, zdaniem Leopolda, są nieuprawnione w świetle ustaleń współczesnej nauki. Proponuje, aby na świat przyrody spojrzeć przez analogię z organizmem. W tego rodzaju metaforze gatunki traktuje się w sposób zbliżony do poszczególnych organów, a indywidualne osobniki niczym komórki budujące organ. Metafora organizmu pozwala jednocześnie mówić o zdrowiu i chorobie ekosystemów i okazuje się nad wyraz trafnym odbiciem głównych idei holistycznej etyki w wydaniu filozofującego leśnika. Wynika z niej, że poszczególne osobniki nie są w pełni autonomiczne i nie mają wartości same przez się. Nadrzędną wartością jest wartość ekosystemu jako całości i podobnie jak dla zdrowego funkcjonowania organizmu (dla dobra całości) poświęca się niekiedy kilka komórek lub nawet określone narządy, tak też dla dobra ekosystemu, na przykład wskutek eksplozji populacyjnej jakiegoś gatunku, można poświęcić życie izolowanych indywiduów, aby utrzymać zdrowie całego ekosystemu. Ponadto poszczególne gatunki nie są jednakowo ważne. Zarówno ze względu na kontynuowanie procesów ewolucyjnych, jak i z uwagi na zdrowe funkcjonowanie biosfery, można klasyfikować jedne kategorie bytów ożywionych jako ważniejsze, a inne jako mniej istotne. Z punktu widzenia rozwijanej przez Leopolda etyki Ziemi przyjmuje się, że rośliny czy bakterie wiążące azot mają większą wartość niż na przykład wieloryby, gdyż wyginięcie tych ostatnich nie skutkowałoby zagładą całej biosfery, lecz doprowadziłoby jedynie do pomniejszenia jej bioróżnorodności. Mniejszą lub większą wartość gatunków ocenia się przez pryzmat dobra biosfery jako całości. To właśnie jej zdrowie, stabilność i różnorodność okazują się najistotniejsze i przewyższają interesy poszczególnych jednostek, które są tylko egzemplarzami gatunków.

Dla etyki Ziemi bardzo ważne jest pojęcie „ekosystemu”, dla którego u Leopolda równoważny jest termin „wspólnota biotopowa” (tym właśnie wyrażeniem posługuje się zresztą znacznie częściej). Ekosystem jest jednostką superorganiczną obejmującą lokalne biocenozy, czyli wspólnoty roślin i zwierząt wzajemnie powiązane energetycznie i wzajemnie do siebie dostrojone funkcjonalnie. W skład każdej takiej wspólnoty wchodzą rośliny zielone wiążące energię słoneczną, zwierzęta roślinożerne i drapieżnicy (są konsumentami energii) oraz bakterie i grzyby, czyli reducenci. Ci ostatni są zresztą szczególnie doniośli, albowiem bez nich wyjałowieniu uległaby gleba, co doprowadziłoby w końcu do ustania wszelkiego życia na naszej planecie. Każdy ekosystem składa się z milionów osobników reprezentujących wszystkie wymienione grupy istot. Powiązane są one łańcuchami pokarmowymi (troficznymi), które działają niczym kanały energetyczne, poprzez które w obrębie systemu rozprowadzana jest energia. Wspólnoty biotopowe odznaczają się ekonomicznością, a ilość i prędkość przepływającej energii zależy od specyfiki strukturalnej i budulcowej konkretnego ekosystemu. Wyewoluowały one bowiem w drodze doboru naturalnego, osiągając dzięki niemu największą efektywność reprodukcji, najskuteczniejsze metody obrony przed zakłóceniem równowagi i najbardziej wydajny sposób gospodarowania energią.

Dla Leopolda każda wspólnota biotopowa to przede wszystkim piramida troficzna, na którą składają się hierarchicznie uporządkowane warstwy funkcjonujące w konkretnym otoczeniu gleby, powietrza i zasobów wodnych. U podstaw takiej piramidy znajdują się rośliny absorbujące energię słoneczną w procesie fotosyntezy. Jak nietrudno zauważyć, przemożna okazuje się tu rola światła pochodzącego ze Słońca, które staje się źródłem całej energii podtrzymującej funkcje życiowe wszystkich istot żyjących na Ziemi. Następną warstwę stanowią zwierzęta roślinożerne, które wykorzystują energię związaną przez rośliny podczas fotosyntezy. Na nich z kolei żerują zwierzęta drapieżne, a następnie wszystkożerne (jedzące zarówno mięso, jak i rośliny), do których zalicza się także człowiek. Najważniejsze dla ustalenia miejsca danej grupy istot w hierarchii nie są więc stopnie pokrewieństwa czy ewolucyjna sekwencja, ale prosta zależność dotycząca tego, co kto je. W piramidzie troficznej każda warstwa wyższa uzależniona jest pokarmowo od warstwy niższej. Każdy gatunek, w tym także człowiek, jest ogniwem uczestniczącym w wielu łańcuchach troficznych (przykładowo, jeśli jeleń spożyje 100 gatunków roślin, to oznacza to, że bierze udział w 100 łańcuchach pokarmowych i na tyleż wywiera wpływ). Amerykański myśliciel podkreśla, że cała piramida pokarmowa, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wydaje się czymś bezładnym i chaotycznym. W istocie tworzy jednak bardzo skomplikowany, ale uporządkowany system zależności, którego sprawne i stabilne działanie zależy od kooperacji i dostrojenia poszczególnych części składowych (w praktyce po prostu od konkretnych osobników oraz ich otoczenia). Patrząc przez pryzmat ekosystemu, śmierć i obumieranie pojedynczych organizmów nie wydają się czymś negatywnym (zwłaszcza wtedy, gdy przebiegają w oparciu o naturalne procesy i bez gwałtownych kataklizmów), gdyż dostarczają materiału, który wykorzystują w swej aktywności grzyby i bakterie (reducenci), odzyskując związki nieorganiczne, jakie na powrót mogą być wykorzystywane na potrzeby łańcuchów pokarmowych i wiązane w procesach fotosyntezy. Reducenci, jak wcześniej zaznaczono, są przy tym szczególnie ważni, gdyż zniknięcie bakterii i grzybów zablokowałoby funkcjonowanie układów troficznych, nadając kres ewolucji życia na naszej planecie.

Leopold podkreśla przy tym, że piramida pokarmowa komplikowała się wraz z nadchodzeniem kolejnych faz ewolucji. Łańcuchy troficzne, początkowo stosunkowo krótkie i proste, rozbudowywały się i różnicowały. Pojawienie się człowieka, który powołał do istnienia niezwykle ekspansywny system techno-naukowy, gwałtownie i wręcz nienaturalnie przyspieszyło owe zmiany. Ingerencje ludzi drastycznie zwiększyły tempo środowiskowych modyfikacji, w tym także takich, które doprowadziły do wymarcia wielu gatunków. Wprawdzie to, że jedne gatunki bezpowrotnie znikają, a w ich miejsce pojawiają się nowe jest czymś normalnym i zdarzało się na długo przed wyewoluowaniem człowieka, jednak w warunkach naturalnych tego rodzaju procesy nie następowały tak szybko. Zwykle były one pokłosiem rywalizacji międzygatunkowej, w której zwycięski okazywał się gatunek silniejszy, sprytniejszy i liczniejszy. Istoty ludzkie, mimo iż pojawiły się – patrząc z perspektywy ewolucyjnej – dość późno, stały się wyjątkowo ekspansywne, a ich działania w świecie przyrody mają się do niej tak, jak jemioła ma się do drzewa. Ta ostatnia, będąc rośliną pasożytniczą, żyje kosztem gospodarza, pobierając od niego produkty fotosyntezy. Jednakże ma ona przynajmniej wbudowane naturalne mechanizmy, które sprawiają, że „zna” umiar (sama też uczestniczy w fotosyntezie i od drzewa pobiera tylko część energii, zatem określa się ją niekiedy mianem „półpasożyta”) i nie doprowadza do całkowitego wyeksploatowania drzewa. Postępowanie ludzi w stosunku do natury przedstawia się natomiast tak, jakby owej słusznej miary korzystania z jej zasobów nie znali. Występuje przez to ryzyko, że spowodują zagładę planety, pozbawiając się biologicznych podstaw swojego funkcjonowania.

Aby ta pesymistyczna wizja nie ziściła się, Leopold proponuje rozbudzać wśród ludzi sumienie ekologiczne, a poprzez nie indywidualną i społeczną odpowiedzialność za zdrowie, integralność i stabilność ekosystemów i w konsekwencji także całej biosfery. Istota holistycznej odmiany etyki środowiskowej w wydaniu amerykańskiego leśnika streszcza się w jej imperatywie kategorycznym, który głosi, że dobre jest wszystko to, co sprzyja zachowaniu integralności, stabilności i piękna wspólnot biotopowych (ekosystemów). Złem jest zaś wszystko, co temu nie sprzyja. Konsekwencją owego imperatywu jest więc uznanie, że najwyższym dobrem jest dobro wspólnoty biotopowej, jej piękno, integralność i stabilność. Dobro poszczególnych osobników, które żyją w tych wspólnotach, ma natomiast wartość jedynie instrumentalną i stanowi zaledwie środek do realizacji wartości nadrzędnej, czyli interesu szerszej całości. Wynika z tego, że dobro pojedynczych osobników godzi się poświęcić dla dobra wspólnoty, analogicznie do tego, jak poświęcamy niekiedy organ, aby uratować cały organizm. Z punktu widzenia etyki Ziemi polowanie na dziki, jeżeli doszło do ich eksplozji populacyjnej, która mogłaby zagrozić jakiemuś ekosystemowi, nie jest zatem czymś złym.

Warto dodać, że rozbudzanie sumienia ekologicznego, a tym samym ewolucja etyki, dokonuje się, jak twierdzi Leopold, tak w sferze emocji, jak i procesów intelektualnych. Możemy bowiem odnosić się do środowiska z respektem tylko wtedy, gdy znamy i rozumiemy skomplikowane procesy przyrodnicze. Choć naszym zmysłom, zwłaszcza na pierwszy rzut oka, dostępne są jedynie wybrane aspekty natury – przede wszystkim to, co zachodzi na powierzchni zjawisk – to jednak pogłębiając wiedzę naukową, orientujemy się, że ważne jest także to, co bezpośrednio niewidoczne dla oczu. Przywołana wcześniej aktywność reducentów, czyli bakterii i grzybów, których często nie dostrzegamy albo dostrzegać nie chcemy, gdyż żyją zwykle na odchodach, martwej ściółce czy truchłach zwierząt, przyczynia się do rozkładu martwej materii organicznej i pozwala odzyskiwać z niej energię, która umożliwia życie kolejnym osobnikom. Owa wiedza sprawia, że respektem moralnym zaczynamy obdarzać wszystkie istoty żywe wchodzące w skład biosfery, a nawet jesteśmy w stanie wczuwać się w ich położenie i zajmować ich punkt widzenia. Trzeba – zdaniem Leopolda – rozwijać ekologiczną edukację i uświadamiać społeczeństwo, że poszanowanie środowiska jest sprawą ważną. Amerykański myśliciel dodaje, że ludzie powinni też nauczyć się odpowiednich sposobów spędzania wolnego czasu, jak również wypracować takie metody rekreacji, które nie byłyby destrukcyjne dla przyrody. Współcześnie, twierdzi Leopold, obserwujemy postępujące umasowienie turystyki i rekreacji, co nie tylko uniemożliwia samotność i skupienie na łonie natury, ale też przyczynia się do zanieczyszczenia dziewiczych obszarów przyrodniczych. Turystyka ulega coraz większej komercjalizacji, a ku uciesze tłumów organizuje się wędkowanie czy polowanie dla rozrywki, zaś łupem zwiedzających rezerwaty przyrody padają rzadkie okazy dzikich roślin, pancerze żółwi bądź różnorodne minerały. Właściwa turystyka, w przekonaniu Leopolda, powinna służyć głównie kontemplacji, zaspokajaniu potrzeb estetycznych i pogłębianiu wiedzy na temat zadziwiających naturalnych mechanizmów. Aby taka turystyka powstała, człowiek musi przestać być zdobywcą i eksploatatorem biosfery, przekształcając się w pokornego współuczestnika ewolucyjnej epopei życia.

Poglądy Leopolda rozwinął i uściślił jego uczeń Baird Callicott. Ponieważ Leopold nie był profesjonalnym filozofem, jego dzieło w kręgach akademickich było krytykowane za brak teoretycznego uzasadnienia, a niekiedy także naiwność. Podstawowym problemem, jaki wiąże się z etyką Ziemi na gruncie teoretycznym, jest uwikłanie w błąd naturalistyczny. Popadnięciem w ten błąd zagrożona jest zresztą każda etyka, która czerpie z nauk szczegółowych i odwołuje się do empirii, a jednocześnie rości sobie pretensje do sformułowania określonych norm. Krótko mówiąc, polega on na tym, że z wiedzy o faktach bezpośrednio wyprowadza się nakazy mówiące o tym, jak być powinno. Taki zabieg jest jednak nieuprawniony logicznie. Aby jakoś go uprawomocnić i dochować kanonów racjonalności, należy wskazać na racje, które lepiej lub gorzej, ale uzasadnią jakoś przejście od faktów do powinności. Leopold zdaje się być zupełnie nieświadomy tej teoretycznej trudności, dlatego jego stanowisko uzupełnia wspomniany Callicott. Sądzi on, że błąd naturalistyczny w kontekście etyki holistycznej można zneutralizować lub ominąć poprzez wskazanie na przesłanki natury psychologicznej, z uwagi na które z tego, co jest, wnioskujemy o tym, co być powinno. Jeśli mamy więc dane dostarczone przez nauki biologiczne, które mówią o tym, że przyroda ożywiona jest systemowo zintegrowana, człowiek nie jest uprzywilejowanym członkiem wspólnot biotopowych, jego nadużycia względem środowiska zagrażają ludzkiemu zdrowiu i szczęściu, a jednocześnie razem z innymi istotami żywymi mamy wspólne interesy dotyczące zachowania życia i chcemy naszą egzystencję kontynuować w możliwie najlepszej formie, to nie powinniśmy naruszać integralności i stabilności naturalnego środowiska. Zachowanie w dobrym stanie biosfery i uchronienie innych gatunków przed zagładą stanowi równocześnie warunek niezbędny do ocalenia biologicznych podstaw naszego bytowania. Choć powyższe rozumowanie może być oczywiście podważane, to jednak – jak się wydaje – osłabia nieco wydźwięk błędu naturalistycznego, jakiego nie zdołał uniknąć Leopold.

Najtrudniejszym problemem filozoficzno-etycznym, jaki do rozwiązania mają adherenci etyki holistycznej, jest jednak pogodzenie dobra całości, które w interesującym nas nurcie uznaje się za wartość nadrzędną, z dobrem indywiduum, które w tej całości partycypuje. Leopold twierdzi, że tym, co powinniśmy chronić w pierwszej kolejności i co jest najbardziej wartościowe, są ekosystemy, czyli pewne układy wzajemnych zależności, połączone energetycznie i funkcjonalnie. Żadna pojedyncza żywa istota nie jest z takiego układu wyizolowana, żyjąc i rozwijając się tylko w jego obrębie. Zaspokajanie indywidualnych potrzeb osobnika uzależnione jest od kondycji ekosystemu. Jeśli będziemy chronić ten ostatni, jak rozumuje amerykański leśnik, to opłaci się to także jednostce. Poza środowiskiem swego życia nie może ona bowiem przetrwać. Unicestwienie wspólnoty biotopowej może zatem okazać się tożsame z zagładą indywiduum. Z drugiej jednak strony, czego nie ukrywa Leopold, zatroszczenie się o dobro ekosystemu wymaga nierzadko wyeliminowania składających się nań jednostek. Tymczasem, jak podpowiada nam już zwykły zdrowy rozsądek i potoczna obserwacja świata, realnie istnieją nade wszystko pojedyncze indywidua. To przecież autonomiczny, wydzielony z otoczenia konturami swego ciała gwiazdonos jest tym, który odczuwa ból lub przyjemność, ma określone potrzeby, takie jak na przykład wykopanie nory, zdobycie pożywienia czy spłodzenie potomstwa. Prawdą jest, że ma on ściśle wyznaczone miejsce w ekosystemie, na który wydatnie oddziałuje drążąc podziemne korytarze czy uczestnicząc w wielu łańcuchach pokarmowych (żywi się głównie larwami owadów wodnych, dżdżownicami, skorupiakami i mięczakami, zatem wywiera wpływ przede wszystkim na stan liczebny populacji tych właśnie zwierząt). Nie sposób sensownie orzekać o tym zwierzęciu bez uwzględnienia relacji, w jakie jest uwikłane we wspólnocie biotopowej, której jest członkiem. Jednak poza tym stanowi ono swoiste teleologiczne centrum życia. To właśnie pojedynczy gwiazdonos, przeszukujący każdego dnia jakiś nadrzeczny obszar północno-wschodnich rubieży Stanów Zjednoczonych i chłonący swym niezwykle czułym ryjkiem niewyobrażalną dla nas mnogość zapachów i odczuć dotykowych, okazuje się tym, który ma rzeczywiste potrzeby, a jego życie może być lepsze lub gorsze. Gatunek jest zaś pewnym konstruktem pojęciowym. Co prawda niezupełnie dowolnym, bo ukutym w oparciu o zależności dostrzeżone po stronie obiektywnie istniejącej rzeczywistości, ale stanowiącym w ostateczności swego rodzaju narzędzie, za pośrednictwem którego poznajemy i nazywamy świat. Tak rozumianego gatunku w żaden sposób nie można zranić, zniewolić czy zabić. Skrzywdzić można natomiast pojedyncze zwierzę, takie jak na przykład gwiazdonos amerykański z naszego przykładu. To jego, jak też wszystkie inne jednostki realizujące zadane im przez naturę funkcje życiowe, powinno się chronić. Aby indywidua przetrwały, należycie działać musi oczywiście także ekosystem, będący miejscem ich życia. Jeśli zostanie on skażony czy zupełnie zniszczony, to własnego dobra nie będą w stanie realizować też składające się nań osobniki. Właściwa etyka środowiskowa wymaga więc kompromisu pomiędzy poszanowaniem wspólnoty biotopowej rozumianej jako szersza całość a respektem dla życia, zdrowia i integralności cielesnej każdej jednostki. Bardzo często myśliwi czy leśnicy, skądinąd argumentując w sposób zbliżony do Leopolda, tłumaczą, że odstrzał pewnej liczby jeleni, dzików czy innych zwierząt jest czymś dobrym, bo służy interesom jakiegoś unikatowego rezerwatu dzikiej przyrody bądź nawet dobru odstrzeliwanych istot (sic!). Usprawiedliwieniem takiej postawy nie jest oczywiście to, że ludzie ci czynią to w zgodzie z przyjętymi procedurami. Pracownicy Służby Więziennej też niewolą – wbrew naturze człowieka, którego jednym z atrybutów jest wolność – liczne rzesze ludzi, a krzywdy fizyczne, psychiczne i duchowe, jakie wyrządzają osadzonym, są pokłosiem regulaminów w pełni odpowiadających przepisom kodeksu karnego wykonawczego, lecz nie oznacza to, że godziwa jest instytucja więzienia. Ich praca, podobnie jak myśliwych zabijających poszczególne jelenie czy dziki dla wyimaginowanego „dobra” ekosystemu, jest tylko zalegalizowanym konwencjonalnie łotrostwem. Żadna konwencja nie sprawi jednak, że skrzywdzenie realnej jednostki – pojedynczego bytu z krwi i kości, który posiada interesy, choć nie zawsze je sobie uświadamia – będzie czymś moralnie pozytywnym. Przedkładanie dobra całości – w wypadku etyki Ziemi jest nim pożytek wspólnoty biotopowej – nad wartość jednostki każdorazowo wiąże się z instrumentalnym potraktowaniem indywiduum. Stąd nie dziwią oskarżenia, jakie wysuwa się pod adresem holistycznej odmiany etyki środowiskowej, którą określa się czasami mianem „ekologicznego faszyzmu”. Jej oczywistym mankamentem jest również to, że odnosi się ona nieomal wyłącznie do przyrody dzikiej, pozostawiając poza zakresem swego zainteresowania zwierzęta hodowlane. Bez wątpienia ich status jest inny, aniżeli zwierząt dziko żyjących, gdyż te pierwsze stanowią część antroposfery i to człowiek powołał je do istnienia drogą doboru sztucznego, tak iż bez niego nie mogłyby one funkcjonować, lecz po swym zaistnieniu, podobnie jak wolno egzystujące tygrysy czy płetwale błękitne, mogą odczuwać ból lub przyjemność i posiadają określone potrzeby, których niezrealizowanie obniża jakość ich życia (czasami nawet ich życie zupełnie pozbawione jest jakiejkolwiek jakości pozytywnej, a ich męki sprawiają, że zamiast o „dobrostanie”, należałoby raczej mówić o „złostanie”, jaki jest udziałem tych istot). Ponadto właśnie zwierząt hodowlanych, w związku z zataczającym coraz szersze kręgi konsumpcjonizmem, przybywa w gwałtownym tempie. Ulżenie ich doli urasta zatem do rangi najpilniejszego zadania, jakie powinniśmy zrealizować w naszych czasach. Etyka Ziemi opracowana przez Leopolda nie daje nam jednak wskazówek, jak poradzić sobie z tym problemem.

Mimo wskazanych mankamentów, amerykański myśliciel ma rzecz jasna w swych poglądach sporo racji. Trudno nie zgodzić się z wysuniętym przez niego postulatem poszerzenia zakresu respektu moralnego, który w tradycyjnej etyce obejmuje wyłącznie stosunki międzyludzkie, na wszystkie istoty żyjące. Pożądane jest również zerwanie z arogancką postawą względem przyrody i myśleniem o niej jedynie w kategoriach ekonomicznych. Bez wątpienia chwalebne jest też wezwanie Leopolda do tego, aby edukować społeczeństwo w dziedzinie myślenia ekologicznego, kształtując ludzką wrażliwość na piękno natury. Twórca etyki Ziemi ma również rację, twierdząc, że zachowywać moralnie możemy się jedynie w stosunku do czegoś, co możemy widzieć, czuć, rozumieć i kochać albo jakoś inaczej pokładać w tym wiarę i zdobywać o tym wiedzę. Najłatwiej jest nam przy tym czuć, widzieć i obdarzyć uczuciem miłości konkretne indywidua. Właśnie im, wbrew temu, co sądził Leopold, winni jesteśmy w pierwszej kolejności moralny szacunek. Choć – i tu z amerykańskim myślicielem należy się zgodzić – nie jesteśmy w stanie owego szacunku okazać bez ochrony stabilności, integralności i piękna całych ekosystemów.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię