We wrześniu 2019 roku byliśmy świadkami zdumiewającego i wręcz absurdalnego wydarzenia. Organizacja Narodów Zjednoczonych wystosowała pod adresem Polski – tłumacząc to potrzebą wzmożenia walki z rasizmem i dyskryminacją na tle narodowościowym – apel o zdelegalizowanie organizacji patriotyczno-narodowych, między innymi Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej.

Szczytna to niewątpliwie idea, aby przeciwstawiać się zachowaniom ksenofobicznym, a nade wszystko dyskryminacyjnym. Problem jednak w tym, że atakując legalnie działające stowarzyszenia, których działalność polega na krzewieniu pamięci o przeszłości, pomocy słabszym i potrzebującym, jak również integrowaniu narodowej wspólnoty, co w gruncie rzeczy sprowadza się do czynności, które mają na celu uczynić życie społeczne mniej oschłym i zatomizowanym, samemu staje się po stronie nietolerancji i pogardy. Wspomniany apel Organizacji Narodów Zjednoczonych wydaje się ponadto zwyczajnie niedorzeczny, zważywszy na fakt, iż Obóz Narodowo-Radykalny ma w swej deklaracji ideowej zapis o potępieniu rasizmu biologicznego. O byciu Polakiem nie decydują bowiem wyłącznie pochodzenie i adnotacja w paszporcie, ale przede wszystkim to, czy dana jednostka odczuwa przywiązanie do polskiej tradycji i historii oraz pragnie troszczyć się o polskie dziedzictwo kulturowe i pozostałych członków Narodu. W praktyce posiadamy wiele przykładów ludzi, którzy urodzeni poza Polską i związani z inną przynależnością etniczną, na mocy własnego wyboru pokochali nasz kraj i oddali mu liczne zasługi. Wymowny jest tu przypadek Berka Joselewicza (1764-1809) – osoby pochodzenia żydowskiego, urodzonej w litewskim mieście Kretynga, która mimo to stała się polskim patriotą, walcząc w insurekcji kościuszkowskiej, a później służąc w armii Księstwa Warszawskiego, by ostatecznie oddać życie za Ojczyznę w bitwie z Austriakami pod Kockiem w 1809 roku. Z drugiej strony nie brakuje zaś przykładów ludzi będących z pochodzenia rdzennymi Polakami, lecz wysługujących się zaborcom i okupantom czy przejawiających pogardę lub obojętność względem współobywateli i narodowego dziedzictwa historycznego.

Ci, którzy trzeźwo patrzą na rzeczywistość, potrafiąc wyważyć rozmaite argumenty, wiedzą, że Obóz Narodowo-Radykalny czy zbliżone do niego profilem swej działalności stowarzyszenia nie uczestniczą w praktykach dyskryminacyjnych, lecz – co więcej – czynnie przeciwstawiają się rozmaitym wykluczeniom, na przykład poprzez potępianie rażących nierówności społecznych, jakie powstają wskutek hołdowania zasadom liberalizmu gospodarczego i obyczajowego, jak też stają w obronie prawa każdego człowieka – także niepełnosprawnego i ciężko chorego – do życia i integralności cielesnej, sprzeciwiając się aborcji i eutanazji.

Wobec tego przytoczony apel Organizacji Narodów Zjednoczonych można by potraktować jako żart lub – życzliwym okiem spoglądając na jego autorów – wyjaśnić błędem ludzkim czy ignorancją. Międzynarodowe instytucje nie są przecież wyroczniami, a ich rozstrzygnięcia nie posiadają waloru nieomylności. Sprawa jest jednak poważna, gdyż poglądy, jakie w interesującej nas kwestii głoszą przedstawiciele Organizacji Narodów Zjednoczonych, podzielają niektórzy reprezentanci środowisk naukowych, artystycznych czy politycznych także w Polsce. Wydawałoby się, że mogąc przyjrzeć się z bliska działalności stowarzyszeń patriotyczno-narodowych, nie muszą uciekać się do uproszczeń, pomówień czy zwyczajnych oszczerstw, nazywając zgrupowane w nich osoby „ksenofobami”, „faszystami”, a nawet „nazistami”. W dobie Internetu, gdy dostęp do wiedzy naukowej jest stosunkowo prosty, z łatwością mogliby sprawdzić, co kryje się pod pojęciami takimi, jak „faszyzm” czy „nazizm” i nie odnosić ich do rzeczywistości przedmiotowej, która nie ma z nimi nic wspólnego. Faktycznie zdarza się zapewne niejednokrotnie, że ktoś nazywa polskiego narodowca „rasistą”, bądź „nazistą” wskutek zwykłych braków w wiedzy historycznej. Nie ma w tym wówczas wielkiej przewiny, ponieważ gmach współczesnej nauki jest wprost ogromny – nie ma już dziś nikogo, kto mógłby uchodzić za eksperta we wszystkich dziedzinach. Komuś, kto mimo braku elementarnej wiedzy w zakresie powszechnej historii współczesnej wypowiada się o faszyzmie i nazizmie, możemy zatem zarzucić co najwyżej gadulstwo i pyszałkowatość. Gorzej dzieje się natomiast wtedy, gdy słów „ksenofob”, „faszysta” czy „nazista” używa się rozmyślnie jako obelg mających na celu zdyskredytowanie – rzeczywistego lub wyimaginowanego – przeciwnika politycznego. Liberałowie i libertyni – zwłaszcza obyczajowi – w ten właśnie sposób pragną napiętnować tradycjonalistów. Stają się w związku z tym pilnymi uczniami Józefa Stalina (1878-1953), który z pobudek propagandowych zalecał przydawanie swoim wrogom politycznym pejoratywnej łatki „faszysty”. Ich celem staje się zaatakowanie swoich oponentów i odarcie ich z ludzkiej godności.

Okoliczności te rodzą potrzebę przypomnienia, że prawo do stowarzyszania się i manifestowania swoich przekonań nie jest li tylko konwencjonalnym konstruktem. Jest czymś więcej, albowiem stanowi naturalne uprawnienie wynikające z tego, kim – jakiego rodzaju bytem – jest człowiek. Jest on zaś osobą, czyli – wedle definicji zaproponowanej przez Wincentego Granata (1900-1979) – jednostkowym, substancjalnym i całkowitym podmiotem cielesno-duchowym, zdolnym działać w sposób rozumny, dobrowolny i społeczny w celu harmonijnego ubogacenia siebie i ludzkości w zakresie całego bytu.

Powyższe określenie w lapidarnej formie odsłania bogactwo ludzkiej egzystencji. Wskazuje bowiem na fakt, że człowiek to nie tylko byt-w-sobie, ale też byt-dla-siebie, który wobec tego ma wartość ponadkonsumpcyjną i ponadutylitarną. Choć – jak zauważa Blaise Pascal (1623-1662) – jest kruchy niczym trzcina, a uśmiercić może go nawet kropla wody, to jednak wyrasta ponad porządek kosmologiczny i stanowi byt, któremu dane jest wgłębić się w tajemnicę swojego istnienia, jak również – do pewnego przynajmniej stopnia – zrozumieć panujący we wszechświecie porządek. Dokonując aktów miłości, może pokochać to, co uprzednio poznał – siebie, towarzyszące mu istoty (nie tylko ludzkie, ale i pozaludzkie) oraz Boga, któremu ta rzeczywistość zawdzięcza swą bytowość i to, że stale podtrzymywana jest w istnieniu. Kluczowe jest przy tym słowo „może”, gdyż jego działania nie determinują koincydencje przyrodnicze. Dysponuje on wszakże wolnością, co oznacza, że sam jest w stanie zdeterminować się do czynu. Osoba jest przeto takim bytem, który znamionują samoposiadanie i samopanowanie.

Za sprawą aktów poznania, miłości i wolności przekracza więc przyrodę, a poprzez przysługującą jej podmiotowość wobec prawa, zupełność i godność transcenduje społeczność. Bytuje w sposób substancjalny, a zatem mocniejszy i pełniejszy niż społeczeństwo, które jest bytem zaledwie przypadłościowym. Naród, państwo czy jakakolwiek organizacja są wobec tego dla człowieka, a nie człowiek dla nich. Zasługują na docenienie tylko wtedy, gdy pomagają osobie w rozwoju i nie ciemiężą jej, lecz katalizują jej pozytywną i wszechstronną aktywność, a także stwarzają korzystne ramy dla funkcjonowania naturalnych i pierwotnych grup, w rodzaju rodziny czy wspólnoty sąsiedzkiej.

Wspomniana godność osoby ludzkiej, wskazująca na konieczność afirmacji owego bytu ze względu na niego samego, nie jest zadekretowanym przez kogoś dogmatem, lecz źródłowo daną rzeczywistością, której doświadczamy przy zetknięciu się z człowiekiem (każdy człowiek, na każdym etapie swego życia, jest osobą, gdyż konstytuuje go właściwy jestestwu ludzkiemu akt istnienia – właśnie o charakterze osobowym). Jak podkreśla polski etyk Tadeusz Styczeń (1931-2010), przeżycie moralne poucza mnie, że w chwili zetknięcia się z osobą po prostu odczuwam, iż powinienem tak oto postąpić, ponieważ jedynie tak się godzi, niezależnie od jakichkolwiek dalszych, zwłaszcza przeze mnie samego i sobie stawianych, warunków czy celów, względów zewnętrznych. I tak na przykład moje sumienie poucza mnie, że powinienem być sprawiedliwym wobec drugiego i powinienem go szanować. Osobną sprawą jest oczywiście to, jak ustosunkuję się do przemawiającego we mnie głosu sumienia i jaką nadam mu interpretację. Niemniej w sposób kategoryczny doznaję faktu powinności, w którą to sytuację angażuje mnie obecność w strefie mojego oddziaływania innego bytu osobowego. Każdy z nas – niejako intuicyjnie – odczytuje zatem treść normy personalistycznej, która głosi, że osobę należy afirmować ze względu na nią samą, mając na uwadze zdeponowaną w niej wartość autoteliczną.

Osoba jest indywidualnym, substancjalnym i całkowitym podmiotem realizującym się poprzez duszę i ciało, a nawet więcej: będąca owymi duszą i ciałem. Jest też samoświadoma, co oznacza, że jej umysł jest dla siebie samego obecny w aktach pojmowania i sądzenia. Stanowi cel sam w sobie, ale zawarte w jej naturze potencjalności może aktualizować wyłącznie dzięki innym jednostkom i wespół z nimi. Każde „ja” ukierunkowane jest wszakże na „ty”. Ludzie są zatem istotami społecznymi. Dlatego św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), pisząc o właściwych człowiekowi inklinacjach naturalnych, wymienia wśród nich – oprócz tendencji do zachowania własnego istnienia, pragnienia wstąpienia w związek małżeński, spłodzenia i wychowania potomstwa oraz dążenia do poznawania prawdy – ukierunkowanie na życie w społeczeństwie.

To ostatnie, będąc w istocie siecią wzajemnych odniesień między indywiduami, funkcjonuje analogicznie do organizmu. Toteż jest w nim miejsce na kreatywność, twórczość i spontaniczność. Najbardziej autentyczne wspólnoty, z najmocniej zadzierzgniętymi więzami międzyludzkimi, to te, które rodzą się oddolnie, niejako z potrzeby serc tworzących je osób. Nie powołuje się ich mechanicznie, drogą rozkazów i dyrektyw, a członków nie pozyskuje się na ich rzecz siłą. Wstępują do nich dobrowolnie, bo odpowiadają ich potrzebom intelektualnym i emocjonalnym. Każdy człowiek ma więc prawo zrzeszać się i stowarzyszać, ponieważ natura, jaką obdarzył go Stwórca, ma rys społeczny. Z innymi chcemy się cieszyć i pracować, odpoczywać i uczyć się. Jeśli znosić mamy trud i cierpienie, to tylko wespół z innymi i dla innych, ofiarowując im swoje wysiłki. Nawet tak bardzo pożądane przez każdego z nas pragnienie bezpieczeństwa, harmonii i spokoju ziścić możemy jedynie dzięki głębokim i trwałym relacjom interpersonalnym. Samotność i wykluczenie wiążą się natomiast z ciągłym niepokojem, depresją i postępującą dezintegracją osobowości.

Jest czymś oczywistym i zrozumiałym, że każdy byt – w tym także człowiek – dąży do funkcjonowania zgodnego z właściwą dla siebie normą, którą na gruncie filozofii ukuło nazywać się „naturą” czy „istotą rzeczy”. Jednym z elementów realizowania własnej natury w wypadku bytów osobowych jest zaś łączenie się w różnego typu zbiorowości. Umożliwienie im tego jest zatem oznaką respektowania prawa naturalnego i stanowi niezbędny warunek afirmowania osoby dla niej samej. Mnożenie zakazów i restrykcji uniemożliwiających działanie organizacjom, które nie godzą w niczyje zdrowie ani życie, jest natomiast działaniem wbrew osobie, jej godności i wolności (która wolnością, a nie anarchiczną swawolą, jest tylko wtedy, gdy realizuje się w przestrzeni odpowiedzialności i prawdy).

1 KOMENTARZ

  1. Bałagan, jakiego narobili naziści faktyczni, czyli Niemcy, otworzył furtkę międzynarodowemu złu do otwartej i bezczelnej walki z tym, co dla narodów najcenniejsze z ich tożsamością. Otworzył też drzwi zorganizowanemu kłamstwu. I tak oto ONZ, który udokumentowanych, przerażających zbrodni izraela nie uznał za zbrodnie ma wynikającą z niewiedzy przedstawicieli i fałszywych informacji czelność nawoływać, żeby Polska zdelegalizowała ONR.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię