Newsletter subscribe

Idea

Marcin Murzyn: Krótki esej o tolerancji

Posted: 1 października 2018 o 20:01   /   by   /   comments (0)

Bardzo dużo słyszymy obecnie o tolerancji. Wiele mówi się o niej w mediach, na wiecach politycznych, a nawet w szkołach i na uniwersytetach. Niektórzy publicyści, dziennikarze, artyści czy celebryci określają samych siebie jako tolerancyjnych. Wydaje się to bowiem modne i dobrze postrzegane przez opiniotwórcze kanały informacyjne. Ktoś, do kogo przylgnęłaby łatka osoby nietolerancyjnej, mógłby mieć poważne problemy ze znalezieniem prestiżowej pracy, a jeśli jest osobą publiczną, to z dużą dozą prawdopodobieństwa zostałby również odsądzony od czci i wiary. Określając kogoś jako tolerancyjnego lub nietolerancyjnego nie tylko wskazujemy na jedną z wielu cech, jakie składają się na jego osobowość, ale też wartościujemy go – w pierwszym przypadku pozytywnie, a w drugim negatywnie. Nie dziwi więc fakt, że wiele jednostek zabiega dziś o to, aby postrzegać je jako tolerancyjne. Zwłaszcza ludzie młodzi – nad wyraz mobilni i otwarci na poznawanie (zwykle dość powierzchowne) nowych znajomych – wolą stronić od osób, które uchodzą za nietolerancyjne. Utrzymywanie bliższych relacji z tymi ostatnimi mogłoby wszakże zostać uznane za niemodne, podobnie jak noszenie fasonów ubrań, których szczyt popularności miał miejsce kilka sezonów wcześniej. Dlatego politycy, prezenterzy telewizyjni i radiowi, aktorzy czy piosenkarze kreują się na osoby tolerancyjne. Chcą być znani, a przede wszystkim lubiani i w rozmaity sposób doceniani przez społeczeństwo, tak aby mogli brylować na politycznych salonach, szczycić się rosnącymi statystykami oglądalności swoich programów czy zwiększającymi się wskaźnikami sprzedaży dzieł swojego autorstwa.

Mimo iż tak często mówi się dziś o tolerancji, a mnóstwo osób deklaruje, że tolerancja zajmuje w ich hierarchii wartości wysokie miejsce, to jednak rzadko można dowiedzieć się o tym, w jaki sposób rozumieją ją ci, dla których jest ona tak ważna i jaki wyznaczają jej zakres. W związku z tym trudno jest nie odnieść wrażenia, że dla niektórych jednostek stanowi ona tylko wyświechtany frazes, wykrzykiwany bez głębszego zreflektowania podczas politycznych manifestacji. Tym niemniej wydaje się, że nawet ktoś, kto nigdy nie spróbował solidnie przemyśleć tego, czym w istocie jest tolerancja i jaki zakres powinno się jej wyznaczyć, ma o niej jakieś – chociażby mętne i nieusystematyzowane – wyobrażenie. Problem jednak w tym, że niewiele osób artykułuje to, jak pojmuje tolerancję. Uwaga ta dotyczy w szczególności zwolenników liberalno-lewicowego spojrzenia na rzeczywistość społeczną, albowiem właśnie w ich wypowiedziach słowo „tolerancja” pojawia się nader często. Jednakowoż nie jesteśmy w położeniu całkowicie beznadziejnym, ponieważ o tym, co tolerancja oznacza dla tych, którzy wynieśli ją do rangi jednej z najważniejszych idei, wnioskować możemy na podstawie czynów, zachowań i postaw, jakie prezentują.

Przyglądając się działaniom, zachowaniom i postawom adherentów liberalno-lewicowego porządku odnosi się wrażenie, jakoby na tolerancję zasługiwali dla nich wyłącznie stosunkowo nieliczni wybrańcy. Tymi ostatnimi są zaś przede wszystkim ludzie darzeni przez nich sympatią – najczęściej dlatego, że podobnie postrzegają świat, wyznają bliski również im system wartości oraz legitymują się pokrewnym zestawem poglądów. Łatwo zauważyć, że ci, którzy mają inne przekonania i pragną urzeczywistniać odmienną wizję przyszłości, kierując się cenionymi przez siebie ideami i wartościami, są przez reprezentantów środowisk lubiących nazywać się „progresywnymi”, nie tylko nietolerowani, ale też bezpardonowo atakowani, nawet przy użyciu siły fizycznej. W szeroko rozumianych kręgach liberalno-lewicowych tolerancję kultywuje się bowiem w sposób nad wyraz selektywny, tak iż obejmuje się nią faktycznie tylko tych, którzy w zbliżony do preferowanego przez nie wzorca myślą i żyją. Inny światopogląd, styl życia lub zainteresowania sprawiają, że przeciętny zwolennik obyczajowego liberalizmu ostro przeciwstawia się określonym jednostkom czy całym grupom społecznym, nierzadko czynnie je zwalczając. I tak na przykład słuchacz Radia Maryja, przeciwnik zabijania dzieci nienarodzonych, osoba o poglądach konserwatywnych, miłujący swój naród społecznik czy przywiązany do swej małej ojczyzny kibic piłkarski są jednostkami zaciekle atakowanymi przez liberałów, którzy zdają się zabiegać o całkowite uniemożliwienie im wypowiadania swych poglądów. Stąd liberalno-lewicowi uczestnicy debaty publicznej częstokroć przylepiają osobom o wrażliwości konserwatywnej łatki niebezpiecznych radykałów i ksenofobów. Twierdzą, że z tradycjonalistami i konsekwentnymi obrońcami ładu moralnego nie powinno się dyskutować, a najlepszym rozwiązaniem byłoby wykluczenie ich ze społeczeństwa oraz pozbawienie praw obywatelskich i poddanie zideologizowanej reedukacji przesiąkniętej duchem genderowej inżynierii społecznej. Opowiadają się oni za tolerancją i prawem do swobodnej wypowiedzi, ale w nader znikomym zakresie, gdyż obejmującym tylko tych, którzy mieszczą się w ramach politycznej poprawności. Na tej właśnie zasadzie – mimo iż tak często szermują ideą demokracji – stygmatyzują i dążą do wypchnięcia poza margines tych, którzy nie są entuzjastami liberalnego porządku społeczno-ekonomicznego. Jeżeli demokracja – twierdzą oni – to tylko w wydaniu liberalnym, czyli takim, w którym prawo do rządzenia przysługuje wyłącznie oświeconym elitom prowadzącym nieszczególnie rozumne masy ku nowej, świetlanej przyszłości zdominowanej przez emancypacyjną i postępową ideologię. Ten, kto ośmieli się odrzucić kanony tej ostatniej określany jest przez samozwańczych progresywistów pogardliwymi epitetami, które sugerują, że nie dorósł on do nowoczesności, a jego myślenie jest ograniczone, prymitywne i zaściankowe. W istocie są więc sympatykami totalitarnej wizji zuniformizowanego społeczeństwa, wedle której wszyscy jego członkowie musieliby nie tylko w podobny sposób żyć i działać, ale też nieomal tak samo myśleć i jednakowo wypowiadać się na moralnie relewantne tematy. Poziom tolerancji w wydaniu znacznej części liberałów okazuje się przeto – biorąc pod uwagę to, jak często o niej mówią – zaskakująco niski. Być może nawet – przynajmniej w przypadku niektórych przedstawicieli światopoglądu liberalno-lewicowego – należałoby w związku z tym mówić o tolerancji pozornej. Mniemają oni bowiem, że są ludźmi tolerancyjnymi i za takich właśnie pragną być uważani przez innych, lecz faktycznie są – niekiedy wręcz skrajnie – nietolerancyjni. Posiadają silne przekonanie, że są jedynymi depozytariuszami idei tolerancji i bardzo często chlubią się swoją rzekomą otwartością i skłonnością do akceptacji inności, ale zazwyczaj nie licuje to ze stanem faktycznym, albowiem swoim politycznym czy ideologicznym oponentom usiłują zabronić swobodnego wypowiadania się i manifestowania poglądów w przestrzeni publicznej. Co więcej, zdarza się, że w sposób otwarty i wyraźny nawołują do stosowania przemocy fizycznej wobec tych, z którymi się nie zgadzają, a także wypowiadają pod ich adresem słowa nad wyraz obraźliwe i wulgarne. Przykładem tego może być zachowanie – niekryjących swoich liberalnych poglądów w kwestiach społeczno-obyczajowych – Zbigniewa Mikołejko oraz Jakuba Wątłego. Obydwaj są osobami publicznymi, przy czym pierwszy z nich jest profesorem i wykładowcą akademickim zatrudnionym w Polskiej Akademii Nauk, a drugi pracuje jako prezenter telewizyjny. Pełnione przez nich funkcje – niewątpliwie nobilitujące, ale też wiążące się z pewnego rodzaju misją i koniecznością dawania prezentowanymi przez siebie postawami dobrego przykładu innym – nie przeszkodziły im w otwartym wyrażeniu wrogości wobec narodowców. Otóż w programie telewizyjnym emitowanym przez Superstację opowiedzieli się oni za wytępieniem, a nawet fizyczną eliminacją, osób o poglądach narodowych, zaś prowadzący audycję Jakub Wątły powiedział, że ci, którzy 1 sierpnia 2018 roku przeszli ulicami polskich miast w marszach upamiętniających wybuch powstania warszawskiego, to „banda pętaków, która powinna funkcjonować w kanałach i to tam, gdzie nie ma szczurów, żeby nie obrażać szczurów”. Dodał, że tych ludzi – nazwanych przez niego niezgodnie z prawdą „faszystami” – należałoby „lać i rozbijać im na łbach płyty chodnikowe”. Innym przykładem nietolerancji przedstawicieli środowisk liberalnych – w tym wypadku głównie ludzi związanych z Platformą Obywatelską, Obywatelami RP i organizacjami feministycznymi – może być zachowanie, jakie zaprezentowali 4 września 2018 roku podczas zorganizowanej przez siebie debaty o stanie demokracji w Polsce. Gdy do głosu doszedł Dobromir Sośnierz, europoseł partii Wolność mający odmienną opinię niż osoby takie, jak na przykład Róża Maria Barbara Fürstin von Thun und Hohenstein, Michał Boni, Bartosz Kramek, Paweł Kasprzak czy Marcin Matczak, już po kilku minutach swojego przemówienia – mimo iż wypowiadał się w sposób kulturalny i nie atakował nikogo ad personam – został przez reprezentantów rzeczonych środowisk zakrzyczany, tak że w praktyce kontynuowanie jego wystąpienia okazało się niemożliwe.

Tymczasem postawę tolerancji można określić jako zgodę na obecność i wyrażanie poglądów, z którymi się nie zgadzamy, czy – szerzej – aprobatę pluralizmu i różnorodności tam, gdzie nie powodują one oczywistych szkód. Mimo iż w pewnych wypadkach mogą wystąpić różnice opinii, czy dane zjawisko przynosi szkody czy nie, to jednak większość normalnie rozwiniętych intelektualnie i moralnie ludzi po krótszym bądź dłuższym namyśle zgodzi się z tym, że niektóre fenomeny i zachowania są złe i wywierają negatywny wpływ na życie ludzkie zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym. Dlatego też tolerancja nie musi wiązać się z przyzwalaniem na przestępczość, dokonywanie zbrodni, szerzenie rozwiązłości, deprawowanie młodzieży czy różnego rodzaju dewiacje oraz łamanie norm moralnych i obyczajowych. Tolerancja nie polega również na wyrzeczeniu się własnych poglądów. Co więcej, sprzeciw wobec rozmaitych zakazów wyrażania odmiennych opinii i niezgadzanie się na to, aby różnymi sposobami – na przykład przepisami prawa – zabraniać głoszenia własnych przekonań, wydają się być fundamentami tolerancji. Człowiek jest wszakże bytem przygodnym, niedoskonałym i nie wystarcza sam sobie, stąd musi współpracować z innymi jednostkami i żyć w społeczeństwie. Zaś ważnym elementem kooperacji z innymi jest wzajemna komunikacja. Ta ostatnia bardzo często wiąże się z wymianą poglądów. Ludzie bowiem różnią się między sobą na wiele sposobów – na przykład płcią, wiekiem, poziomem zamożności, pochodzeniem, zainteresowaniami czy wykształceniem. W życie społeczne każda jednostka ludzka wnosi cząstkę siebie i ofiaruje innym trud swojej pracy, jednakże działania, które podejmuje ona względem członków społeczeństwa, naznaczone są jej indywidualnością. Realna osoba ludzka jest bowiem niepowtarzalnym, konkretnym i jednostkowym bytem – substancją indywidualną natury rozumnej, jak określił ją Boecjusz (477-524). W związku z tym, że do jej atrybutów należą rozumność i wolność, posiada ona prawo do wolności myśli, z czym z kolei wiąże się swoboda wyrażania własnych opinii, której nie można nikogo w nieuzasadniony sposób pozbawiać. Nieskrępowane głoszenie swoich przekonań i możliwość wymiany poglądów między jednostkami są warunkami sine qua non rozwoju myśli naukowej, technicznej, filozoficznej i religijnej. Warunki naszego życia, jak również poziom poznania otaczającej nas rzeczywistości, mogą bowiem polepszać się tylko wtedy, gdy zamiast bezmyślnie się zwalczać i wyniszczać, dyskutujemy, wymieniamy poglądy i wspólnym wysiłkiem intelektualnym dochodzimy do najlepszych w danej dziedzinie rozwiązań. Podczas gdy jednemu człowiekowi bądź nawet całej grupie podobnie myślących osób trudno jest porzucić lub skorygować błędne koncepcje naukowe i filozoficzne czy niewłaściwe rozwiązania techniczne, to wymiana opinii  między większym gronem ludzi oraz chęć wysłuchania jednostek o innych poglądach i podyskutowania z nimi, mogą sprawić, że nie tylko zwiększy się własną wiedzę, ale też udoskonali się swoje przekonania, tak iż staną się one bardziej spójne, zgodne z rzeczywistością i dojrzałe. Rozmowa z osobą o innych poglądach – jeżeli ma charakter merytoryczny i przebiega w warunkach wzajemnego szacunku – może być bardzo wartościowa, albowiem jednostka prezentująca inny punkt widzenia niż my, jest w stanie uwrażliwić nas na kwestie, nad którymi dotąd wcale się nie zastanawialiśmy lub które uważaliśmy za nieistotne. Dlatego przedstawiciele środowisk, które wyjątkowo często podkreślają swoją postępowość, jak na przykład współczesne feministki, są w istocie hamulcowymi pożytecznych innowacji, ponieważ regularnie dążą do uniemożliwienia, także na drodze prawnej, wyrażania opinii swym oponentom światopoglądowym. Z doniesień medialnych częstokroć dowiadujemy się, jak samozwańczy „progresywiści” usiłują zakazać sprzedaży książki, której treść budzi ich sprzeciw, czy też o tym, że dążą oni do zakazania wygłaszania poglądów osobom, które – według nich – nie mają racji. Zamiast wysuwać argumenty przeciwko stanowiskom, z którymi się nie zgadzają, usiłują więc oni zmusić do milczenia lub nawet fizycznie wyeliminować jednostki odmiennie myślące. Człowiek tolerancyjny odznacza się zaś tym, że polega przede wszystkim na środkach perswazji i pragnie w rozumny sposób przekonywać swoich przeciwników bądź oddziaływać na nich wychowawczo, natomiast osoba nietolerancyjna skłonna jest wiele zakazywać. Oczywiście nie oznacza, to że jednostka tolerancyjna całkowicie odrzuca system kar i zakazów, ale odwołuje się do nich rzadziej i tylko wtedy, kiedy zdaje się nie być innego wyjścia. Zwolennik tolerancji – rzecz jasna tolerancji prawdziwej, a nie pozornej – posiada mocne przekonanie o sile ludzkiego rozumu i wiążących się z tym zdolności argumentacyjnych. Stąd w wielu regułach zakonnych sugeruje się, ażeby po kary sięgać wyłącznie w ostateczności – zaś kiedy tylko jest to możliwe, zwaśnieni zakonnicy powinni w rozumny sposób porozumieć się, wyjaśnić sprawy i dojść do jakiejś formy kompromisu. Po to wszakże jesteśmy obdarzeni rozumem i mową, aby czynić z nich właściwy użytek, czyli – między innymi – rozmawiać ze sobą i przede wszystkim w ten właśnie sposób próbować rozwiązywać zaistniałe konflikty, jak również wymieniać poglądy, poszerzając tym samym zasób swej wiedzy i doskonaląc się moralnie.

Niekiedy lansowana bywa teza, podług której za najmocniejszy i niejako najdoskonalszy typ tolerancji uchodzi postawa polegająca na całkowitym akceptowaniu wszystkich – bez wyjątku – odmienności i każdego rodzaju zachowań. Według zwolenników tej koncepcji z tolerancją w jej najpełniejszym wymiarze mamy do czynienia wtedy, gdy akceptujemy każdą odmienność i po prostu uznajemy, że ktoś żyje inaczej niż my, preferując inne zachowania i poglądy. Bezwarunkowo akceptujemy ten fakt i nie próbujemy nikogo zmieniać, nawracać, przekonywać do porzucenia wyznawanych przez niego poglądów ani wskazywać mu innej drogi. Gdybyśmy bowiem chcieli kogoś myślącego inaczej niż my pouczać, krytykować lub ewangelizować, to – zdaniem zwolenników rzeczonego rozumienia tolerancji – dopuszczalibyśmy się nieuprawnionej i nadmiernej ingerencji w cudzą prywatność.

Jak nietrudno zauważyć, przytoczona powyżej koncepcja tolerancji – uważana przez niektórych za jej najdoskonalszy wyraz – podszyta jest nadmiernym indywidualizmem, który uznać można za jedną z największych bolączek współczesności. Przy takim pojmowaniu tolerancji milcząco zakłada się, że drugi człowiek i jego sprawy są nam obojętne. Co prawda jego adherenci podkreślają, że sednem owego rozumienia tolerancji jest partnerska akceptacja innego, lecz tak naprawdę przystanie na taką koncepcję i usiłowanie wcielenia jej w życie oznacza obojętność i wiąże się z licznymi niebezpieczeństwami. Najpoważniejszym z nich jest relatywizm etyczny, albowiem będąc tolerancyjnym w wyłuszczonym powyżej sensie, nie mamy podstaw, aby uważać czyjeś zachowanie za naganne i próbować je zmienić. Jednakże przede wszystkim odwracamy się od bliźniego i uznajemy, że jest nam wszystko jedno, czy będzie on prowadził niezdrowy tryb życia, oddawał się niemoralnym rozrywkom bądź tkwił w błędzie ateizmu.

Tolerancja powinna polegać na uznaniu i poszanowaniu tego, że druga osoba może mieć inne poglądy niż moje. Należy bowiem uświadomić sobie to, że różnimy się między sobą, a każdy z nas jest specyficzny i stanowi niepowtarzalne indywiduum. Osobowość każdej jednostki kształtuje się w odmiennym kontekście biograficznym, tak iż totalne ujednolicenie ludzi – zwłaszcza w kwestii wyznawanych przez nich poglądów – wydaje się niemożliwe. To, że dopuszczam ewentualność, iż druga osoba może wyznawać odmienny od mojego zestaw poglądów, nie powinno jednak prowadzić do tego, abym musiał uznawać, iż jej poglądy są dokładnie tak samo wartościowe, jak moje. Jeżeli jestem przekonany, że ktoś, kogo znam wyrządza poprzez swoje zachowanie lub wyznawane przez siebie stanowisko szkodę sobie lub innym, to mam prawo, a nawet obowiązek, przyjść tej osobie z pomocą i zrobić wszystko, co tylko się da, aby wyprowadzić ją z błędu. W przeciwnym razie dowiódłbym wszakże swej obojętności wobec bliźniego, jak również wykazałbym się brakiem empatii. Przy czym obowiązek pomocy, polegającej często na przekonywaniu kogoś o konieczności dokonania zmiany w jego życiu, jest tym większy, im ważniejsza jest sprawa, o jaką chodzi. Kluczowe wydają się zaś przede wszystkim sprawy ostateczne, dlatego też trudno sobie wyobrazić sumiennego katolika, podchodzącego odpowiedzialnie do kwestii związanych ze swą wiarą, który rezygnowałby z nawracania ateistów lub innowierców. Miłość bliźniego każe mu bowiem troszczyć się o tych, których spotyka na swojej drodze, a czymś, co ma dla niego szczególnie duże znaczenie, jest zbawienie – nie tylko własne, ale też innych ludzi. Stąd gdyby po prostu uznał on, że ktoś nie wierzy w Boga i przeszedł nad tym faktem obojętnie, to w istocie odwróciłby się od tej osoby i okazał jej pogardę.

Widzimy więc, że tolerancja nie musi oznaczać ani rezygnacji z własnych poglądów, ani wyrażania zgody na to, aby inny człowiek – pozostawiony samemu sobie – robił, co tylko zechce, włącznie z tym, co szkodzi jemu i pozostałym członkom społeczeństwa. Właściwie rozumiana tolerancja jest przede wszystkim poszanowaniem odmiennej opinii i zaakceptowaniem tego, że mój bliźni – jako istota rozumna i wolna – może mieć inne przekonania niż moje. Nie mogę jednak przyzwalać na to, aby druga osoba tkwiła w zagrażających jej i całemu społeczeństwu błędnych mniemaniach. Dlatego nie powinno mi być wszystko jedno, jakie poglądy wyznaje mój bliźni. Do tego jednak, abym mógł mu pomóc i podjąć próbę przekonania go, że żywione przez niego poglądy są niewłaściwe, muszę najpierw wysłuchać jego opinii. O ile mogę nie zgadzać się z jego stanowiskiem, a czasami nawet powinienem poddać je surowej krytyce, o tyle jednak zawsze powinienem pamiętać, że tym, który wygłasza określone sądy – nawet najbardziej absurdalne i obrazoburcze – jest drugi człowiek, któremu już od momentu jego zaistnienia przysługuje niezbywalna godność osobowa. Jeżeli chcę go przekonywać do czegoś, co moim zdaniem jest dobre i słuszne, to każdorazowo muszę mieć na względzie obiektywne dobro osoby ludzkiej, a tym, co mnie motywuje do nakłonienia go, aby zmienił swoje stanowisko nie może być nienawiść, lecz autentyczna chęć przyjścia mu na ratunek. Jest oczywiste, że w postępowaniu bardzo często kierujemy się emocjami, a niekiedy niesłychanie trudno przychodzi nam je stłumić. Dlatego zdarza się, że reagujemy impulsywnie, gdy ktoś wygłosi opinię, która zdaje się uderzać w nas samych lub w coś, co szczególnie cenimy. Jesteśmy skłonni taką osobę zwyzywać lub nawet zaatakować fizycznie. Lepszym rozwiązaniem jest jednak zachowanie spokoju i podjęcie próby przekonania jej do swoich racji. Aby móc to uczynić, trzeba zaś oponenta wysłuchać, próbując dowiedzieć się, co motywuje go do przyjmowania akurat takiego stanowiska. Jeśli jesteśmy przekonani, że jego poglądy są szkodliwe, to mamy obowiązek podjęcia próby ich zmiany – rzecz jasna w sposób rozumny i przy użyciu najodpowiedniejszych do tego celu środków. Musimy przy tym pamiętać, że czasy, w których przyszło nam żyć, nie są łatwe i wiele osób jest zagubionych i zdezorientowanych, tak iż niejednokrotnie ludzie całkiem przyzwoici oddają się na służbę w złej sprawie. W czasach szybkich przemian społecznych niełatwo jest bowiem w sposób trafny wybierać właściwe wartości. Stąd warto być wobec innych choć trochę wyrozumiałym, starając się znosić i wycierpieć to, co mówią – nawet jeżeli okazuje się to dla nas denerwujące lub wręcz obraźliwe. Nie powinniśmy jednak nigdy przechodzić do porządku dziennego nad czyjąś niedolą. Źródłem tej ostatniej mogą być natomiast także błędne idee, nierzadko zatruwające wiele ludzkich umysłów. Dlatego aprobata dla koncepcji tolerancji, w której wszystkie opinie traktuje się jako równowartościowe byłaby fatalna w skutkach, gdyż oznaczałaby obojętność na losy jednostek, a nawet całych grup ludzkich.

O tym, że tolerancja nie musi wiązać się z relatywizmem moralnym i nie powinna towarzyszyć jej rezygnacja z własnych przekonań, poucza nas już łaciński źródłosłów tego wyrazu. Słowo „tolerancja” pochodzi bowiem od łacińskich zwrotów tolerare oraz tolerantia. Pierwszy z nich znaczy tyle, co znosić, wytrzymywać, cierpieć i przecierpieć, zaś drugi odpowiada polskim słowom znoszenie, wytrwałość, cierpliwość, wytrzymałość na coś i cierpliwa wytrwałość. Tolerancja – krótko rzecz ujmując – jest więc znoszeniem czyichś odmiennych poglądów, upodobań czy wierzeń. Przy czym owo znoszenie czyichś przekonań lub zachowań może wiązać się niekiedy z cierpieniem. To, że ktoś zajmuje określone stanowisko – naszym zdaniem błędne i szkodliwe – może nam przecież sprawiać przykrość. To, w jaki sposób myślimy, jaką wizję świata i człowieka posiadamy, w dużej mierze wyznacza wszakże kierunek naszych działań praktycznych i to, jak postępujemy wobec samych siebie i innych ludzi. Stąd błędne i szkodliwe idee, w sposób pośredni, mogą powodować niekorzystne następstwa w świecie międzyludzkich relacji. I tak na przykład ktoś, kto jest wyznawcą skrajnie liberalnych poglądów w kwestiach obyczajowych i gospodarczych, jest zazwyczaj zupełnie nieczuły na nędzę innych ludzi. Dlatego człowiek wrażliwy i empatyczny będzie smucił się na myśl o tym, że są jednostki, które uważają, że w rzeczywistości społecznej powinna panować nieskrępowana konkurencja eliminująca jednostki słabsze i mniej sprytne. Powinien jednak akceptować każdego człowieka jako człowieka – nawet pozbawionego skrupułów nieuczciwego biznesmena o liberalnym światopoglądzie lub feministkę biorącą udział w wulgarnych wiecach, których celem jest przyzwolenie na zabijanie ludzi niepełnosprawnych. Jednakże nie musi, a wręcz nie powinien, uznawać poglądów, wierzeń czy upodobań tych ludzi. Co więcej, zobowiązany jest zrobić wszystko, co tylko może, aby odwieść ich od wyznawania dotychczasowych – niezwykle szkodliwych i destrukcyjnych – idei.

Nakłaniać kogoś do tego, aby wyzwolił się z oków niewłaściwych poglądów można oczywiście na wiele sposobów – oddziałując na niego przykładem, perswazją czy prośbami. Często jednak – jako istoty racjonalne i posługujące się językiem – uciekamy się do dyskusji. Rodzi się wobec tego pytanie, czy naprawdę o wszystkim i zawsze należy dyskutować? Czy wskazana jest dyskusja o tak dojmujących problemach, jak aborcja, eutanazja, niewolnictwo bądź krzywdzenie zwierząt? Są to kwestie naznaczone ogromną powagą i domagające się zdecydowanych, szybkich i praktycznych działań, a spokojna dyskusja, w wygodnych salach uniwersyteckich bądź studiach radiowych i telewizyjnych, wydaje się nie licować z dramatyzmem owych dylematów. Konkretne działania przedsiębrać należy natychmiast, bo sprawy, o których mowa, jak również wszystkie te, które są do nich zbliżone ciężarem gatunkowym, określić można jako niecierpiące zwłoki. Trudno zwyczajnie dyskutować i wymieniać argumenty, skoro wskutek aborcji – tylko według znanych nam danych – rocznie zabijanych jest na świecie około 42 milionów osób, a za sprawą eutanazji – w samej tylko Kanadzie – uśmiercono dotąd już 3700 ludzi. O ile warto rozmawiać i wymieniać poglądy, również z naszymi światopoglądowymi oponentami, o tyle jednak nie wydaje się to zasadne we wszystkich wypadkach. Są bowiem sprawy szczególnie doniosłe i wymagające podjęcia natychmiastowych i zdecydowanych działań. Warto wtedy brać przykład z Jezusa, który – choć wszystkich ludzi darzył miłością i szacunkiem – to jednak potrafił działać stanowczo, jak na przykład przy wypędzeniu, sporządzonym przez siebie biczem, kupców ze świątyni (Mt 21, 12-13).

Podsumowując, należy stwierdzić, że tolerancja stanowi dużą wartość, o realizację której warto zabiegać. Jednakowoż trzeba to czynić w sposób odpowiedzialny, gdyż niewłaściwe rozumienie tolerancji, pojmowanej na przykład jako podszyte relatywizmem moralnym przekonanie o tym, że wszystkie poglądy są równowartościowe i powinny być jednakowo akceptowane, w praktyce uderza w dobro osoby ludzkiej, która zostaje osamotniona przez wspólnotę i skazana na pozostawanie w okowach swoich błędnych, a często również szkodliwych, mniemań. Toteż hołdowanie idei tolerancji – skądinąd słuszne, a nawet niezbędne do tego, aby ludzkość doskonaliła myśl naukowo-techniczną i filozoficzną – nie może wiązać się z porzuceniem walki przeciwko kłamstwu i niesprawiedliwości.

Czytaj także

Comments (0)

write a comment

Comment
Name E-mail Website