Nie ma chyba na świecie człowieka, którego nie zdumiewałby fakt przemijania. Oczywiście przede wszystkim bywa on dla nas przerażający, ale abstrahując od lęku, który mu towarzyszy, nie da się ukryć, że jest on po prostu interesujący. Jeszcze kilka miesięcy temu siedzieliśmy z bliską osobą nad brzegiem Zalewu Zesławickiego, a natrętne komary odstraszał nieco dym z ogniska, które ponadto ogrzewało w chłodny już wieczór, jak to zdarza się pod koniec lata. Wspólnie z nią patrzyliśmy na leniwie zachodzące nad Krakowem słońce. Lecz teraz nie ma ani tej osoby, ani tamtych cudownych chwil. Dysponując pamięcią, czyli zdolnością do rejestrowania i ponownego przywoływania wrażeń zmysłowych, odtwarzamy z nostalgią minione zdarzenia. Czujemy, że nie były one irrealne, ale jednak nie możemy ponownie w nie wkroczyć. Przeminęły i nie wrócą – truizmem jest to skonstatować, lecz fakt ten wydaje się dziwny.

Staramy dowiedzieć się, co za to odpowiada i szybko wskazujemy na czas. To on okazuje się winnym zabrania w przeszłość tamtych dni. Taka odpowiedź nie zaspokaja jednak ludzkiej ciekawości. Warto bowiem zastanowić się, czym w istocie jest czas, czy w ogóle przysługuje mu realne istnienie, a jeśli tak, to w jaki sposób on istnieje, w jakim kierunku płynie i jak doświadcza go człowiek.

Zagadnienie czasu wydaje się jednym z najtrudniejszych do określenia i wytłumaczenia. Zdawał sobie z tego sprawę już Arystoteles (384-322 p. n. e.), który twierdził, że czas jest pojęciem szczególnie mglistym i niewyraźnym, a nie jest wykluczone nawet to, iż w ogóle nie przysługuje mu istnienie. Podobne wątpliwości żywił św. Augustyn (354-430), który przyznawał, że gdy nikt nie pyta go o to, czym jest czas, intuicyjnie wyczuwa i rozumie rzeczone pojęcie. Kiedy jednak chce wyjaśnić pytającemu, to nie wie, jak należy to zrobić. Dodawał przy tym, że jest pewien, iż gdyby nic nie przemijało, to nie byłoby przeszłości, a gdyby nic nie nadchodziło, to nie byłoby przyszłości. Gdyby zaś niczego nie było, to nie byłoby czasu teraźniejszego. Czas – zdaniem św. Augustyna – ma więc ścisły związek z ruchem.

Współcześnie jest całkowicie jasne, że mówienie o czasie w oderwaniu od zmiany jest pozbawione sensu. Czas – w znaczeniu fizycznym – jest bowiem skalarną wielkością fizyczną, która określa kolejność zdarzeń oraz odstępy między zdarzeniami zachodzącymi w tym samym miejscu. Na gruncie fizyki klasycznej czas pojmuje się w sposób zobiektywizowany jako samodzielną wielkość, niezależną od innych wielkości, która w takim samym rytmie biegnie w całym wszechświecie. Jednakże szczególna teoria względności (STW) operuje odmiennym pojęciem czasu, tak iż jego upływ okazuje się uzależniony od prędkości układu odniesienia, w którym dokonuje się pomiaru. Zachodzą wobec tego efekty relatywistyczne, jak na przykład dylatacja czasu, która polega na tym, że zegar w obiekcie poruszającym się z prędkością zbliżoną do prędkości światła w próżni chodzi wolniej od czasomierza umieszczonego na powierzchni Ziemi. Ogólna teoria względności (OTW) wzięła natomiast pod uwagę związek czasu z polem grawitacyjnym. Grawitacja powoduje bowiem zakrzywienie czasoprzestrzeni, a zegary w pobliżu silnego pola grawitacyjnego są wolniejsze niż te, które znajdują się dalej od niego. Dlatego też zegar znajdujący się na wysokiej wieży jest szybszy od chronometru leżącego na Ziemi. W codziennej praktyce życiowej nie dostrzegamy oczywiście tych różnic, lecz przystępując do precyzyjnego wyznaczenia czasu, niuanse te – na przykład na potrzeby działania systemu GPS – należy uwzględnić.

Jak wcześniej wspomniano, niepodobna rozpatrywać czasu w izolacji od ruchu i zmiany. Czas nie jest co prawda ruchem, lecz stanowi ilościową stronę wszelkiego rodzaju modyfikacji. Stąd Arystoteles określił go jako miarę ruchu ze względu na to, co „przed” i „po”. Przy czym interesującą nas problematykę rozpatrywał on w ramach filozoficznej doktryny aktu i możności. Dzięki niej ukazał wewnątrzbytowe racje uzasadniające możliwość zachodzenia zmian. Zdaniem Stagiryty każda zmiana polega na przejściu bytu ze stanu możności do stanu aktu. Pierwszy z nich, czyli stan możności, zachodzi w bycie wówczas, gdy może on posiadać jakieś określenie, względnie jakąś cechę, ale faktycznie jeszcze jej nie posiada. Stan aktu natomiast ma miejsce w bycie wtedy, gdy tkwi w nim nie tylko możność posiadania jakiejś właściwości czy określenia, ale w tę właściwość czy określenie faktycznie jest zaopatrzony. Współtworzące infrastrukturę bytów możność i akt są pryncypiami realnymi, a nie tylko myślnymi, co sprawia, że zmiany również stanowią rzeczywiste procesy, nie będąc czymś jedynie iluzorycznym, jak twierdził Parmenides z Elei (ok. 540-ok. 470 p. n. e.). Jeżeli realne są zmiany, to prawdziwa jest także teza o realności czasu. Ten ostatni wiąże się bowiem z ruchem i jest realny o tyle, o ile realna jest sama zmiana bytu. Próbując określić czas, Arystoteles szedł jednak dalej i dodawał, że zmiana, która konstytuuje czas, jest szczególnego typu. Mianowicie jest to zmiana, w obrębie której dają się wyróżnić regularnie następujące po sobie i pozwalające się liczyć momenty. Wobec tego jako istotny określnik czasu przedstawia się też liczba – okazuje się, że czas podlega interpretacji liczbowej. To zaś otwiera kolejny problem, czyli status ontyczny liczby. Choć nawiązuje ona do realnie istniejących jednostek, to jednak jej charakter pozostaje zasadniczo abstrakcyjny. Czyżby więc abstrakcyjny był również sam czas? Arystoteles nie podzielał takowej wątpliwości, bo – snując rozważania nad liczbą – podkreślał, że odróżniać trzeba w niej to, co jest liczone bądź daje się policzyć, od tego, przy pomocy czego się liczy. Dlatego zbiór przedmiotów podlegających przeliczaniu jest czymś realnym, stanowiąc rzeczywistość istniejącą poza podmiotem poznającym, zaś liczba jako pewna abstrakcja i symbol, za pośrednictwem którego dokonuje się obliczeń, jest rodzajem konstrukcji myślowej zależnej od podmiotu poznającego.

Podczas gdy Arystoteles głosił obiektywność i umiarkowaną realność czasu, uznając go za byt przypadłościowy i rodzaj li tylko właściwości substancji materialnej, to znacznie bardziej skrajne stanowisko zajmował Isaac Newton (1643-1727). Traktował on czas jako rzeczywistość niezależną od ciał materialnych, która niczym ogromne naczynie otacza wszystkie przedmioty oraz ogół zachodzących między nimi procesów i zdarzeń. Porównanie do wielkiego, ogarniającego rzeczy pojemnika, wydaje się w przypadku tej koncepcji wyjątkowo sugestywne, ponieważ zdaniem Newtona czas istnieje niezależnie od rzeczywistości i mógłby trwać nawet wtedy, gdyby nie było żadnych zdarzeń – tak jak naczynie, które bytuje także wówczas, gdy pozbawione jest zawartości. Angielski fizyk przydał więc czasowi status bytu samoistnego, istniejącego na sposób substancji – niezależnie od tego, czy zachodzą w jego obrębie jakieś procesy fizyczne. Tak rozumiany czas płynie jednakowo dla całego wszechświata, toteż kiedy w tym ostatnim coś się akurat wydarza, a ponad wszelką wątpliwość tak właśnie obecnie jest, to zdarzenia mają miejsce w tym samym czasie.

Wspomnieć należy również o Immanuela Kanta (1724-1804) idealistycznej koncepcji czasu, w której przedstawia się go jako formę zmysłowej naoczności. Poznanie ludzkie – jak twierdzi królewiecki myśliciel – ma charakter wytwórczy, a wykonując określone czynności poznawcze człowiek nie tyle dostosowuje się do poznawanego przez siebie przedmiotu, ale raczej na odwrót – rzecz poznawana dostraja się do poznającego podmiotu. Czas nie jest wobec tego czymś od jestestwa ludzkiego niezależnym, lecz stanowi czynnik, który indywiduum wnosi w poznawcze ujęcie przedmiotu. Jest zatem związany z podmiotem poznającym, który przy jego pomocy strukturyzuje dane doświadczenia. Nie łączy się z rzeczywistością pozapodmiotową i nie określa sposobu istnienia rzeczy, ale wyznacza to, jak postrzegamy dane nam fenomeny.

Być może nasze potoczne wyobrażenia skłaniają nas do opowiedzenia się za taką teorią czasu, w której stanowi on rodzaj substancji i podłoża dla zdarzeń, lecz faktycznie, jak sądził Arystoteles, nie da się odseparować go od ruchu. Substancjami są raczej przedmioty materialne, a ich zmienność jest fundamentem dla pojęcia czasu. To ostatnie nie jest też, jak sprawę widział Kant, kwestią wyłącznie umysłu. Oczywiście to człowiek jest tym, który dokonuje pomiaru czasu za pośrednictwem dobranych przez siebie narzędzi i jednostek. Lecz odwołuje się przy tym do czegoś, co znajduje się poza nim. Dość powiedzieć, że w chronometrii celem dokładnego odmierzenia czasu korzysta się chociażby z ruchu wahadła (prostego lub fizycznego), drgań atomowych czy drogi pokonywanej przez światło. Są to więc przebiegające pozapodmiotowo zjawiska, których zachodzenia umysł nie wytwarza, lecz rejestruje je bądź inicjuje ich wystąpienie. Nie rozgrywają się one jednak w podmiocie, ale poza nim. Czas zatem nie jest realnością samodzielną, niezależną od zjawisk, a jego charakter sprowadza się w istocie do porządku szeregów zjawisk i wzajemnego stosunku porządków tych szeregów.

Od najdawniejszych czasów myśl ludzką intrygował też problem kierunku upływu czasu. Prawdopodobnie z uwagi na lęk przed przemijaniem i chęć przezwyciężenia go, już społeczności pierwotne ukuły koncepcję cykliczności czasu. Sądzono, że nieuchronnie płynący od przeszłości do nieznanej przyszłości czas tak naprawdę nie istnieje – jest iluzją. Prawda o rzeczywistości – jak chciano wierzyć – jest natomiast taka, że bieg zdarzeń jest cykliczny i nieustannie się powtarza. W zmianach pór roku czy faz księżyca nie ma nic nowego – każda rzecz to jedynie powtórzenie tego, co już było.

Podobny pogląd wyznawał Platon (427-347 p. n. e.). Twierdził on, że przez cały czas zachowywana jest ta sama suma istnień. W ciągu całych dziejów uniwersum nie pojawia się nic nowego ani nic definitywnie nie ginie. W koło powtarza się nieskończony cykl procesów zmian, które stanowią odbicie nieruchomego i wiecznego świata idei. Tylko on jest bytem prawdziwym i w pełni rzeczywistym. Idee, będąc czymś niezmiennym, mogą być poznane i zrozumiane, zaś o podlegających ciągłym modyfikacjom rzeczach, które percypujemy zmysłami, jesteśmy w stanie zaledwie mniemać. Właśnie tych ostatnich dotyczy czas, który wobec tego także jest czymś w pewnym sensie pozornym i nierzeczywistym. Nie ma zatem sensu wskazywanie przeszłości i przyszłości, bo nie istnieje określony i nieodwracalny kierunek upływu czasu.

Ludzka refleksja nad zmianą i trwaniem przyniosła inną jeszcze koncepcję, która określana bywa mianem linearnej. Czas przyrównuje się w niej do strzały – płynie on bowiem w określonym kierunku, od stworzenia świata i upadku człowieka do przyjścia Mesjasza i wypełnienia się wszystkich rzeczy przy końcu czasów. Nie ma powtarzających się cykli, lecz przepływ czasu od przeszłości ku przyszłości, tak iż jedne momenty czasowe wypływają z drugich, a to, co minęło, nie powraca nigdy w takiej samej konfiguracji.

Ta wywodząca się z judaizmu i przejęta później przez chrześcijaństwo linearna doktryna czasu, znajduje współcześnie odbicie w teoriach kosmologii przyrodniczej, w której wskazuje się chociażby na fakt przestrzennej ekspansji wszechświata – w miarę upływu czasu rozszerza się on, a gęstość materii, której ilość jest stała, zmniejsza się, co sprawia, iż w kosmosie wyróżnić dają się stany czasowo późniejsze od czasowo wcześniejszych. Na dodatek wszechświat ekspanduje z coraz większą prędkością, albowiem zaobserwowano, że im większa jest odległość świecącego i oddalającego się od nas obiektu w rodzaju mgławicy pozagalaktycznej, tym większa jest prędkość, z jaką ucieka od nas emitowane przezeń światło.

Inną empiryczną przesłanką świadczącą o poprawności linearnej koncepcji czasu jest wzrost entropii. Ogół procesów energetycznych odznacza się bowiem tym, że zwiększa się ilość ciepła zredukowanego. Kiedy więc porównujemy ze sobą dwa układy, to wcześniejszy jest ten z nich, w którym entropia jest niższa, zaś późniejszy ten, który odznacza się wyższą entropią.

Matematyka, fizyka i filozofia przyrody starają się ujmować czas obiektywnie, nie zwracając uwagi na jego ludzkie oblicze. Rzecz jasna filozoficzno- przyrodnicze rozważania nad czasem są wytworem człowieka, noszą na sobie piętno jego myśli, dopiero perspektywa antropologii filozoficznej i psychologii uwzględnia głębię podmiotowego przeżywania czasu przez byty osobowe. Są one zaopatrzone w świadomość i samoświadomość, które oznaczają obecność umysłu dla samego siebie w aktach pojmowania i sądzenia. Osoba jest istotą, która nie tylko „wie coś”, odnosząc się do czegoś, co jej świadomość transcenduje, ale też „wie o tym, że wie”, gdyż ma zdolność autorefleksji. W związku z tym jest ona obecna w świecie inaczej niż kamień, roślina czy nawet zwierzę. Znamionuje ją to, że jakoś ustosunkowuje się do zastanej rzeczywistości, poszukuje sensu swego istnienia, a także pyta o cel uniwersum jako pewnej całości. Za Martinem Heideggerem (1889-1976) możemy powiedzieć, że człowiekowi przysługuje specyficzny sposób bycia, jaki określa się mianem „egzystencji”. Jestestwo ludzkie troska się o siebie, a jego życie w dużej mierze przebiega właśnie w perspektywie czasowości. W każdym momencie wybiega bowiem poza to, co jest, będąc ciągłym projektem, ukierunkowanym na przyszłość, a zarazem rzuconym w świat i korzystającym z tego, co już było.

Refleksja nad czasem nie może zatem ograniczyć się do zewnętrznego wobec bytu ludzkiego przedmiotu dociekań teoretycznych. Czas obchodzi człowieka, a jego egzystencja naznaczona jest przemijaniem. Osoba wyraża się poprzez ciało, które ponadto zapewnia jej łączność z dostępną empirycznie rzeczywistością. Przy czym somatyczna sfera każdego indywiduum przypomina nam – jak zauważył Blaise Pascal (1623-1662) – o uwikłaniu w wymiary przestrzenny, liczbowy i czasowy. Orientujemy się, że chwile bezpowrotnie umykają w odmętach przeszłości, przybywa nam lat, starzejemy się. Czasowość współtworzy wszakże egzystencję każdej jednostki. U poszczególnych osób percepcja czasu przebiega odmiennie, w zależności od kontekstu biograficznego, wieku biologicznego, dotychczasowych doświadczeń czy samopoczucia.

Często czujemy, że czas zwalnia lub przyspiesza w zależności od tego, czym aktualnie się zajmujemy. Czekając w kolejce do lekarza dłuży się nam niemiłosiernie, a kiedy udaliśmy się do ośrodka zdrowia nie tylko po zwykłą receptę, lecz w celu odebrania wyników ważnych badań medycznych, to upływające minuty i towarzyszący im strach wydają się wiecznością. Wprost odwrotnie jest natomiast w przypadku miłego spotkania z kolegą, podczas którego rozkoszujemy się smakiem dobrego piwa i spacerujemy wzdłuż brzegów Rudawy. Kiedy kończy się nam trunek i orientujemy się, że pora wracać do domu, ogarnia nas smutek, a zarazem zdziwienie, iż przyjemne chwile zleciały zbyt szybko.

Podobne odczucia są zresztą udziałem już kilkuletnich dzieci, które protestują, gdy dobiega końca czas przeznaczony na rekreację w ogrodzie zoologicznym lub na placu zabaw. Jednak podczas odrabiania lekcji oburzają się, że wykonywanie uciążliwych obowiązków trwa za długo. I choćby zarówno na rozrywkę, jak i na naukę poświęciły dokładnie tyle samo jednostek czasu, to i tak to, co przyjemniejsze, będzie się im jawić jako upływające szybciej, a to, co wiążące się z trudem bądź pewną dozą lęku, sprawi wrażenie czynności nieznośnie długich. Kwadrans zawsze liczy 15 minut, lecz kiedy na coś czekamy i ogarnia nas nuda, to zdaje się on trwać znacznie dłużej, aniżeli wówczas, gdy wyśmienicie bawimy się w doborowym towarzystwie. Postrzeganie czasu okazuje się wobec tego względne, a nasz mózg na każdy moment nakłada swój filtr interpretacji.

Amerykański psycholog i filozof William James (1842-1910) zwrócił uwagę na fakt, że gdy przybywa nam lat, to wydaje się nam, iż czas przyspiesza. Wynika to z tego, że w młodości, a zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie, wiele działań podejmujemy po raz pierwszy i otaczająca rzeczywistość, jak również nasze wewnętrzne przeżycia i emocje, są dla nas czymś nowym i zadziwiającym. Przez to dłużej rozkoszujemy się chwilą, a rzeczom i zdarzeniom, które dla dorosłych są tak powszednie, że aż niegodne atencji, przyglądamy się z dużym zaciekawieniem. Lecz z wiekiem w nasze życie wkracza rutyna, a dni stają się do siebie łudząco podobne. Efekt ten pogłębia ponadto merkantylny i utylitarny światopogląd dominujący we współczesnej cywilizacji Zachodu, w którym kontemplację uważa się za zbędną stratę czasu. Po wkroczeniu w dorosłość rzadziej przyglądamy się więc światu, stając się obojętnymi na zmiany, jakie zachodzą w przyrodzie czy w społeczeństwie. Do wielu spraw jesteśmy wówczas po prostu przyzwyczajeni, a informacje, które do nas docierają, nie kuszą już blichtrem nowości. Dla najmłodszych zaś rozmaite zjawiska bywają nieznane, a przez to bardziej interesujące. Skłonni są zatem zatrzymać się nad nimi, a nawet podjąć na ich kanwie pewną refleksję.

Wrażenie szybszego upływu czasu odnosimy także wtedy, gdy koncentrujemy się na realizacji jakiegoś celu. I tak na przykład pisząc artykuł naukowy staramy się skupić na owym zadaniu, a inne sprawy traktujemy wówczas jako marginalne. Dążymy do tego, aby myśli i emocje zredukować do tych, które są niezbędne do zrobienia tego, co zamierzyliśmy. W sytuacjach wyjątkowo mocnego skupienia się na danej czynności możemy nawet do pewnego stopnia zatracić poczucie czasu.

Percypując czas mamy również złudzenie, że zdarzenia przyszłe – te, których nadejścia spodziewamy się – zajdą stosunkowo szybko, zaś przeszłość, nawet dość bliska, zdaje się nam o wiele bardziej odległa. W kierunku tych pierwszych bowiem zdążamy, wybiegając ku nim myślami i przygotowując się na ich nadejście. Zastanawiamy się, jak zachowamy się w sytuacji ich wystąpienia, niejednokrotnie przeprowadzając skrupulatne antycypacje. O przeszłości oczywiście też myślimy, wspominamy ją, a czasami analizujemy i rozważamy, czy przypadkiem nie należało zrobić czegoś lepiej. Lecz wiemy, że tego, co się stało, nigdy nie zmodyfikujemy. Stąd z większą uwagą podchodzimy do tego, co dopiero ma nadejść. Na przyszłość mamy wszakże wpływ, a zdarzeń minionych w żadnym razie nie cofniemy. Mózg redukuje więc aktywność dotyczącą tych ostatnich do minimum.

Nasz subiektywny odbiór upływu czasu spowalniają również sytuacje kontemplacji i zachwytu. Patrząc na Kraków z Kopca Krakusa, zwłaszcza wtedy, gdy na jego szczycie nie ma hałaśliwych studentów i turystów, odnosimy wrażenie, jakby czas nagle się zatrzymał. W pewnym sensie pojmujemy wówczas, czym jest wieczność, a przeżycie takie zahacza swą specyfiką o wymiar mistyczny. Nawet jeśli taka chwila trwa niedługo, choćby kilka minut, to i tak czujemy, że mamy więcej czasu niż w rzeczywistości.

Jak wcześniej wspomniano, czas zdaje się dla nas płynąć wolniej w obliczu lęku i zagrożenia. Amerykański neurobiolog David Eagleman dowodzi, że w warunkach silnego stresu gromadzimy znacznie więcej wspomnień niż w zwyczajnych sytuacjach. Właśnie dlatego nieprzyjemne zdarzenia z przeszłości sprawiają nam niejednokrotnie ogromny ból, który potęguje wiedza o dotyczących ich szczegółach, pamiętanych często z fotograficzną dokładnością. Kiedy ogarnia nas wielki strach, czas zdaje się zatrzymywać, a każda chwila trwa niewspółmiernie długo w stosunku do stanu faktycznego. Wiedzą o tym ofiary wypadków, które o kilkusekundowych wydarzeniach opowiadają tak, jakby widziały je w zwolnionym tempie. Bywa, że człowiek chciałby wymazać tego typu obrazy z pamięci, lecz są one na tyle sugestywne, iż okazuje się to zazwyczaj niemożliwe aż do końca życia.

Znacznie lepsze jest więc wspominanie dobrych momentów, co sprawia, że wydają się one dłuższe, napełniając nas pozytywną energią. Tak się jednak składa, że przywoływane w chwilach smutku, mogą wywoływać wprost odwrotne następstwa. Kiedy po śmierci bliskiej nam emocjonalnie osoby przypominamy sobie cudowne momenty, jakich wspólnie z nią doświadczyliśmy, to z trudem powstrzymujemy się przed uronieniem łez. Często zaś nawet ktoś o twardym charakterze nie umie wtedy uniknąć płaczu. Paradoksalne okazuje się to, że nawet na myśl o śmiesznej historyjce opowiedzianej niegdyś przez tę osobę, przeszywają nas rozpacz i pustka. Coś, co było niezwykle miłe i urocze, jak choćby ciepła herbata, którą zrobiła nam ukochana babcia po tym, jak w chłodny jesienny wieczór wróciliśmy zziębnięci do domu, wspominane po jej odejściu potrafi odbierać oddech i powodować dojmujący ból, którego nie opiszą żadne słowa.

To dlatego preferujemy powroty do miłych dla nas miejsc. Jak śpiewał Zbigniew Wodecki (1950-2017): „Lubię wracać tam, gdzie byłem już (…)/Na uliczki te znajome tak”. Jednakowoż szybko orientujemy się, że po odwiedzeniu znajomych nam ulic, próżno na nich szukać umiłowanych przez nas twarzy, zadzierzgniętych z nimi onegdaj więzi i związanych z nimi zdarzeń. Te ostatnie bezpowrotnie zabrał właśnie czas. Nie do końca rację miała jednak Wisława Szymborska (1923-2012), która pisała, że „Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy/dwóch tych samych pocałunków, dwóch jednakich spojrzeń w oczy”. Owszem, nie ma rzecz jasna dwóch identycznych dni, które wypełnione byłyby takim samym tokiem wydarzeń. Lecz pocałunki czy spojrzenia w oczy, nawet jeśli kiedyś się przytrafiły, bardzo szybko zostają zdetronizowane przez niepodzielnie panującą samotność, pod znakiem której przebiega życie współczesnego człowieka. Sytuacji opisanych przez krakowską poetkę po prostu więc nie ma, a samotnicza egzystencja jednostki naznaczona jest cierpieniem, toteż upływ czasu i przemijanie są dla nas nieznośne. Czas, jaki dzieli nasze narodziny od śmierci, wypełnia przede wszystkim ból, przez co okazji do chwytania miłych chwil nie ma właściwie wcale.

Podkreśla się, że znamienna dla dzisiejszych czasów jest wyjątkowo duża liczba samobójstw. I tak na przykład na obszarze Polski w rekordowym pod tym względem 2014 roku życie odebrało sobie ponad 6 tysięcy osób. W innych krajach skala tego zjawiska okazuje się równie zatrważająca, lecz biorąc pod uwagę zwiększający się stale poziom atomizacji społecznej, należy dziwić się, że prób samobójczych jest „tylko” tyle. Być może samotność zbierałaby jeszcze większe żniwo ofiar śmiertelnych, aniżeli ma to miejsce obecnie, gdyby nie przekonanie o tym, że absolutnie nikt – wyjąwszy w niektórych wypadkach rodziców czy dziadków – nie wzruszy się naszą śmiercią. Jak zauważa Jean-Paul Sartre (1905-1980), człowiekowi współczesnemu obojętne jest, czy mamy poniedziałek bądź sobotę – zazwyczaj nie dostrzega on tego, gdyż jego dni popychają się w bezwładzie. Wypełniają je zautomatyzowane czynności i egzystencjalna pustka. Osoba wierząca jest oczywiście w o tyle korzystniejszym położeniu, że niemożność odezwania się do bliźniego kompensuje rozmową z Bogiem, czyli modlitwą. Jednakowoż ukonstytuowanie się bytu społecznego jest konieczne do wyzwolenia się wszystkich potencjalności, jakie tkwią w jestestwie ludzkim. Nasza natura jest po prostu taka, że oprócz odniesienia do Absolutu potrzebujemy też trwałych i głębokich relacji interpersonalnych. Wiedział o tym przywołany uprzednio Arystoteles, który stwierdził, że nikt nie chciałby żyć bez prawdziwego przyjaciela, a jego intuicje w pełni potwierdza współczesna nauka, ponieważ jest całkowicie jasne, iż bez autentycznych międzyludzkich więzi nasze mózgi nie rozwijają się poprawnie. Mężczyzna poszukuje dopełnienia w kobiecie i na odwrót, albowiem nikt z nas nie jest stworzony do tego, by żyć niczym samotna wyspa. Tymczasem relacje międzyludzkie są dziś nad wyraz efemeryczne i powierzchowne. Stykamy się z innymi ludźmi, bo – zwłaszcza w wielkich aglomeracjach – jesteśmy blisko nich w sensie przestrzennym. Lecz psychicznie i duchowo znajdujemy się od nich niezmiernie daleko. Co wrażliwsze jednostki pragną zbliżyć się do innych osób, ale te okazują się obwarowane czymś w rodzaju emocjonalnie oschłej powłoki i kolczastego pancerza, które sprawiają, że wydostanie się z piekła samotności staje się niemożliwe. Pojawia się więc u nich lęk przed życiem pozbawionym sensu, a wszelkie sytuacje stresowe – jak wcześniej wspomniano – budują poczucie wolniejszego upływu czasu. Paradoksalne jest jednak to, że życie w osamotnieniu i bez większych perspektyw przełamania tego stanu, aczkolwiek budzące przerażenie, od pewnego momentu prowadzi do popadnięcia w swoisty marazm. Wówczas egzystencja jest szara, a dni powtarzalnie smutne i przemijające w stosunkowo szybkim tempie. Każda chwila wypełniona jest rozpaczą i niedowierzaniem, że świat społeczny może być na tyle absurdalny, iż mając do dyspozycji mnóstwo nowoczesnych urządzeń, które w zamierzeniach miały ułatwiać komunikację, nie mamy z kim porozmawiać. Zostaje nam wobec tego przytłumienie obolałej świadomości i zagłuszenie jej snem czy używkami. Cóż z tego, że w pobliskim parku odrestaurowano alejki i zainstalowano nowe ławki, skoro nieznośnie jest pójść tam samemu? W takiej sytuacji czas płynie zaś szybko, można rzec – nadaremno. Robimy wszystko, co w naszej mocy, aby jak najszybciej zleciało nam do wieczora, czym prędzej usiłujemy zasnąć i jak najmniej myśleć o naszym żałosnym położeniu.

Nie ulega wątpliwości, że każdy z nas wolałby mieć czasu w nadmiarze, aby nie spieszyć się, nie żałować z powodu trudnych do uniknięcia spóźnień na spotkania z ludźmi, na których nam zależy i móc swobodnie rozkoszować się przyjemnymi momentami, nie robiąc sobie później wyrzutów, że towarzyszyło się komuś zbyt krótko lub czegoś ważnego nie zdążyło się powiedzieć. W dzisiejszym zabieganym świecie trudno jednak spowolnić wskazówki zegara. Musimy więc brać przykład z dzieci, które nie poddają się rutynie i każdego dnia starają doświadczać się z uwagą czegoś nowego. Kontemplowanie chwil w zachwycie stanowi bowiem antidotum na przerażający i osłabiający kondycję psychiczną jednostek pęd, jaki zatruwa życie społeczne współczesnego świata. Problem jednak w tym, że przytłaczająca nas samotność i wynikające z niej rozterki, ograniczają lub nawet redukują do zera nasze zdolności do trzeźwej autorefleksji. Co więcej, obarczeni życiowymi trudnościami zwyczajnie nie chcemy i nie potrafimy skupiać na niczym uwagi. Dlatego z przerażająco szybkim upływem czasu dane jest radzić sobie tylko nielicznym.

Marcin Murzyn

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię