Życie ludzkie bez nadziei – jak zauważył niemiecki poeta Friedrich Hölderlin (1770-1843) – byłoby tak jałowe i ulotne, jak iskra odrywająca się od rozpalonego węgla i natychmiast gasnąca. Na szczęście jednak nadzieja zwykle towarzyszy człowiekowi. Zdaje się być nieodłącznym elementem jego egzystencji, tak iż zwykło mówić się, że umiera ostatnia. Niektórzy twierdzą nawet, że dopóki trwa życie, dopóty jest nadzieja. I choć szczęście osiągnąć jest niełatwo, a droga do niego bywa wyboista, to nieomal każdy jej odcinek oświetlany jest przez nadzieję. Toteż możemy wyobrazić sobie jednostkę u kresu życia, której świadomość tłumi potężny ból połączony z wiedzą o rychłej śmierci, ale niepozbawioną przy tym nadziei.

Nazywa się ją matką głupich, co wynika zapewne z faktu, że nader często nie pozostaje ona niczym innym, jak tylko rozpaczliwym buntem przeciwko rozpaczy, podejmowanym bezsilnie z otchłani osamotnienia, odrzucenia czy potępienia. Tymczasem rację przyznać należy raczej tym, którzy tak jak amerykański pisarz Ernest Hemingway (1899-1961), uważają, że głupio jest nie mieć nadziei. W takiej perspektywie – jak twierdzi polski eko-filozof Henryk Skolimowski (1930-2018) – nadzieja okazuje się matką mądrych. Stanowi ona wszakże fundament ludzkiej egzystencji i czynnik, od którego w dużej mierze uzależnione jest zdrowie psychiczne jednostki. Gdyby nie nadzieja, uważa Skolimowski, to niemożliwe byłyby wiara w sens życia i celowość podejmowanych przez nas działań. Nadzieja okazuje się swego rodzaju stymulatorem ludzkich czynów i „paliwem”, które dostarcza nam energii do niepoddawania się nawet w obliczu wyjątkowo ciężkich przeciwności losu. Osoby pełne nadziei nie są więc jednostkami naiwnymi, lecz raczej silnymi i walecznymi. Nadzieja jest zaś niczym tlen dla naszych serc i dusz. Bez niej popadamy w marazm i pesymizm. Oczywiście walcząc i nie składając broni do końca, nie mamy gwarancji sukcesu. Co więcej, czasami jesteśmy nieomal pewni porażki. Rozum mówi nam, że przez okoliczności, w jakich się znaleźliśmy, musimy przegrać. Niemniej serce pcha nas do nieustępliwego boju i choć może niewiele nam on daje – zazwyczaj nic prócz trudu i znoju walki – to jednak przynajmniej podczas wydania ostatniego tchnienia możemy rozkoszować się myślą, że nie daliśmy łatwo za wygraną i nie czekaliśmy na nieuchronny kres z założonymi rękami. W żywieniu nadziei jest zatem także pierwiastek głęboko racjonalny. Po prostu opłaca się ją mieć, a im jest ona silniejsza, tym dla nas korzystniej. Dzięki niej jesteśmy silniejsi w najważniejszym z możliwych wymiarów – w sferze ducha.

Na terenie psychologii przez nadzieję rozumie się życzenie zaistnienia określonego stanu rzeczy połączone z niepewnością, że tak się stanie. Gdyby jednostka miała pewność, że to, na co liczy ziści się z pewnością, to odczuwałaby po prostu radość i emocje wyłącznie pozytywne. Konstytutywnym elementem nadziei jest przeto moment zawahania, który w mniejszym lub większym stopniu hamuje podmiot przed obwieszczeniem swego triumfu w danym aspekcie. Z drugiej zaś strony w przypadku zerowego prawdopodobieństwa zaistnienia pożądanego stanu rzeczy o nadziei nie mogłoby być mowy – u racjonalnej jednostki musiałaby ona wówczas umrzeć, przeradzając się w paraliżujące zwątpienie. W pewnym sensie nadzieja okazuje się także stopniowalna. Kiedy szansa na sukces jest spora i całkiem realna, a pragnienie ziszczenia się jakiejś sytuacji duże, to mówimy o „wielkiej nadziei”. Natomiast określenie „niewielka nadzieja” zastosujemy do deskrypcji sytuacji, w której powodzenie czegoś przez nas chcianego jawi się jako mało prawdopodobne. Dlatego też kibice Wisły Kraków mają małą nadzieję na to, że ich klub wygra w najbliższych latach Ligę Mistrzów, a fani FC Barcelony, mogąc spodziewać się solidnych wzmocnień swojej drużyny, mówią o wielkich nadziejach na zostanie najlepszą piłkarską ekipą Europy.

Trudne dla jednostki są momenty, w których dochodzi do utraty nadziei. Wbrew pozorom nie jest łatwo odebrać człowiekowi nadzieję, aczkolwiek należy zaznaczyć, że to, w jak duże jej pokłady jest się zaopatrzonym, zależy od wielu czynników – biofizycznych, psychospołecznych, ekonomicznych czy duchowych. Nie zmienia to jednak faktu, że do zaniku nadziei faktycznie może u danej osoby dojść, tak iż mówi się wówczas o zwątpieniu. Może ono nastąpić między innymi wskutek przeprowadzenia powtórnej analizy naszego położenia, uzyskania nowych informacji na temat swojej sytuacji, a nade wszystko wtedy, gdy czas oczekiwania na ziszczenie się pożądanego z naszej perspektywy stanu rzeczy osiąga krytyczną wartość, drastycznie zmniejszając szanse na sukces. I tak na przykład zwątpić w ocalenie może uwięziony w kopalni węgla kamiennego po wybuchu metanu górnik, do którego długo nie docierają ratownicy lub mężczyzna przez lata szukający partnerki, lecz spotykający się tylko z brutalnymi odrzuceniami ze strony infantylnych i płytkich kobiet. Truizmem jest skonstatowanie faktu, że utracie nadziei towarzyszą negatywne emocje, które okazują się tym silniejsze, im mocniejsze było niespełnione pragnienie. Potwierdza to zatem intuicje filozofów, którzy podobnie jak choćby przywołany uprzednio Skolimowski utrzymują, że nadzieja jest niezbędna do osiągnięcia psychicznej równowagi, stanowiąc dla człowieka fenomen wręcz życiodajny.

W nieco innej perspektywie nadzieja uchodzi ponadto za cnotę teologalną, za sprawą której pokładamy ufność w obietnicach Chrystusa i z pomocą łaski Ducha Świętego oczekujemy życia wiecznego w zjednoczeniu z Bogiem. Stanowi więc ona element postawy duchowej chrześcijanina, który oczekuje spełnienia się przyrzeczeń zawartych w słowie Bożym. Jej zasadniczym przedmiotem jest natomiast wiara w odnowienie rodzaju ludzkiego i całego wszechświata w Zmartwychwstałym Chrystusie, czemu towarzyszyć będzie uzdrowienie poddanego marności i wybrakowaniu świata oraz ostateczne zwycięstwo nad nękającymi ludzkość grzechem, cierpieniem i śmiercią. Historia znanego nam świata, którą kieruje Opatrzność, znajdzie zwieńczenie w Królestwie Bożym, gdzie zwycięży prawdziwa, bo nieegoistyczna, miłość połączona z dojrzałą i w pełni odpowiedzialną wolnością.

Warto dodać, że nadzieja towarzyszy człowiekowi prawdopodobnie znacznie częściej, aniżeli zwykł on o tym myśleć. Zdefiniowaliśmy ją wszakże jako postawę spodziewania się, że wydarzy się w przyszłości coś, na co czekamy. Jak nietrudno zauważyć, nadzieja odnosi nas zatem do przyszłości, która do pewnego stopnia określa wobec tego także naszą teraźniejszość. Jeśli jest silna i wytrwała, to z większą energią podchodzimy do tego, co dzieje się dziś – napędza nas ona i uskrzydla. Obecna jest przy tym nawet w prozie życia. Przygotowujący się do egzaminu student, choćby był najpilniejszym na roku stypendystą, nigdy nie może mieć pewności, czy zaliczy dany przedmiot. Jednak ufa, że tak właśnie się stanie, jeżeli tylko podejmie określone kroki. Ma przeto nadzieję na to, że trud jego pracy zakończy się sukcesem. Analogicznie jest z pacjentem, który przyjmuje przepisane przez lekarza preparaty, bo liczy, że pomoże mu to wyzdrowieć. Również pasażer pociągu żywi nadzieję, że dotrze bezpiecznie do celu, choć przecież nie może wykluczyć sytuacji, w której dojdzie do tragicznego wypadku i przerwania nie tylko podróży, ale i jego życia.

Ilekroć więc stawiamy przed sobą jakieś cele, tylekroć mamy nadzieję, że nasze wysiłki zakończą się powodzeniem. Stąd można powiedzieć, że nadzieja jest stałym niemalże gościem naszej psychiki. Jednakowoż wydaje się ona obecna w ludzkim życiu także na poziomie głębszym – duchowym bądź nawet religijnym, tak iż okazuje się czynnikiem, który odsyła nas poza horyzont doczesnych celów, jakich realizowanie wypełnia naszą codzienność. Trudno wyrazić ją słowami, lecz każdy człowiek odczuwa związany z nią niepokój, targający nami zwłaszcza w obliczu sytuacji granicznych. Czasami ten niepokój zmieszany jest zresztą z dziwnym, bo pojawiającym się niekiedy nawet w chwilach najbardziej tragicznych, poczuciem bezpieczeństwa. Być może poprawne jest interpretowanie tego fenomenu jako swoistego metafizycznego doświadczenia Boga.

Tak czy inaczej, jak zauważył Dante Alighieri (1265-1321), nadzieja najpewniej przychodzi do człowieka wraz z drugim człowiekiem, albowiem jako istoty stadne ukierunkowani jesteśmy na innych. Dlatego nawet jeśli ktoś ją traci, to warto jest uczynić wszystko, co tylko leży w naszej mocy, aby mu ją przywrócić. Jednym z najdotkliwszych cierpień jest przecież poczucie osamotnienia, a lekiem na nie może być tylko ofiarowanie komuś swojej współobecności i – jak nauczał św. Paweł z Tarsu (ok. 5-ok. 65) – podjęcie próby weselenia się z weselącymi i płakania z tymi, którzy płaczą, jak również starania się czynienia dobrze wszystkim ludziom (Rz 12,15-17). Tylko wówczas będziemy mogli spodziewać się, że życie naszych bliźnich i nas samych nie upłynie nadaremno między wspomnieniem a nadzieją, lecz wypełnione zostanie szczęściem. Tego ostatniego sami bowiem nigdy nie osiągniemy, gdyż kluczem do niego okazuje się druga osoba.

Marcin Murzyn

2 KOMENTARZE

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię