Żyjemy w rzeczywistości osób, co oznacza, że jesteśmy nosicielami niezbywalnej godności, a każdy z nas stanowi byt jednostkowy, w którego istocie akt istnienia urealnia intelektualność. Mamy wolę, ale z racji tego, że jest wolna, to skłania się ona niekiedy do dobra pozornego bądź coś mniej wartościowego przedkłada nad sprawy ważniejsze. Dochodzi więc do zlekceważenia normy rozumu i sprzeniewierzenia się mądrości będącej głównym pryncypium, które powinno stanowić fundament procesu decyzyjnego istot racjonalnych. Stąd w świat ludzki wkracza moralne zło. Nic nie rani tak bardzo, jak właśnie ono. Kamień, drzewo czy kot nic nie wiedzą o tym problemie, mogąc istnieć w błogiej nieświadomości występowania takich postępków, jak kłamstwo, obmowa, odrzucenie i zdrada.

Człowiek staje jednak niekiedy w ich obliczu. Bywa, że zło, które wyrządzili mu inni ludzie, pali go niczym nieustannie wypalane na skórze rozżarzonym żelazem piętno. Chciałby się owego przynoszącego ciągły ból znamienia pozbyć, lecz mimo usilnych starań nie jest w stanie tego zrobić. Spróbował rozmaitych możliwości wydostania się z tarapatów, ale nic nie przyniosło pozytywnego rezultatu. Po jego stronie nie stoi również prawo, a ulgi nie może mu dać pomoc żadnej z instytucji. W sytuacji kradzieży, pobicia czy nawet zabójstwa kogoś bardzo mu bliskiego, sprawa – choć także niezwykle bolesna – byłaby wszakże stosunkowo prosta. Wspomniane czyny są obciążone sankcjami prawnymi, dlatego zadośćuczynienia za ich popełnienie domagać można się przed sądem. Funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, aczkolwiek nie w każdym kraju bezbłędne i w pełni satysfakcjonujące, kanalizuje jednak międzyludzką agresję i zdecydowanie ogranicza potrzebę odwoływania się do zemsty.

Są jednak okoliczności, w przypadku których mówić można o dokonaniu czynu, który w świetle etyki jest postępkiem obiektywnie złym i jednoznacznie nagannym moralnie, lecz prawo nie przewiduje jego penalizacji. Nie ma wobec tego podstaw do pociągnięcia jego sprawcy do odpowiedzialności karnej. Tymczasem dla ofiary oznacza to bardzo poważne konsekwencje, często równe złamaniu życia oraz wpędzeniu w ciężką depresję reaktywną, która z kolei pozbawia człowieka sił witalnych, co prowadzi do drastycznego obniżenia jakości egzystencji jednostki na wielu płaszczyznach. Nietrudno tu zresztą o przykład, albowiem wystarczy wyobrazić sobie mężczyznę, którego partnerka dopuściła się zdrady, a następnie porzuciła go dla kogoś innego. Kobieta i jej kochanek postąpili w sposób obiektywnie zły i jawnie niemoralny. Zdrada życiowego partnera nie jest jednak – przynajmniej na gruncie polskim – zagrożona zasądzeniem kary przez sąd, więc pokrzywdzony nie może zwrócić się o pomoc do wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście teoretycznie przysługuje mu opcja wniesienia aktu oskarżenia z tytułu naruszenia dóbr osobistych, których katalog pozostaje otwarty i obejmuje nie tylko dobra ekonomiczne, ale też prawa do szczęścia czy związku, niemniej gwarancji otrzymania sprawiedliwego wyroku mieć nie będzie. Idących wbrew Dekalogowi w pełni sprawiedliwie osądzi co prawda Bóg, lecz o realizację wartości sprawiedliwości warto zabiegać jeszcze tu, na Ziemi.

Łamiących normy moralne i obyczajowe, które nie są zagrożone karami natury prawnej, może rzecz jasna spotkać zbiorowy ostracyzm i sankcje społeczne czy towarzyskie. Dopuszczająca się zdrady kobieta bardzo szybko zyska łatkę „puszczalskiej”, choć od razu stwierdzić trzeba, że narastający – zwłaszcza w cywilizacji Zachodu – permisywizm moralny skutkuje rozluźnieniem obyczajów, zarażając coraz więcej osób swoistą ślepotą aksjologiczną. Stąd odnosimy niejednokrotnie wrażenie, jakoby obecne czasy nie sprzyjały ludziom prawym i sprawiedliwym, a nade wszystko empatycznym i wrażliwym. W walce przeciwko złu trudno niekiedy o znalezienie sojuszników, także wśród – wydawałoby się – predestynowanych do tego agend państwowych.

Cóż więc w takich rozpaczliwych sytuacjach pozostaje? Za Adamem Mickiewiczem (1798-1855) powiedzieć możemy, że tylko „(…) zemsta, zemsta, zemsta na wroga/Z Bogiem i choćby mimo Boga!”. Rację miał niewątpliwie starożytny filozof Pittakos (ok. 650-ok. 570 p. n. e.), że przebaczenie jest znacznie lepsze niż zemsta. Ta druga wymaga więcej energii i zdaje się być czymś destruktywnym. Nie owocuje miłością, lecz przynosi pożogę. Dlatego ten, kto po nią sięga, tak naprawdę czyni to niechętnie, niejako z paraliżującej konieczności. Wolałby przecież, żeby nienawidzący go ludzie pozostawili go w spokoju i nie wyrządzali mu krzywdy, nie niszczyli jego życia. Lecz jeśli uczynili już z jego egzystencji piekło i – co więcej – idą oni w zaparte, nie chcąc zadośćuczynić wyrządzonym szkodom, pozostaje zemsta. Być może dla bogów jest ona rozkoszą, ale dla ludzi ma gorzki smak. Lepiej byłoby bowiem, ażeby zło nie imało się nas, zwłaszcza zaś zło moralne. Tak się jednak dzieje, że wkracza – przynajmniej niekiedy – w nasze życie i drastycznie obniża jego jakość.

Wobec tego zachodzą sytuacje, w których pozostaje nam uciec się do zemsty jako środka, za pośrednictwem którego mamy nadzieję przywrócić zachwianą sprawiedliwość bądź – mówiąc potocznie – „wyrównać rachunki”. Istotą zemsty jest wszakże podjęcie szkodliwego działania przeciwko osobie lub grupie, w odpowiedzi na wyrządzone krzywdy. Oczywiście zarówno wyrządzenie szkody winowajcy lub winowajcom, jak i samo stawianie się w roli ofiary mogą nie być zasadne w sensie obiektywnym, bo podmiot może tylko subiektywnie postrzegać pewne okoliczności jako szkodliwe. Przykładowo, ktoś może uznać, że winowajcy swoich krzywd odpłaci rozbiciem telewizora, ale sprzęt, na którym ofiara zapragnęła wyładować swoje negatywne emocje, miał zostać przez jego właściciela wyrzucony na śmietnik i zastąpiony nowym. Dokonujący zemsty sięgnął więc celu, ale tylko w swoim mniemaniu, bo odpowiedzialnemu za wyrządzone krzywdy faktycznie wyświadczył przysługę – okazało się, że pokawałkowany odbiornik łatwiej wyniósł on z mieszkania. Ktoś może też próbować mścić się za coś, co obiektywnie rzecz biorąc czynem moralnie nagannym nie jest. I tak na przykład rozwiązła kobieta uknuć może spisek przeciwko swojemu mężowi za to, że ten nie chciał zaspokoić jej lubieżnych chuci i spółkować z nią w celach innych niż prokreacyjne. Nierządnica pragnęła w swym nieobyczajnym rozpasaniu degenerującej ją i nader prymitywnej, bo właściwej bydłu, przyjemności zmysłowej, której prawy i cnotliwy mężczyzna słusznie odmówił, lecz ona poczytała to jako coś negatywnego i zaczęła dążyć do zemsty. W takiej sytuacji zemstę ocenimy więc jako kategorycznie naganną z moralnego punktu widzenia.

Zakładając jednak, że ktoś mści się za krzywdę, która stanowi obiektywne zło moralne, jak na przykład obmowa czy zdrada, możemy rozważać zasadność zemsty. Filozofowie i moraliści ustosunkowywali się do niej rozmaicie, tak iż jedni zupełnie ją wykluczali, a inni dopuszczali jej ewentualność. Jej przeciwnicy najczęściej argumentują, że do niczego dobrego nie prowadzi, a nade wszystko nie rodzi owoców pozytywnych i jest sprzeczna z postulatem miłości bliźniego. George Orwell (1903-1950) sądził, że tak naprawdę wynika ona z bezsilności i jest przejawem ludzkiej niedojrzałości. Być może po części tak właśnie jest, lecz nie zmienia to faktu, że są sytuacje, w których okazuje się nieodzowna.

Dlatego podkreśla się, że mimo wszystko może ona odgrywać rolę pozytywną. Strach przed odpłatą za winy powstrzymuje przecież osoby złe przed dokonywaniem nieetycznych czynów, utrzymując w społeczeństwie sprawiedliwość. Stąd zemsta powinna być dopuszczalna moralnie jako niedoskonały i niezbyt fortunny, ale jednak nieunikniony środek rozwiązywania lub bodaj łagodzenia sporów. Niektórzy twierdzą nawet, że zemsta winna być znacznie bardziej dotkliwa dla jej ofiary niż wyrządzone wcześniej zło, aby odstraszać potencjalnych nikczemników. Nieco inne zdanie miał natomiast w tej sprawie Hammurabi (1811-1750 p. n. e.), który był przekonany, że ma mieć ona charakter „wyrównawczy” i podług zasady „oko za oko, ząb za ząb” karać występnych wprost proporcjonalnie do ich występków, jednocześnie zapobiegając narastaniu spirali wendety.

Rodzi się pytanie, czy zemsty mogą dopuszczać się wyznawcy Chrystusa? Modlą się wszakże do Boga i proszą: „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”. Jednym z Bożych przymiotów jest natomiast miłosierdzie, którego wyrazami są już sama kreacja świata, a także bezgraniczna dobroć Boga okazywana nawet grzesznikom, uwypuklona wybaczeniem wszystkich ludzkich przewin, do czego zdolny okazał się Jezus. Bóg jest jednak nie tylko miłosierny, ale też sprawiedliwy. Miłosierdzie hamuje Boga przed natychmiastowym wymierzeniem kary za ludzki grzech. Człowiek ma zatem, dopóki żyje jeszcze na Ziemi, sposobność do zmiany swojego stylu życia, zwrócenia się ku Bogu i osiągnięcia nieba. Jednakowoż ci, którzy do końca odrzucają Boże miłosierdzie, z uwagi na fakt dysponowania wolnością, muszą liczyć się z wyrokami Boga, który za dobro wynagradza, a za zło wymierza karę.

Bóg jest ponadto absolutnie wierny. Jego wierność zasadza się natomiast na niezmienności miłości, jaką darzy stworzenie, w tym także człowieka. Tego ostatniego kocha zawsze, lecz różne, bo uzależnione od okoliczności, są przejawy tej miłości. Ilustruje to przypowieść o synu marnotrawnym, którego ojciec kochał przed odejściem z domu, w czasie pobytu poza domem i po powrocie do bliskich. Bywało jednak i tak, że ojciec manifestował swą srogość. Na przykład wtedy, gdy syn roztrwonił lekkomyślnie majątek, ojciec nie udzielił mu wsparcia, bo wiedział, że to okazałoby się dla frywolnego młodzieńca jeszcze gorsze.

Do szczytów Bożej miłości, przez nasze wady i braki, nigdy oczywiście nie zajdziemy. Powinna ona jednak stanowić dla nas wzór postępowania. Zgodnie z nim pożądane jest darzyć szacunkiem i miłością każdego bliźniego, lecz odpowiednio do okoliczności. Jeśli ktoś błądzi, a wyrządzane przez niego zło wiąże się z potężną dawką krzywdzenia innych, to aktem głęboko nierozważnym byłoby puszczanie mu tego płazem. Wolność jest bowiem wolnością tylko wtedy, kiedy dookreśla ją odpowiedzialność. Inaczej przeradza się w anarchiczną samowolę. To prawda, że każdy ma prawo do szczęścia, lecz nie na cudzym nieszczęściu. Dlatego wymierzenie zemsty złoczyńcy, chociaż przykre i gorzkie w swym smaku, okazuje się niekiedy niezbędne, a ponadto dopuszczalne moralnie i niepodważające postulatu miłowania innego człowieka.

1 KOMENTARZ

  1. Pies, lustro i mysz. Człowiek o charakterze psa mści się zawsze i niewspółmiernie do winy, mysz nigdy, a człowiek typu lustro stara się wymierzyć karę adekwatną. Ja jestem nieco na prawo od lustra (w stronę myszy) – staram się wybaczyć, ale nie bez końca.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię