Idea postępu narodziła się w oświeceniu i od razu znalazła licznych zwolenników. W XVIII wieku, przede wszystkim w Europie, żarliwie wierzono w możliwości nauki i techniki. Sądzono, że w niedalekiej przyszłości uda się całkowicie ujarzmić przyrodę, a życie społeczne poddać kontroli rozumu, czyniąc je w pełni racjonalnym. Anne-Robert-Jacques Turgot (1727-1781) i Nicolas de Condorcet (1743-1794) – czołowi teoretycy postępu – głosili kumulatywny rozwój każdej z dziedzin ludzkiej kultury. Byli przekonani, że człowiek doskonali się we wszystkich sferach swej aktywności, tak iż za jakiś czas stanie się istotą znacznie wzmocnioną fizycznie, intelektualnie i moralnie.

Już wtedy jednak swoje poglądy przedstawił myśliciel, który potrafił przeciwstawić się dominującym trendom. Był nim Jan Jakub Rousseau (1712-1778), utrzymujący, że nasze dusze wypaczały się, w miarę jak nasze nauki i sztuki zmierzały ku doskonałości. Postęp cywilizacyjny, zdaniem francuskiego filozofa, przyczynił się do upadku cnót, w szczególności cnoty męstwa, a także zniewolił jednostkę, która została uzależniona od nowych wynalazków.

Pogląd ten odżył na przełomie XX i XXI wieku. Eko-filozof Henryk Skolimowski (1930-2018) zauważył, że w ślad za wzrostem potęgi techniki, która coraz bardziej ujarzmia świat, redukuje się ludzka duchowość i ubożeje sfera aksjologiczna. Wartości moralne, religijne i estetyczne są wypierane przez konsumpcjonizm i pogoń za dobrami materialnymi. Staje się jasne, że udogodnienia, jakie przyniósł postęp naukowo-techniczny, okupione są niesprawiedliwością społeczną, ciemiężeniem jednych przez drugich i wojnami. Zasadne staje się wobec tego postawienie pytania, czy za osiągnięcia cywilizacyjne nie płacimy zbyt wysokiej ceny? Być może postęp dotyczy tylko samego systemu techno-naukowego, a byt ludzki nie jest tak dużym jego beneficjentem, jak zwykliśmy sądzić?

Aby udzielić odpowiedzi na te pytania, trzeba uświadomić sobie, co oznaczają pojęcia „rozwój” i „postęp”. Przez pierwsze z nich rozumie się wszelki długotrwały proces kierunkowych zmian, w którym można wyróżnić prawidłowo po sobie następujące etapy przemian (fazy rozwojowe) danego obiektu (układu), wykazujące stwierdzalne różnicowanie się tego obiektu pod określonym względem. Natomiast dla drugiego z nich istotne jest to, że obiekty (układy), które uczestniczą w procesie kierunkowych przemian, przechodzą od form lub stanów prostszych, niższych, mniej doskonałych do form lub stanów bardziej złożonych, wyższych, doskonalszych pod pewnym względem. Postęp może następować oczywiście w różnych dziedzinach. Dlatego mówi się o postępie gospodarczym, naukowym, technicznym, społecznym, a nawet tym, który czyni dane indywiduum doskonalszym w sferze intelektualnej czy moralnej.

Z psychologicznego punktu widzenia postęp okazuje się tym, co zbliża nas do pożądanego stanu, czyniąc naszą egzystencję, zarówno w wymiarze zbiorowym, jak i jednostkowym, po prostu lepszą. Dzięki niemu zmierzamy do dobra i oddalamy się od zła. Ufamy, że wyeliminowanie chorób i głodu, a także podniesienie życiowego komfortu poprzez zastosowanie nowatorskich urządzeń, doprowadzą nas do szczęścia, a nawet jakiejś formy zbawienia na Ziemi. Tego rodzaju przekonanie zakłada, że dobro i zło są oddzielonymi od siebie kategoriami, a jedno z nich da się całkowicie wytępić. Piewcy postępu liczą rzecz jasna, że rozwój cywilizacyjny położy kres temu drugiemu. Popełniają jednak zasadniczy błąd, gdyż zła od dobra oddzielić się nie da. Są to wszakże pary przeciwieństw, które wzajemnie się definiują i określają. Dobra doświadczamy przecież jedynie wtedy, gdy potrafimy je odnieść do zła. Często też dążąc do jednego, wzmacniamy drugie. Stąd bierze się wielki paradoks współczesnej cywilizacji, który polega na tym, że postęp w jakiejś dziedzinie wywołuje regres w innej. I tak na przykład dostatek materialny poprawia nasz komfort, ale często towarzyszą mu nuda, poczucie braku sensu, a nawet depresja psychiczna. Żyjąc w coraz bardziej sztucznych warunkach, w których wiele czynności wykonują za nas automaty, degenerujemy się jako istoty fizyczne, a także osłabiamy się duchowo.

Mimo iż idea postępu – przynajmniej w tak entuzjastycznej postaci, w jakiej propagowana była przez część myślicieli oświeceniowych – uległa już rozkładowi, to wciąż istnieją filozofowie, ekonomiści czy politycy, którzy tworzą nowe jej wyobrażenia. Kategoria „postępu” odgrywa dziś kluczową rolę w poglądach zwolenników globalizacji, transformacji i modernizacji. Za najbardziej wpływowych futurologów uchodzą współcześnie, między innymi, Alvin Toffler (1928-2016), Edward Luttwak, Francis Fukuyama, George Soros i Michio Kaku. Choć każdy z nich kładzie akcent na nieco inny aspekt postępu, gdzie indziej doszukując się głównego czynnika rozwoju, to jednak łączy ich to, że w opracowywaniu swych koncepcji nawiązują do racjonalizmu, a uszczęśliwienie ludzkości uzależniają od osiągnięć nauki.

Modelowe w tym zakresie jest stanowisko ostatniego z wymienionych uczonych. Michio Kaku – fizyk i filozof zajmujący się problematyką futurologiczną – uważa, że nauka stanowi motor napędowy dziejów. Tylko w oparciu o szerokie spektrum dyscyplin, jak twierdzi amerykański myśliciel, można konstruować rzetelne wizje przyszłości. Co więcej, za wiarygodne uznaje on przede wszystkim opinie czynnych twórców teorii naukowych, głównie z obszaru nauk ścisłych (naczelne miejsce przyznaje fizyce). Jego zdaniem postęp nauki szczególnej dynamiki nabrał wraz z odkryciami Isaaca Newtona (1643-1727). Opracowana przezeń mechanika przyczyniła się do wzrostu gospodarczego, stając się katalizatorem rewolucji przemysłowej. Cywilizacja agrarna została dzięki temu wyparta przez zmechanizowany przemysł. W przekonaniu Kaku aż do XX wieku nauka, choć przeżywała wielki rozkwit, to jednak znajdowała się w fazie opisowej. Uczeni koncentrowali się bowiem na odkrywaniu praw rządzących przyrodą, zamykali je w systemy twierdzeń i budowali teorie. Była to zatem era odkryć, którą w XXI wieku – jak postuluje Kaku – powinniśmy zastąpić twórczym i aktywnym wykorzystywaniem osiągnięć naukowych. Musimy kreować otaczającą nas rzeczywistość i samych siebie, lecz oczywiście nie w sposób dowolny, tylko podążając za wykrytymi prawidłowościami przyrodniczymi i społecznymi. Amerykański uczony jest przekonany, że dzięki rozwiązaniu zagadki atomu, odkryciu genetycznych uwarunkowań człowieka i skonstruowaniu komputera, czyli największych osiągnięć XX wieku, rozpoczął się ciąg radykalnych przemian w egzystencji jednostki, zarówno na gruncie indywidualnym, jak i społecznym.

Inni futurolodzy – na czele z Fukuyamą, Luttwarkiem i Sorosem – dodają, że jeśli tylko w ślad za postępem naukowym pójdzie usprawnienie demokracji i kapitalizmu, to w niedalekiej przyszłości cała ludzkość wkroczy na drogę powszechnej szczęśliwości. Na świecie zapanują pokój i harmonia, a zło – tak w wymiarze fizycznym, jak i moralnym – w dużej mierze zostanie wyeliminowane.

W poglądach współczesnych futurologów widoczne jest lekceważenie jednostki z jej poznaniem, chceniem i potrzebami. Zdaje się ona być dla nich jedynie subiektywizacją lub konkretyzacją jakiegoś obiektywnego i powszechnego rozumu. Jeżeli mówią oni o uszczęśliwieniu i zbawieniu ludzkości, to w grę wchodzi tu dobro powszechnego ducha świata, spowinowaconego z duchem ludzkim, ale rozumianym w znaczeniu kolektywnym jako ponadjednostkowy, wspólny wszystkim ludziom intelekt ogólny, o jakim pisał Siger z Brabancji (1240-1280). Nie doceniają więc osobowo-indywidualnej strony egzystencji człowieka. Jak zauważył jednak św. Tomasz z Akwinu (1225-1274), to ja jestem tym, który faktycznie myśli i działa. Jakiś powszechny intelekt, który rzekomo miałby myśleć we mnie, nie ma przecież sprawczości. Co więcej, zgoła nieprawdopodobne wydaje się, żeby w ogóle istniał on w takiej postaci, w jakiej przedstawiali go awerroiści.

Choć postęp materialny w pewnych sprawach ułatwił jednostce funkcjonowanie, a nawet znacząco zwiększył komfort jej życia, to jednak dokonało się to – przynajmniej zdaniem niektórych myślicieli – zbyt wysokim kosztem. Spośród wszystkich filozoficznych krytyk cywilizacji najdalej w swym radykalizmie posunęli się anarchoprymitywiści. Jednym z głównych teoretyków tego nurtu jest John Zerzan, który wroga człowieka doszukuje się nie tylko w nierównościach społecznych, nowoczesnych urządzeniach czy technice wojennej, ale za destrukcyjną uznaje całą w ogóle cywilizację.

Według Zerzana wspólnoty łowiecko-zbierackie, czyli najstarsze rodzaje społeczeństwa, utrzymywały się przez większość czasu w historii ludzkości, będąc jednym z najtrwalszych ustrojów. Mimo braku wyrafinowanych narzędzi, życie pierwotnych łowców-zbieraczy pod wieloma względami było bardziej udane niż przedstawicieli lepiej rozwiniętych technicznie społeczności rolniczych, a nawet industrialnych. Urzeczywistniali oni bowiem ideał równości – wszyscy mieli mniej więcej taki sam wpływ na działania wspólnoty i jej decyzje, a jeśli komuś przypisywano większy autorytet, to tylko ze względu na osobiste doświadczenie i zasługi dla społeczności. Stan posiadania wszystkich członków łowiecko-zbierackiego zrzeszenia był porównywalny, przez co nie dochodziło do napięć na tle majątkowym. Współplemieniec, który chciał zdominować innych, miał ku temu znikome szanse.

Społeczności łowiecko-zbierackie żyły ponadto w harmonii z naturą. Ludzie pierwotni szanowali środowisko i byli z nim doskonale zintegrowani. Choć nie byli wegetarianami, to jednak zwierzynę łowną otaczali czcią. Zabijali pozaludzkie istoty żyjące wtedy, kiedy naprawdę było to konieczne, nie dopuszczając się marnotrawstwa. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że upolowane zwierzę, mimo iż zostawało ostatecznie pozbawione życia, nie cierpiało do tego stopnia, co stworzenia eksterminowane współcześnie w hodowlach przemysłowych.

Co ciekawe, współczesne badania antropologiczne nakazują zrewidować obiegową opinię, jakoby życie ludzi pierwotnych było krótkie, nędzne i smutne. Kent V. Flannery, archeolog specjalizujący się w badaniu wczesnych społeczności rolniczych, dowodzi, że do tej pory żadna z grup na Ziemi nie dysponowała większą ilością wolnego czasu, aniżeli łowcy-zbieracze, którym większość dnia upływa na grach, rozmowach i relaksie. Antropolog Richard B. Lee wykazał, że dorosły Buszmen w niedogodnych warunkach, jakie panują na Pustyni Kalahari, poświęca na zdobycie i przygotowanie pożywienia nie więcej niż trzy godziny dziennie. Resztę czasu przeznacza na kontakty towarzyskie, odpoczynek i drobne prace rękodzielnicze. Choć nie ma dostępu do nowoczesnych placówek medycznych i leków, przez co w razie wypadku znajduje się w gorszym położeniu niż mieszkaniec stechnicyzowanych Europy czy Ameryki Północnej, to jednak jest zdrowszy psychicznie, gdyż bardzo rzadko targają nim depresje i innego rodzaju kryzysy emocjonalne. Dlatego amerykański historyk Mark N. Cohen twierdzi, że nieprawdą jest, iż nastanie cywilizacji spowodowało postęp w ludzkim komforcie życia.

Przejście na osiadły tryb życia i gospodarkę rolniczo-hodowlaną, a następnie industrializacja i rewolucja informatyczna, każdorazowo radykalnie zmieniały sposób życia człowieka, jak również samą planetę. Z jednej strony procesy te stanowią dowód ludzkiego geniuszu, lecz z drugiej strony – przynajmniej zdaniem anarchoprymitywistów – wiążą się z naszą gatunkową katastrofą. Liczne wynalazki zintensyfikowały oczywiście produkcję, przysparzając obfitości dóbr materialnych, ale wraz z wyspecjalizowanym podziałem pracy pojawiła się stratyfikacja społeczna. Ludzie zaczęli ze sobą konkurować, także na drodze zbrojnej. Wystąpiły silne podziały na panujących i poddanych oraz na bogatych i biednych. Narodziło się państwo, które wraz ze swym aparatem policyjno-sądowniczym położyło kres wolności jednostki. Współcześnie obserwujemy, jak przy wsparciu ze strony nauki i techniki, władza coraz bardziej ingeruje w nasze życie, niejednokrotnie kontrolując nas poprzez nowoczesne urządzenia. W niewoleniu indywiduum wydatny udział mają naukowcy, czego symbolicznym wyrazem było skazanie na dożywotnie pozbawienie wolności jednego z teoretyków anarchoprymitywizmu – Theodora Kaczynskiego – dzięki wykorzystaniu w toczonym przeciwko niemu śledztwie pracy lingwisty, którego powołano jako biegłego.

Pozostałości archeologiczne świadczą też o tym, że łowcy-zbieracze żyli dłużej niż pierwsi rolnicy, byli wyżsi od przedstawicieli późniejszych społeczności i rzadziej umierały im dzieci. Ponadto nie stawiali się w opozycji do przyrody i choć musieli zmagać się ze związanymi z nią niedogodnościami, to ich stosunek do niej nie był wrogi.

Tym, co odgrodziło człowieka od natury, zdaniem odwołującego się do badań antropologiczno-historycznych Zerzana, stała się technologia, którą pojmuje on jako ogół zapośredniczeń pomiędzy nami i środowiskiem, które na dodatek wzajemnie nas antagonizują. System techno-naukowy, który tworzy pewną całość złożoną z podziału pracy, uprzemysłowienia, produkcji i wykorzystywanych w jej toku narzędzi, alienuje nas od świata, tak iż tracimy przezeń źródłowy kontakt z przyrodą. Jest niczym kokon-pułapka, który – choć wygodny i odciążający nas przy wielu zadaniach – niepostrzeżenie czyni nas ślepymi na prawdziwą rzeczywistość. O ile poszczególne narzędzia faktycznie mogą być pomocne i przy właściwym użyciu czynią nasze życie lepszym, to jednak technologia jako pewien złożony system kształtujący ludzką egzystencję i przeobrażający planetę, okazuje się źródłem zła. Nie jest ona wszakże prostym narzędziem, które da się zastosować poprawnie lub niepoprawnie, ale stanowi formę organizacji wspólnoty i zestaw społecznych relacji z określonymi prawami, które trzeba akceptować, aby mogła w ogóle funkcjonować. Cywilizacja naukowo-techniczna odznacza się przy tym na tyle skomplikowanymi powiązaniami i ogromnymi rozmiarami, że niejako wymusza autorytarne rozwiązania, ograniczając lub nawet całkowicie odbierając człowiekowi wolność.

O ile krytykę cywilizacji naukowo-technicznej w wydaniu anarchoprymitywistów w dużej mierze należy uznać za słuszną, o tyle wysuwane przez nich propozycje zaradzenia opresjom współczesnego świata budzą wątpliwości. Zerzan postuluje bowiem ponowne zdziczenie ludzkości. Nie chodzi w nim o prosty powrót do epoki kamienia ani odrzucenie wszystkich urządzeń, jakie wymyślono w ciągu dziejów. Powtórne zdziczenie to projekt, który ma polegać na wypracowaniu sposobów zrównoważonej koegzystencji z otaczającą przyrodą. Jego zwolennicy nie idealizują tej ostatniej, mając pełną świadomość tego, że zapewnia utrzymanie człowiekowi tylko za cenę trudu, ale są przekonani, iż wszystko, co potrzebne do życia, da się pozyskiwać metodami przyjaznymi środowisku i z terenów położonych blisko miejsca zamieszkania danej jednostki, bez konieczności tworzenia skażonej hierarchicznością i przemocą władzy. Anarchoprymitywiści wierzą, że człowiek, który na powrót stałby się kimś w rodzaju łowcy-zbieracza, uwolniłby się od utrapień, z jakimi borykają się coraz bardziej uzależnieni od supernowoczesnych technologii mieszkańcy wielkich miast, odzyskując przy tym mistyczne więzi z wodą, ziemią i niebem.

Problem polega też na tym, że Zerzan i pozostali teoretycy nowego prymitywizmu nie dają jasnych wskazówek, jak miałby wyglądać proces ponownego zdziczenia ludzkości. Bez wątpienia wymagałby on przede wszystkim głębokiej konwersji duchowej, która musiałaby się dokonać u każdego indywiduum. Ludzie musieliby zmienić swoją hierarchię wartości, rezygnując z konsumpcjonizmu i pogoni za powiększaniem stanu swoich finansów. Wymagałoby to triumfu ekonomii jakości życia, czyli modelu, w którym wysoki stopień satysfakcji osiągano by przy stosunkowo niskim poziomie spożycia. Do uzyskania takiego stanu rzeczy, jak zauważa niemiecki ekonomista Ernst F. Schumacher (1911-1977), niezbędna jest mentalna reorientacja ludzi, od których oczekiwałoby się porzucenia chciwości i dążenia do zysku, a zamiast tego zwrócenia się w stronę wartości duchowych.

Wątpliwe jest jednak, czy człowiek faktycznie byłby w stanie wyzbyć się zachłanności, zaborczości i agresji. Niewykluczone, że gdyby nawet większość ludzi zaczęła – zgodnie z tym, co oczekują anarchoprymitywiści – żyć pokojowo, bez żądzy posiadania większej ilości dóbr, aniżeli wymaga tego konieczność zachowania egzystencji, to i tak w którymś momencie pojawiłaby się grupa wojowniczo nastawionych osób pragnąca ujarzmić spokojniejszych współplemieńców, niewoląc ich jako pracowników najemnych. Wówczas ze stanu zdziczenia ponownie przeszlibyśmy pod jarzmo polityków, biznesmenów, prawników i wojskowych.

Jeszcze inną wątpliwość rodzi kwestia bardziej przyziemna, ale niezwykle istotna z punktu widzenia biologicznego przetrwania nowych łowców-zbieraczy. Otóż trudno sobie wyobrazić, że przy blisko 8 miliardach ludzi, bo tylu jest obecnie mieszkańców Ziemi, starczyłoby dla wszystkich pożywienia, zważywszy na fakt, iż wskutek postulowanego przez anarchoprymitywistów zdziczenia doszłoby do porzucenia ekstensywnego sposobu gospodarowania.

Z powyższych rozważań wyłania się więc wizja nader pesymistyczna. Wydaje się, że powtórne zdziczenie, o jakim pisze Zerzan, jest rozwiązaniem utopijnym. Żyć na wzór pierwotnych i wolnych od trosk łowców-zbieraczy mogą tylko nieliczni, przy czym pełnej emancypacji od nauki, techniki i omnipotencji państwa nie da się prawdopodobnie osiągnąć. Choć system techno-naukowy rzeczywiście niewoli jednostki, przez co należy wątpić w hasła piewców postępu, to jednak ludzkość zmaga się dziś z licznymi problemami, takimi jak na przykład kryzys ekologiczny, których nie sposób rozwiązać bez skorzystania z osiągnięć uczonych. To prawda, że nauka i technika mają to do siebie, iż często rozwiązują dylematy, które uprzednio same wygenerowały. Wygląda jednak na to, że w dającej się przewidzieć przyszłości jesteśmy na nie skazani.

Co więcej, wydaje się nawet, że tyrania nauki i techniki będzie przybierać na sile. Doskonale dało się to zauważyć przy okazji zdarzeń towarzyszących pandemii koronawirusa w pierwszej połowie 2020 roku, kiedy ogromne rzesze ludzi na całym świecie zostały zniewolone przez nakazy i zakazy reżimu sanitarnego. Doszło wręcz do sytuacji, w której wiele jednostek zostało zmanipulowanych do tego stopnia, że same zaczęły domagać się zwiększania absurdalnych restrykcji i kar za ich nieprzestrzeganie. Można powiedzieć, że system techno-naukowy odebrał im zdolność decyzyjną i myślenie, pozbawiając owe indywidua własnej osobowości i wszczepiając w ich umysły prymitywny przekaz władzy. Ta władza znalazła się niejako wewnątrz nich.

George Bernard Shaw (1856-1950) zauważył, że człowiek rozsądny dostosowuje się do świata, a nierozsądny próbuje dostosować świat do siebie. Dlatego wielki postęp dokonuje się dzięki ludziom nierozsądnym, bo tylko oni mają odwagę walczyć o radykalne zmiany. Niewątpliwie potrzebujemy postępu, lecz nie takiego, o jakim marzą technokraci. Postęp, o jaki godzi się zabiegać, musi dotyczyć przede wszystkim takich dziedzin, jak wolność, moralność, empatia i ochrona wszystkich istot żyjących. Człowiek naprawdę rozwija się wszakże wtedy, gdy żyje bardziej świadomie, autentycznie i harmonijnie. Nadmiar techniki i dóbr materialnych nie są zatem właściwymi środkami do doskonalenia się. W pierwszej kolejności potrzebujemy jednak odważnych nonkonformistów, którzy przypomną zagubionym i zaczadzonym przez konsumpcjonizm i demoliberalizm bliźnim, o jakie wartości powinno się walczyć.

 

Tekst stanowi nieznacznie zmienioną wersję artykułu ‘Cena postępu naukowo-technicznego’, który został napisany dla czasopisma ‘Traditio’.  

 

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię