Zapewne tylko nieliczni zastanawiają się nad tym, czym w swej istocie jest tęsknota i jak ją zdefiniować. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, gdyż człowiek najczęściej zaczyna o niej myśleć niejako przy okazji popadnięcia w sidła tego uczucia. Ma zaś ono to do siebie, że kiedy się pojawia, to paraliżuje i przytłacza, tak iż przestajemy być zdolni do konstruktywnego myślenia. W skrajnych wypadkach nasze życie staje się wówczas jedną wielką tęsknotą. Uczucie, o którym mowa, przeradza się w jedyną znaną nam rzeczywistość.

Niezwykle trafnie wyraziła to Olga Tokarczuk, charakteryzując tęsknotę jako stan, w którym nasze życie wymyka się nam z rąk. Tracimy wtedy nad nim kontrolę, niejako rozpada się ono na naszych oczach. Tragiczne jest przy tym to, że mamy świadomość tego, co się dzieje, ale tak naprawdę możemy być tylko biernymi obserwatorami destrukcji, jakiej stopniowo wówczas podlegamy. Pragniemy być tam, gdzie nie jesteśmy, mieć to, czego nie posiadamy i dotykać kogoś, kto nie istnieje (lub jest dla nas nieosiągalny, co w praktyce zwiększa tylko nasze katusze o tyle, że zdajemy sobie sprawę, iż ten ktoś być może dostępny jest w tym samym czasie dla kogoś innego, przez co obok tęsknoty zaczyna wyniszczać nas także zazdrość). Odnosimy wrażenie, jakoby wyłącznie tęsknienie było prawdziwe. Odznacza się ono jednak sprzecznością, bo jest jednocześnie kwintesencją życia, jego ciernistym ukoronowaniem, a z drugiej strony to życie wyniszcza. Jest stanem, w którym co prawda istniejemy, ale dzieje się to w sposób bolesny, przenikający całe nasze jestestwo i odbijający się nie tylko na kondycji psychiczno-duchowej, lecz także fizycznej. Aby od tęsknoty uciec, należałoby opuścić własne ciało lub w ogóle całkowicie zniknąć (ewentualnie skasować swoją pamięć). Wyrwanie się z jej matni okazuje się zatem wysiłkiem przekraczającym ludzkie siły. Jedyne, co człowiekowi pozostaje, to próbować od niej uciekać w wir rozrywki lub innej aktywności, podejmowanej zresztą z poczuciem bezsensowności. Innymi opcjami są sen lub bezproduktywna apatia.

Tęsknota okazuje się tak dojmująca przede wszystkim dlatego, że jest stanem, od którego uwolnić można się tylko na moment i w sposób pozorny. Faktycznie bowiem jest uczuciem ciągłym i jednostajnym, wyzbytym wszelkiej ulgi. Ktoś, kto mocno tęskni, nie odnajdzie radości w tym, co zwykle cieszy przeciętną jednostkę. Dobra muzyka, smaczne jedzenie, wyjście na mecz, obejrzenie ciekawego spektaklu teatralnego czy spotkanie ze znajomymi nie są w stanie skupić uwagi tęskniącego i odciągnąć go w pełni od uczucia, które go zżera. Często nawet jest tak, iż ten, kto tęskni, wychodzi gdzieś tylko dla świętego spokoju, uległszy namowom przyjaciół. Tęsknota pociąga za sobą wszakże smutek i zniechęcenie. Odczuwamy wówczas przygnębienie, a niekiedy też zobojętnienie. Mimo iż podcina nam skrzydła i czyni nas mniej twórczymi, to jednak zdarza się, że próbujemy ją pokonać, wznieść się jak gdyby ponad nią. Walka z nią z góry skazana jest na porażkę i okazuje się daremna, lecz czasami skutkuje powstaniem interesujących wierszy, powieści, traktatów filozoficznych czy dzieł sztuki. Można się jednak zastanawiać, czy ich wartość przewyższa związane z tęsknotą negatywne odczucia, takie jak niepokój, nerwowość, niespełnienie, frustracja i ogólne poczucie niepełności w życiu. Jeśli z tęsknoty biorą się wprawiające w zachwyt dzieła ludzkie, to wydaje się, że równie często, a może nawet w jeszcze większym stopniu, zabija ona produktywność jednostek.

Wygodniej żyłoby się bez tęsknoty. Konstatacja tego faktu zakrawa na truizm. Bezlitośnie wkracza ona jednak w nasze życie i okazuje się jedną z największych zadr, jakie możemy sobie wyobrazić. Przenika bowiem ludzkie wnętrze, stale towarzysząc indywiduum. Oczywiście, nie każda tęsknota i nie u każdego człowieka jest tak samo intensywna. To, z jakim natężeniem przebiega, zależy od wrażliwości jednostki, jej kontekstu biograficznego, usposobienia, a przede wszystkim okoliczności, w jakich zachodzi. Najbardziej niesprawiedliwa i przytłaczająca jest tęsknota nieodwzajemniona. Staje się ona plagą współczesności i stanowi najczęściej pokłosie bezpardonowego porzucenia nas przez kogoś. Jakaś wrażliwa i w wysokim stopniu emocjonalna jednostka zaangażowała się w relację z drugim człowiekiem, który nagle odwrócił się do niej plecami, zostawił ją. Słusznie więc śmiejemy się z prawa stanowionego i głupoty tych, którzy je tworzą, gdyż w pocie czoła dwoją się i troją, aby precyzyjnie wyliczyć tysiące błahostek, za które pójść można na długie lata do więzienia, lecz w ich urzędniczym opętaniu nie przychodzi im do głowy, że jeśli już jest w świecie społecznym coś takiego, co należałoby ganić i z tym walczyć, to tym czymś byłoby skazanie kogoś na samotność. Tworzący prawo musieliby jednak karać wtedy także samych siebie za to właśnie, że tworzą coś tak okrutnego w swej istocie, jak prawo stanowione, bo wyjątkowo mocno tęsknoty doznają zwłaszcza jednostki w rozmaity sposób napiętnowane i zmarginalizowane przez wspólnotę: więźniowie, chorzy, starcy, niepełnosprawni, brzydcy i niezaradni. Prawdopodobnie to właśnie im szczególnie trudno jest dostrzec nadzieję, że od tęsknoty można by się kiedyś uwolnić.

Już Siddhartha Gautama, czyli Budda (ok. 563-483 p. n. e.), formułując Cztery Szlachetne Prawdy, zwrócił uwagę na fakt, że rozłąka z kimś przez nas miłowanym lub niezaspokojenie jakiegoś pragnienia, które wiążą się z tęsknotą, zaliczają się do jednych z głównych przyczyn cierpienia. Choć tęsknotę określa się dziś najczęściej jako uczucie braku czegoś lub kogoś istotnego dla danej osoby, czemu towarzyszą niepokój, smutek i zamyślenie, przy czym im ten brak jest silniejszy, tym większe okazuje się cierpienie psychiczne, to jednak w związku z tym, że jesteśmy istotami społecznymi najtrudniejsza jest tęsknota za drugim człowiekiem. Można oczywiście tęsknić za jakimś stanem rzeczy, utraconym przedmiotem, a przede wszystkim miejscem. Nostalgię i cierpienie odczuwane w kontekście tego ostatniego ukazał w swej twórczości filozoficznej między innymi Andrzej R. Nowicki (1919-2011). Zauważa on, że tęsknić możemy do miejsc, których już nie ma lub które co prawda jeszcze są, ale grozi im unicestwienie. W tym ostatnim wypadku antycypujemy tęsknotę za czymś, co wkrótce zniknie, a z czym czujemy głęboką i tajemniczą więź. Tęsknimy do miejsc, od których jesteśmy daleko w sensie przestrzennym, lecz jeszcze bardziej boli nas, gdy są one od nas oddalone także w czasie. Oprócz miejsc, od których jesteśmy aktualnie daleko lub do tych, których już nie ma, tęsknimy również do takich, jakich jeszcze nie ma. Tego rodzaju tęsknota przeziera zwłaszcza z pism wielkich utopistów, którzy za sprawą swych projektów społecznych kreślą obrazy świata wolnego od wojen, pogardy dla jednostki, głodu, biedy i niesprawiedliwości. Żyjąc w środowisku pełnym brutalności i zniewolenia, gdzie godność osoby ludzkiej jest ciągle szargana, uciekają w myślach do krainy, która jest formą racjonalnego i pokojowego ułożenia stosunków międzyludzkich. Trzeba przy tym pamiętać, że nie wszyscy ludzie tęsknią za pewnymi miejscami równie mocno. Występują wszakże jednostki, których postawę w stosunku do miejsca można by określić mianem „atopii”. Takim ludziom wszystko jedno, gdzie są, ponieważ nie łączy ich więź uczuciowa z żadnym miejscem na świecie. Inaczej mają zaś indywidua, które prezentują postawę „politopiczną”, równocześnie kochając wiele miejsc w różnych zakątkach świata. Być może to właśnie one mają umysły najbardziej otwarte i chłonne na wiedzę. Lecz obok nich są również ludzie, którzy charakteryzują się „wrośnięciem” w jakieś jedno miejsce, poza którym nie wyobrażają sobie życia, a w razie ewentualnej z nim rozłąki „usychają z tęsknoty” lub „giną z rozpaczy”. Postawę taką określa się jako „monotopię”. Jako że wszystko na tym świecie jest kruche i zniszczalne, a utracie łatwo podlega także dane miejsce, to ostatnia ze wskazanych postaw jest najprawdopodobniej tą, w wypadku której najłatwiej o zrodzenie się silnej tęsknoty i związanego z nią cierpienia psychicznego.

Tęsknić można ponadto do minionych i przeżytych przez nas zdarzeń. Najczęściej, choć nie zawsze tak jest, chodzi tu o te etapy naszej przeszłości, które wiązały się z dzieciństwem i młodością. Zwłaszcza jeśli były to okresy, które upłynęły nam komfortowo i szczęśliwie, to gdy tylko o nich pomyślimy, pojawia się nam przysłowiowa „łezka w oku”. Zresztą nawet, jeżeli coś działo się wówczas źle, to i tak z nostalgią zwracamy się do czasu, w którym byliśmy młodsi i bardziej energiczni. Tęsknota za przeszłością może przybierać najrozmaitsze formy, a wyrażają ją zazwyczaj emocjonalne utyskiwania, werbalizowane w zdaniach, którymi oznajmiamy żal, że coś, co kiedyś nastąpiło, nigdy już nie powtórzy się w równie pomyślnej konfiguracji. Mówimy więc, że „nigdy już nie będzie takiego pięknego i miłego lata, jak wtedy, gdy Ty i ja siedzieliśmy na skałach Krzemionek i spoglądaliśmy na skąpany w słońcu Kraków”, „nigdy już Wisła Kraków nie będzie swoją grą zachwycać tak, jak wtedy, kiedy bramki zdobywali dla niej Tomasz Frankowski i Maciej Żurawski”, „nigdy już wódka nie będzie smakować tak dobrze, jak wtedy, gdy piliśmy ją na początku gimnazjum” czy „nigdy już nie zjem tak pysznych maślanych ciasteczek, jak te, które zwykła piec moja babcia”.

Mimo iż nader często tęsknimy do miejsc, przedmiotów czy pożądanych przez nas stanów rzeczy, to jednak po głębszym zastanowieniu się, uświadamiamy sobie, że owa tęsknota ma w tle jakieś osoby. Możemy oczywiście tęsknić za uroczym pieskiem, który znajdował się pod naszą opieką, gdy byliśmy młodsi, a także za miejscem, które bezpowrotnie utraciliśmy, ale wszystkie obiekty (ożywione i nieożywione), wspominamy zazwyczaj w kontekście towarzyszących im bytów osobowych. Kiedy robi się nam żal, że od naszej cudownej młodości w gimnazjum i liceum, która upłynęła na beztroskim włóczeniu się po osiedlu, rozmowach z kolegami, piciu alkoholu i paleniu marihuany, upłynęło już tak wiele lat, to przecież nie chodzi nam tylko o błogostan, jakiego wtedy zażywaliśmy, nie tylko o wolniej przesuwające się nad miastem obłoki ani nawet nie tylko o smak perfekcyjnie schłodzonej „Wyborowej”, ale o ludzi, z którymi wówczas przebywaliśmy. Tak samo, gdy przypomina nam się kojąca woń ciasta upieczonego przez babcię, to nie idzie tu tylko o sam ten zapach, ale przede wszystkim o to, że nasze życie było wtedy przyjemniejsze, gdyż inaczej kształtowały się w tamtym czasie nasze relacje z ludźmi. Dziś być może relacja z ukochaną babcią jest tylko jakąś quasi-relacją, ponieważ osoby tej nie ma już na tym świecie, co sprawia, że zżera nas tęsknota za nią, a dopiero wtórnie za tym, jak wyglądał dawniej świat naszego życia. Dlatego Platon (427-347 p. n. e.) akcentował fakt, że tęsknota dotyczy w pierwszej kolejności osób. Jednym z określeń miłości, jakie zaproponował, było to, w którym charakteryzował on to uczucie jako tęsknotę za wiecznym zjednoczeniem z drugą osobą.

Tęsknimy wszakże głównie za innymi ludźmi. Choć w pewnym sensie możemy tęsknić za „dawnym sobą”, tym sprzed jakiegoś okresu czasu, który inaczej wyglądał i pozostawał w odmiennym nastroju, to jednak specyficzne uczucia wzbudzają w nas osoby drugie. W zetknięciu się z jakimkolwiek innym bytem osobowym uderza nas nie tylko to, że byt ten istnieje, ale też to, iż jest osobą właśnie, a nie jakimś innym napotkanym przedmiotem. Widzimy, że natura owego bytu odpowiada naszej naturze, co tworzy płaszczyznę porozumienia i buduje pewną rudymentarną życzliwość. W określonych sytuacjach – pożądania lub odrazy – inna osoba wywołuje w nas uczucia, które angażują również ciało. Kiedy ktoś fizycznie nas pociąga, lecz nie możemy go z jakichś względów posiąść, to oczywiście też może wzbudzić to tęsknotę. Nie będzie to jednak tęsknota tak silna, jak ta, która rodzi się wtedy, gdy miłujemy kogoś pełną miłością osobową, ogarniając w niej dzięki intelektowi całą osobę wraz z jej rozumieniami i decyzjami, pragnąc jej dobra i tego wszystkiego, czego ona chce, a zarazem nie mogąc z nią przebywać. Jej nieobecność wywołuje w nas tęsknotę powiązaną z ogromnym cierpieniem psychicznym. Jest to przy tym najbardziej typowa dla człowieka odmiana miłości. Miłość z domieszką cierpienia, bo o nią właśnie chodzi, jest także miłością, z jaką osoby ludzkie odnoszą się do Boga. Pragnąc zjednoczenia z Nim, lecz nie będąc w stanie osiągnąć tego na tym świecie, odczuwamy ciągłe niepokój i nienasycenie. Czasami nie uświadamiamy sobie owego pragnienia i uganiamy się za rzeczami czy czynnościami, które okazują się dla nas niewłaściwe. Nie ma jednak takiego aktu ludzkiego, w którym nie wyrażałoby się to nieodłączne od naszej natury dążenie ku Absolutowi.

Nader często z tęsknotą borykamy się, gdy stajemy w obliczu śmierci bliskiej nam osoby. O ile śmierć przedstawiona nam jako jedno z wielu zdarzeń w świecie, na przykład zabicie kilkuset osób podczas zamachu w Bejrucie czy kilku tysięcy Polaków w Katyniu, poddaje się racjonalizacji i nie porusza nas zanadto emocjonalnie, o tyle odejście kogoś bezpośrednio nam znanego i przez nas umiłowanego lub znienawidzonego potrafi poruszyć dogłębnie. Zwłaszcza w pierwszym wypadku, gdy umiera ktoś, kogo kochamy, stajemy u bram nicości. Znajdujemy się wówczas w obliczu wielowymiarowego paradoksu. Choć nicość w ścisłym tego słowa znaczeniu nie istnieje, to jednak przy okazji śmierci osoby, dzięki relacji z którą pozostawaliśmy sobą i bez której nie wyobrażaliśmy sobie dalszej egzystencji, doświadczamy jak gdyby jej realności. Gdy ktoś taki odchodzi, to częściowo umieramy również my sami. Zaczynamy obwiniać tego kogoś za to, że umarł i nas opuścił. Świat rysuje się nam odtąd w ciemnych barwach, a miejsca, które odwiedzamy – w szczególności zaś te, które jakoś kojarzą nam się ze zmarłym bliskim – stają się dla nas nienawistne. Nigdzie nie czujemy się dobrze, w żadnej przestrzeni nie jesteśmy w stanie być tak naprawdę u siebie. Trafnie opisał to uczucie św. Augustyn (354-430), który wyznał, że po śmierci przyjaciela wszędzie widział wyłącznie umieranie. Dodawał, że rodzinne miasto, które wcześniej tak bardzo kochał, stało się dlań niemożliwe do zniesienia. Nawet dom rodzinny, niegdyś miejsce odpoczynku i ukojenia, po odejściu umiłowanego człowieka przerodził się w samo nieszczęście. Owego przyjaciela wszędzie szukał swymi oczyma, lecz nigdzie go nie było. Nigdzie i na zawsze. Wszystkie miejsca, gdzie uprzednio wspólnie bywali, stały się filozofowi nienawistne przez to, że nie było tam jego przyjaciela. Żadne z tych miejsc nie mogło zapowiadać, że oto ukochany bliski wkrótce się zjawi, po czym spędzą czas na miłej rozmowie. Z rozbrajającą szczerością św. Augustyn dzieli się z nami wspomnieniem o tym, że ukojenia próbował szukać wówczas w Bogu. Jak mantrę powtarzał, że należy Mu zaufać. Lecz jego dusza nie stawała się posłuszna temu poleceniu. Zdawało mu się bowiem, że więcej był dla niego wart zmarły przyjaciel, z którym jeszcze niedawno przebywał, dzieląc się z nim smutkami i radościami, aniżeli Bóg, który w tej trudnej chwili wydawał się być tylko mglistym widmem.

Choć rzadko się o tym mówi, to uczuciem zbliżonym do tęsknoty spowodowanej śmiercią kogoś bliskiego jest porzucenie jakiejś osoby przez drugą, którą ta pierwsza kochała. Może to dotyczyć relacji o charakterze czysto koleżeńskim lub przyjacielskim, ale najczęściej ma związek z rozerwanymi więzami miłosnymi między dwojgiem ludzi. Uczucie to znane jest zapewne lepiej mężczyznom, gdyż doświadczenie potoczne uczy nas, że to kobiety częściej porzucają swych partnerów, a ponadto zwykle nie przeżywają rozstań tak problematycznie, jak ci pierwsi. Kiedy ktoś, z kim wcześniej tworzyliśmy związek miłosny porzuca nas, to w pewnym sensie dzieje się tak, jakby dla nas umierał. Zrywa wszakże z nami wszelkie kontakty, dosłownie znikając z naszego życia. Często dzieje się to nagle, spadając na nas niczym grom z jasnego nieba. Ktoś był w naszym życiu, dawał energię do funkcjonowania, a nagle po prostu znika i uporczywie go nie ma. Porzucenie nas przez drugą osobę pod pewnymi względami jest nawet bardziej bolesne niż jej śmierć. Ta ostatnia – obojętne, czy następuje wskutek nieszczęśliwego wypadku, czy w sposób naturalny – jest oczywiście niesłychanie bolesna i rodzi niepowetowaną pustkę. Jednak prędzej czy później jesteśmy w stanie jakoś pojąć jej przyczyny, pogodzić się z nią. W żadnym razie nie możemy natomiast zrozumieć, dlaczego ktoś, kogo obdarzyliśmy ogromnym uczuciem miłości, poświęcając temu komuś czas, energię i zaangażowanie, nagle odwrócił się od nas i zostawił na pastwę losu. Nie akceptujemy sytuacji, w której odtąd będziemy musieli iść przez życie bez tej osoby. Prawdę mówiąc, chcielibyśmy w takich chwilach, aby droga przez to życie trwała już jak najkrócej. Nasza egzystencja traci bowiem sens w obliczu dojmującej samotności, w którą popadliśmy wskutek najstraszniejszego przejawu zła moralnego, jakie można sobie wyobrazić, a jakim jest odrzucenie nas przez innych ludzi.

To właśnie samotności towarzyszy najstraszliwsza forma tęsknoty. Słusznie współczujemy członkom jakiejś rodziny, którzy tęsknią za sobą, gdyż na przykład znaleźli się na tymczasowej emigracji z powodów zarobkowych i nie mogą przez dłuższy czas wspólnie przebywać. Tego rodzaju tęsknota jest jednak zaledwie igraszką w porównaniu z katuszami, jakie przeżywa człowiek samotny, któremu normalne funkcjonowanie uniemożliwia ciągła tęsknota powstająca w związku z pragnieniem posiadania partnera, a także potrzebą akceptacji i zrozumienia przez niego. Doprawdy, żenujące są sytuacje, w których ktoś lituje się nad tęskniącym z powodu kilkutygodniowej rozłąki z matką dzieckiem, a nie dostrzega, jak bardzo cierpi ten, który przykładowo z takich czy innych względów nie może wejść w związek małżeński z kobietą. Nawiasem mówiąc, w najwyższym stopniu bezzasadne są działania – rekrutujących się głównie z szeroko rozumianych środowisk konserwatywnych – współczesnych „obrońców rodziny”. W rodzinie tkwi siła, należący do niej ludzie, jeśli tylko stosunki wewnątrz niej są poprawne, nie czują się samotni ani zblazowani. Nie trzeba jej zatem pomagać i o nią walczyć, nie zniszczy jej też żadna ideologia. Zabiegać warto natomiast o to, by ci, którzy są samotni, zmienili ten przykry stan i dane im było wejść w związek uczuciowy, a następnie, jeśli tylko tego chcą, założyć rodzinę. Tym, co szkodzi współczesnym relacjom międzyludzkim, czyniąc je tak oschłymi i efemerycznymi, nie jest żaden zestaw poglądów z prawa lub lewa, ale nihilizm i brak empatii, które sprawiają, że ludzie bezpardonowo wychodzą z zadzierzgniętych uprzednio więzi niczym z tramwaju, traktując się nawzajem przedmiotowo. Walka o wartości nie powinna więc toczyć się na ulicach między zwolennikami poszczególnych ideologii, lecz przebiegać winna w każdym z nas. Każdy z nas wszakże rozpięty jest między dobrem i złem, tak iż walczyć musi we własnym wnętrzu o to, aby zwyciężyły w nim miłość i poświęcenie uwagi drugiemu człowiekowi. Chodzi ostatecznie o to, aby mniej było na tym łez padole cierpiących i tęskniących.

2 KOMENTARZE

  1. Tęsknota nas Polaków jest w 100% do naszej ziemi, do Polski. Imigracja, nawet choćby do Monako, czy Beverly Hills zawsze jest dla nas wygnaniem. Co innego narody koczownicze, typu żydzi, czy cyganie. Tęsknota żydowska do Palestyny, Jerolozimy, izraela jest fałszywa, bo gdyby faktycznie tęsknili, to już dawno by ruszyli d. z Nowego Jorku czy Paryża i się tam przenieśli.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię