Antyklerykalizm nie jest zjawiskiem nowym, a jego początków można doszukiwać się już w średniowieczu, kiedy towarzyszył dążeniom do obalenia władzy duchownej i zastąpienia jej wyłącznie rządami świeckimi. Szersze ramy osiągnął w dobie reformacji, a następnie w epoce oświecenia. Znaczne triumfy święcił zwłaszcza w związku z rewolucją francuską, tak iż kraj położony nad Loarą i Sekwaną do dziś przeżywa jego niezwykle bolesne i negatywne społecznie następstwa. Od końca XVIII wieku Francja przechodzi bowiem proces wyjątkowo mocno zideologizowanej laicyzacji, która doprowadziła do radykalnego rozdziału Kościoła i państwa, a także wprowadzenia – ustawą z 9 grudnia 1905 roku – skrajnie laickiego szkolnictwa. W pierwszej połowie XX wieku wzorem Francji podążyły też inne państwa Europy, a nawet Ameryki Południowej, wprowadzając laickie ustroje i dokonując ostrego rozdziału Kościoła od państwa. Przy czym ów rozdział, tak wtedy, jak i dziś, wielu liberalnych polityków rozumie zupełnie niewłaściwie – mianowicie utrzymują oni, że przeprowadzenie go skutkować musi zanikiem każdej formy współpracy między organami państwowymi i Kościołem. Tymczasem rozumna troska o dobro wspólne wymaga w wielu sytuacjach współdziałania władzy z osobami duchownymi. Obecnie zaś zapomina się o tym jeszcze częściej niż u progu XX wieku, bowiem w minionym stuleciu ludzkość doświadczyła – za sprawą ustrojów totalitarnych – szczególnie agresywnej postaci antyklerykalizmu, jaka obecna była nie tylko w Związku Radzieckim, gdzie już w ciągu pierwszych pięciu lat po rewolucji bolszewickiej zamordowano ponad 1200 duchownych, ale też w nazistowskiej III Rzeszy i w faszystowskich Włoszech. Warto wszakże pamiętać, iż Benito Mussolini (1883-1945), zwłaszcza w początkowym okresie życia, odznaczał się silną niechęcią do księży, których określał „czarnymi mikrobami, czyniącymi równie wiele szkód jak prątki gruźlicy”.

Tragiczne doświadczenia okresu II wojny światowej i totalitaryzmów, włącznie z niemieckimi obozami zagłady, w których masowo ginęły także osoby duchowne, nie przyniosły całkowitej dyskredytacji zjawiska antyklerykalizmu, gdyż szereg środowisk – między innymi liberałowie, feministki czy propagandziści mający na celu popularyzację dewiacji seksualnych – nawiązuje, mniej lub bardziej świadomie, do standardów panujących w ZSRR czy III Rzeszy i wciąż szerzy, na ogół niesłychanie prymitywną, walkę przeciwko duchowieństwu, głównie katolickiemu. Dotyczy to również Polski, gdzie po 1989 roku antyklerykalną nagonkę organizowały początkowo przede wszystkim tygodniki „Fakty i Mity” oraz „NIE”, a później „Gazeta Wyborcza”, stacja telewizyjna TVN, jak również portal internetowy i czasopismo „Krytyka Polityczna”. Reprezentujący rzeczone środowiska publicyści, politycy i działacze społeczni rzadko stosują wobec kleru i ludzi wierzących przemoc fizyczną, czego nie można jednak powiedzieć o ludziach inspirowanych ich działaniami. Tak było chociażby w 2010 roku, kiedy brutalnie atakowano osoby broniące krzyża na Krakowskim Przedmieściu czy w lipcu 2018 roku, gdy wandale – najprawdopodobniej reprezentujący ruchy feministyczne – dopuścili się między innymi zdewastowania obiektów należących do kurii warszawsko-praskiej. Regularnie dochodzi zaś do wulgarnego wyzywania, a nierzadko także fizycznego atakowania osób, które publicznie sprzeciwiają się aborcji. Gdy wychodzą na ulice miast, aby wyrazić poparcie dla postulatu ochrony każdego ludzkiego życia, agresywni adherenci cywilizacji śmierci, przede wszystkim feministki, kierują pod ich adresem szereg obscenicznych gestów i obelg.

Wszystko to przemawia za tym, iż nasilenie, z jakim – także w Polsce – występuje obecnie antyklerykalizm, jest stosunkowo duże. Ideologia społeczno-polityczna i postawa życiowa wyrażająca się w niechętnym lub nawet wrogim stosunku do udziału kleru w życiu publicznym może oczywiście przejawiać się rozmaicie i przybierać różne formy – od przedstawiania merytorycznych argumentów w mediach po prymitywną i wulgarną nagonkę, której celem jest podgrzewanie nastrojów społecznych i wzbudzenie agresji wobec osób duchownych. Nie ulega wątpliwości, że sprzeciw wobec działalności duchowieństwa i – szerzej – religijnych instytucji wyznaniowych, zdaje się dziś przybierać postać coraz bardziej skrajną, tak iż wielu przedstawicieli środowisk niechętnych klerowi czyni wszystko, aby jak największej części społeczeństwa zohydzić biskupów, księży, zakonników i zakonnice. Duchowieństwo kreowane jest na wcielenie wszelkiego zła, a nade wszystko ludzi chciwych, podstępnych, obłudnych, zniewolonych przez nałogi i rozpasanych seksualnie. Dane o jednostkowych przypadkach nadużyć, które niewątpliwie zdarzają się wśród ludzi Kościoła, próbuje się – zupełnie cynicznie i niesprawiedliwie – ekstrapolować na całą instytucję, a nierzadko również ludzi wierzących. Każdy, kto w jakikolwiek sposób utożsamia się z katolicyzmem – jak próbują wmówić opinii publicznej liberałowie – jest człowiekiem złym i zepsutym moralnie.

Antyklerykalna nagonka, której jesteśmy obecnie świadkami, jest bardzo podobna do agresywnej propagandy antysemickiej, jaką w III Rzeszy nakręcali naziści. Typowy antyklerykalny tekst, jaki ukazuje się na łamach brukowców w rodzaju „Gazety Wyborczej” czy „Newsweeka”, mógłby zresztą – po drobnych korektach polegających na zastąpieniu słów „kapłan” i „ksiądz” określeniem „Żyd” – uchodzić za modelowy paszkwil o charakterze antysemickim. Łatwo zauważyć, że myślenie antysemitów i antyklerykałów opiera się na bardzo podobnych schematach, a jednych i drugich łączy chorobliwa przypadłość polegająca na dawaniu upustu swym lękom i fobiom poprzez szkalowanie – pozbawione merytorycznych podstaw – określonych grup społecznych, które mają rzekomo odpowiadać za najważniejsze problemy społeczne.

W rozwijaniu swej propagandy antysemici i antyklerykałowie korzystają też z podobnego zestawu środków. Owe środki są nader ubogie i sprowadzają się do prostej – wręcz prostackiej – zasady, którą trafnie charakteryzują trzy wdzięcznie rymujące się słowa: „korek, worek i rozporek”. Nieco inaczej rzecz ujmując, chodzi o alkohol, pieniądze i seks, a więc szczególnie sensacyjne i nośne medialnie – przede wszystkim dla prasy brukowej – tematy.

Zatem nie ma nic dziwnego w tym, że znany polski reżyser Wojciech Smarzowski, opracowując swój głośny ostatnimi czasy film Kler, odwołał się właśnie do trzech wspomnianych toposów. Chwalona przez wielu przedstawicieli środowisk liberalnych produkcja jest jednak zwyczajnie nudna i do bólu przewidywalna, albowiem nie ma w niej niczego, czym nie zdążono by już osób duchownych obrazić. Nawiasem mówiąc, w podobny sposób atakowano ongiś Żydów, których w stopniu przejaskrawionym obrazowano – bez większego znaczenia dla propagandzistów, czy zgodnie z prawdą, czy zupełnie fałszywie – jako swawolnie ucztujących za pieniądze pochodzące z wyzysku lichwiarzy i oddających się nieprzyzwoitym praktykom seksualnym zbereźników. Podobne motywy, z tym, że z księżmi w rolach głównych, spotkamy w filmie Smarzowskiego, który w swym kinowym hicie (bądź raczej kicie) ukazał kapłanów jako chciwych dorobkiewiczów, dla których liczą się wyłącznie pieniądze i kariera, zdegenerowanych alkoholików i obżartuchów, jak również dewiantów seksualnych uwodzących rzekomo niewinne kobiety i krzywdzących dzieci.

Obrazy to niewątpliwie sugestywne i przemawiające do wyobraźni, lecz – pomijając fakt, że zdecydowanie przejaskrawione, a przez to nieprawdziwe i niesprawiedliwe – skrajnie obłudne w swych intencjach z uwagi na to, kto jest ich twórcą. Nie chodzi tu tylko o film Smarzowskiego, ale o cały w ogóle antyklerykalny przekaz środowisk liberalnych, który wytyka nadużycia Kościoła sugerując, jakoby ludzie wierzący i duchowieństwo reprezentowali ciemną stronę mocy, zaś ateiści i liberałowie byli krystalicznie czyści, nieomal bez skazy. Tymczasem faktycznie jest – w dużej mierze – wręcz odwrotnie. Powiedzieliśmy, iż w dużej mierze, bo – rzecz jasna – wśród ludzi Kościoła dochodzi do nadużyć i nie chodzi o to, aby ten fakt negować, lecz znamienne jest to, że ci, którzy tak wiele katolikom, a przede wszystkim ludziom duchownym, zarzucają, prezentują tryb życia w wysokim stopniu nieobyczajny, co bez wątpienia osłabia wiarygodność ich przekazu.

I tak na przykład częstym zarzutem, jaki liberałowie wysuwają pod adresem księży, jest ich rzekoma chciwość i dążenie do bogacenia się. Jako przykład podaje się bardzo często o. Tadeusza Rydzyka, który w przekazie medialnym stacji telewizyjnej TVN, portalu Onet.pl czy „Gazety Wyborczej” urasta do rangi swoistego symbolu luksusowego życia polskiego duchowieństwa. Oskarżenia, które wysuwa się przeciwko o. Rydzykowi są oczywiście nieprawdziwe, ponieważ jako zakonnik nie posiada on na własność żadnych dóbr materialnych i żadne z dzieł, które powstały przy jego udziale, tak naprawdę do niego nie należy. Co więcej, służą one społeczeństwu, bo tak Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, jak i Radio Maryja czy TV Trwam są dobrami, z których korzystać może zasadniczo każdy Polak, także niezamożny. Nawiasem mówiąc tak przystępny nie jest zaś chociażby portal internetowy „Gazety Wyborczej”, na którym za przeczytanie znacznej części artykułów trzeba zapłacić. Zaprzyjaźniona z medialnym imperium (zresztą coraz bardziej słabnącym) Adama Michnika stacja TVN – tak bardzo skora do wytykania o. Rydzykowi rzekomego naciągania starszych słuchaczy Radia Maryja do płacenia rozmaitych datków – nie waha się natomiast pobierać opłat za różnorakie porady wróżek lub uczestniczenie w znikomym stopniu ubogacających byt ludzki głosowaniach na ulubionych aktorów telewizyjnych programów rozrywkowych. Poza tym już sam fakt, że media o nastawieniu wyraźnie liberalnym – także w sensie gospodarczym – krytykują kogokolwiek, mniejsza o to, czy słusznie, czy nie, za finansowe bogacenie się, zakrawa na absurd i hipokryzję. Wysokie dochody uzyskiwane przez wielkie koncerny medialne nie przyczyniają się (lub co najwyżej w znikomym stopniu) do pomocy najbardziej potrzebującym. Natomiast Kościół, co trudno negować, już od stuleci rozwija na całym świecie zakrojone na szeroką skalę dzieło pomocy charytatywnej, tak iż jego przedstawiciele – w tym właśnie osoby duchowne – obejmują troską nawet tych, o których zapomniały wszelkie inne agendy.

Nie na miejscu jest też wytykanie ludziom Kościoła rzekomo hulaszczego trybu życia, jeżeli samemu hołduje się wyjątkowo niskim rozrywkom, propagując postawy nad wyraz niemoralne. Na antenach takich stacji, jak TVN czy Polsat, programy ukazujące na różne sposoby imprezy, ucztowanie, zabawowy tryb życia i afirmujące rozluźnienie obyczajów pojawiają się tak często, że ten czy inny kapłan spożywający w nadmiernych ilościach alkohol – co oczywiście wzbudzać powinno słuszne zgorszenie – jest jednak zaledwie uczniakiem w porównaniu chociażby do uczestników programu „Warsaw Shore” bądź nawet statystycznych współczesnych nastolatków, których praktyczne kompetencje w zakresie używek i seksu dorównują dokonaniom gwiazd anglosaskich filmów porno.

Najbardziej krzywdzące spośród wszystkich zarzutów, jakie wysuwa się pod adresem duchowieństwa, są jednak te, w których księża stawiani są w rolach seksualnych przestępców. I znowuż nie chodzi o to, ażeby zamiatać pod dywan prawdę o faktycznych nadużyciach w tym zakresie bądź całą sprawę bagatelizować. Rzecz jednak w tym, iż posądzenie kogoś o występki w rodzaju gwałtów lub czynów pedofilskich ma niesłychanie wielki ciężar gatunkowy. Łatwo wyobrazić sobie, że ktoś, o kim ukuto by plotkę, iż jest pedofilem – nawet gdyby faktycznie nim nie był i po jakimś czasie zdołał w przekonywający sposób oczyścić się z zarzutów – do końca swych dni byłby kimś naznaczonym niczym trędowaty, albowiem współcześnie w naszym kręgu kulturowym – zresztą nie bez pewnej przesady – dzieci traktowane są jako najbardziej uprzywilejowani członkowie społeczeństwa. Tymczasem bardzo wielu księży katolickich – z pewnością znacznie więcej niż tych, którzy faktycznie takich czynów się dopuszczają – oskarża się pedofilię bądź gwałty na nieletnich, tworząc wrażenie, jakoby cała społeczność osób duchownych była w ten proceder uwikłana. Tym samym zaś stygmatyzuje się, na zasadzie swoistej odpowiedzialności zbiorowej, całą grupę ludzi, którzy w przemożnym stopniu są tak naprawdę niewinni. Bowiem niesłusznie oskarżyć kogoś o gwałt na kobiecie czy molestowanie dziecka jest bardzo łatwo, gdyż ten, kto przedstawia się w roli ofiary, kiedy już sformułuje swoje zarzuty, zawsze – niezależnie od tego, czy jest dojrzałą psychofizycznie kobietą czy jednostką małoletnią – występuje w stosunku do oskarżonego (zwłaszcza wtedy, gdy ten jest mężczyzną) z pozycji siły. Jest tak właśnie z uwagi na to, że zarzut popełnienia przestępstwa na tle seksualnym ma w dzisiejszych czasach niezwykle silną moc kompromitującą tego, przeciwko komu zostaje skierowany. Przykładowo kobiecie, która oskarża o gwałt mężczyznę – nawet zamożnego i bardzo wpływowego – niemalże od razu daje się wiarę, tak iż potępienie społeczne domniemanego gwałciciela następuje zazwyczaj jeszcze zanim przedstawi się jakiekolwiek niezbite dowody na to, że do gwałtu rzeczywiście doszło. Można więc powiedzieć, że w świetle tego typu oskarżeń – nawet całkowicie bezpodstawnych – mężczyzna znajduje się od razu na straconej pozycji. W tym gorszym położeniu jest zatem kapłan, który przynależy przecież do wspólnoty, pod adresem której rozsiewa się dziś najbardziej ordynarne kalumnie.

Inną sprawą jest zaś to, że pod pojęciami takimi, jak „gwałt” czy „molestowanie seksualne” niektórzy rozumieją dziś najrozmaitsze zachowania, czasami również takie, które – obiektywnie rzecz biorąc – z brutalną napaścią o charakterze seksualnym nie mają nic wspólnego. Możemy śmiało zakładać, że przynajmniej część zachowań księży, którzy oskarżeni zostali na przykład o popełnienie czynów pedofilskich, tak naprawdę nie nosiło znamion takich występków. Nie zapominajmy bowiem, że żyjemy w czasach nadmiernie rozwiniętego indywidualizmu, który już dawno zdążył przerodzić się u wielu jednostek w wyrachowany egoizm. Zanika prawdziwa przyjaźń, a związki międzyludzkie coraz bardziej się rozluźniają. Ludzie odgradzają się od siebie do tego stopnia, że kilkusekundowe spojrzenie komuś w oczy w tramwaju lub zahaczenie o drugą osobę fragmentem płaszcza w stłoczonym autobusie mogą zostać uznane za przejawy nieuprawnionych ingerencji w czyjąś sferę prywatności czy intymności. Niekiedy nawet komplement rzucony w stronę kobiety lub żartobliwa uwaga mająca na celu rozluźnienie nazbyt sztywnej atmosfery, bywają uznawane za coś w rodzaju „werbalnego molestowania”. Trudno się zatem dziwić, że wychowane w takich obyczajach dziecko, gdy zostanie przytulone lub pogłaskane po głowie przez księdza, okrzyknie go pedofilem. Uwaga ta nie jest wcale przesadzona, gdyż na portalu zajadle antyklerykalnej „Krytyki Politycznej” można natknąć się na teksty piętnujące Jana Pawła II za to, że przytulał przybywające do niego na audiencje dzieci.

Poprzez swą propagandę liberałowie chcą stworzyć wrażenie, jakoby nadużycia w sferze seksualnej stanowiły domenę li tylko ludzi Kościoła. Jest to zaś oczywista obłuda, albowiem to właśnie reprezentanci środowisk liberalnych obyczajowo są ideowymi spadkobiercami rewolucji seksualnej z lat sześćdziesiątych XX wieku, która okazała się być katalizatorem procesu zepsucia moralnego współczesnego świata. To za sprawą liberałów współczesne media epatują informacjami o seksie, a spacerując po ulicach europejskich czy amerykańskich miast odnosimy wrażenie, iż mijamy nie zwyczajne kobiety, lecz kurtyzany. Nawiasem mówiąc poziom hipokryzji, jaki daje zaobserwować się na przykład na portalach w stylu „Wirtualnej Polski” czy „Interii”, razi tak bardzo, iż można by pomyśleć, że ich redaktorzy mają swych czytelników za bezwolną masę pozbawionych krzty refleksji głupców. Otóż na tego typu stronach internetowych niemalże każdego dnia znaleźć możemy mnóstwo artykułów próbujących przekazać nam informacje na temat rzekomych dobrodziejstw płynących z częstego uprawiania seksu, przy czym teksty te okraszone są zazwyczaj fotografiami łóżkowych scen z udziałem roznegliżowanych kobiet i mężczyzn, a ich zadaniem – czego zresztą nie kryją sami ich autorzy – jest nierzadko zachęcenie do podejmowania czynności seksualnych w sposób niezgodny z prawem naturalnym (stosunek seksualny ma na celu tylko i wyłącznie zapłodnienie kobiety – podjęty z innym zamiarem, na przykład dla przyjemności, jest formą nierządu, nawet wtedy, gdy dokonują go małżonkowie). Z drugiej zaś strony – na tych samych portalach i często w newsach dosłownie sąsiadujących z tymi, które propagują wyuzdany erotyzm – znajdujemy teksty potępiające księży utrzymujących kontakty seksualne z kobietami bądź dopuszczających się molestowania nieletnich, a często też doniesienia, w których ostro krytykuje się – prawdę mówiąc przynoszące niewielką lub zgoła żadną szkodę – zachowania mężczyzn, takie jak żarty z lekkim zaledwie podtekstem seksualnym, a niekiedy nawet niebudzące przez całe dziesięciolecia jakichkolwiek kontrowersji zwyczajne komplementy pod adresem pań. Jest to więc swoiste pomieszanie z poplątaniem, gdyż liberałowie z jednej strony świadomie i z pełną premedytacją podsycają seksualne żądze wśród ogromnej liczby ludzi, a z drugiej strony piętnują pewne zachowania, zwłaszcza w relacjach damsko-męskich, do tego stopnia, że niewinny żart traktuje się niekiedy jako rodzaj molestowania. Jednocześnie są oni skorzy do szukania rozmaitych przewinień w tej materii przede wszystkim u księży. Rzecz jasna trudno byłoby nie zgodzić się z tym, że kapłani – z uwagi na pełnioną przez siebie misję w społeczeństwie – powinni wyjątkowo mocno zabiegać o to, aby żyć obyczajnie i nie budzić zgorszenia, ale wypadałoby zachować elementarną uczciwość i przyznawać, iż grzech i nieczystość występują również u osób świeckich. Szczególnie poważną przewiną liberałów jest natomiast to, że nakręcają oni proces seksualizacji społeczeństwa i nasycania go erotyzmem, przez co skala rozwiązłości przybiera zatrważające rozmiary, a jednostce trudniej przychodzi walczyć z różnego rodzaju pokusami, kiedy zewsząd docierają do niej treści na temat seksu, zaś w przestrzeni publicznej spotyka nieprzyzwoicie prezentujące się kobiety.

Pamiętajmy też o tym, że czymś bardzo częstym w świecie współczesnym jest bezpardonowo prowadzona nagonka na figurę białego, heteroseksualnego mężczyzny, który przedstawiany jest w roli hołdującego przemocy ciemiężcy kobiet i mniejszości seksualnych. „Białym samcem”, którego krwi w sposób wyjątkowo zachłanny żądni są liberałowie i zwolennicy nowej lewicy, jest katolicki ksiądz. Tego ostatniego za wszelką cenę usiłuje się przeto skompromitować i zohydzić opinii publicznej, gdyż – jak oczekują antyklerykałowie – manewr taki może podkopać autorytet Kościoła, który jest strażnikiem tradycyjnych wartości. Ostatecznie chodzi bowiem adherentom permisywizmu moralnego o maksymalne pogłębienie procesu atrofii wartości wysokich i wyniesienie na piedestał kultu zmysłowego używania oraz seksualnego rozpasania, tak aby triumf osiągnęły nihilizm i ateizm.

Przy czym nie wyklucza to tego, że w atakach na Kościół może chodzić także o bardziej prozaiczne cele, jak chociażby zarobienie niemałych pieniędzy. Zwrócił na to uwagę felietonista Radia Maryja i TV Trwam Stanisław Michalkiewicz, który komentując wyrok w sprawie kobiety, której sąd przyznał prawo do odszkodowania w wysokości 1 miliona złotych za wykorzystywanie seksualne przez księdza, stwierdził, że tak dużej sumy nie dorobiłaby się przez całe życie nawet dobrze opłacana prostytutka. Zasadniczo powiedział on szczerą prawdę i coś, z czego nieomal każdy zdaje sobie sprawę, ale spotkał się oczywiście ze strony liberałów z falą ostrej krytyki. Jednakowoż jest jasne, że skoro jako zadośćuczynienie za przewinienie kapłana Towarzystwo Chrystusowe będzie musiało wypłacić komuś tak ogromną kwotę, to w kolejce po pieniądze do instytucji kościelnych mogą wkrótce ustawić się następne osoby. Niepokojące jest zaś to, że oskarżenia przeciwko duchownym wysunąć mogą one nie tylko w oparciu o fakty, lecz także korzystając z dobrodziejstw bujnej wyobraźni, a trudno przypuszczać, iż niezdekomunizowany polski wymiar sprawiedliwości będzie w każdym przypadku umiał podjąć słuszną decyzję. Sprawy nadużyć seksualnych nie są wszakże jednoznaczne, a o całkowicie przekonujący materiał dowodowy jest w ich wypadku niełatwo, natomiast zeznania ofiary – jak wcześniej wspomniano – niezależnie od tego, czy są prawdziwe czy fałszywe, od razu stawiają domniemanego sprawcę, zwłaszcza mężczyznę, na straconej pozycji.

Warto również dodać, że ci, którzy wytykają księżom różnego rodzaju występki nie mają czystych intencji. Na ogół nie chodzi im przecież o dobro osób w jakiś sposób skrzywdzonych przez duchownych, bo rysem charakterystycznym poglądów liberalnych jest wszakże pogarda dla słabszych i uciskanych. Te same jednostki, które biją na alarm w sprawach zbyt dużej chciwości niektórych kapłanów czy problemu pedofilii w Kościele, opowiadają się bowiem za wprowadzeniem aborcji na żądanie bądź są zwolennikami eutanazji. Faktycznie chcą one realizować swoje partykularne interesy, zabiegając o ateizację sfery publicznej i triumf konsumpcjonizmu. Sugestywny jest przeto nawet termin premiery głośnego filmu Smarzowskiego, którego wejście na ekrany kin zbiegło się z finiszem kampanii do wyborów samorządowych. Film Kler miał bowiem wzmocnić te stronnictwa, których przedstawicielom bliżej jest do tzw. cywilizacji śmierci. Na ile jego oddziaływanie okaże się skuteczne, czas pokaże. Niemniej jednak patrząc na rozmaite metody walki z Kościołem, stwierdzić trzeba, że są one dość mało wyrafinowane, a czasami wręcz prymitywne, tak iż swą płytkością intelektualną zniechęcają wielu ludzi do ideologii antyklerykalizmu. Arsenał środków do zwalczania katolicyzmu jest zatem nader skromny, dlatego – wbrew wielu trudnościom – przyszłość zdaje się należeć do tych, którzy pragną żyć w przyjaźni z Bogiem.

Marcin Murzyn

2 KOMENTARZE

  1. Początek tekstu to antyfaszystowski miszmasz ( ciężko orzec po co ?) , przy klasycznym przemilczeniu radykalnie pozytywistycznego charakteru pierwszej endecji , który tez przywołany zresztą zostać tu nie powinien ,bo to nie ten temat, tak samo jak i ten Mussolini, ale wrzucanie do worka jak zwykle, bywa niekompletne. Po wtóre , nie koniecznie tak definiuje się antyklerykalizm jak wyłuszczono na początku powyżej. W świecie, tak jak i w naszym społeczeństwie , antyklerykalizm to tylko częściowo niechęć do udziału księży w ,,życiu publicznym”. Zresztą patrząc na wykładnie hierarchów jak i niektórych, czy wręcz wielu,szeregowych kapłanów, w niektórych przypadkach rugowanie ich wpływu (niektórych z nich )na społeczeństwo miało by sens. Ale do wątku, antyklerykalizm taki jaki jest ,to po prostu wściekły atak na samo istnienie księży, chęć odebrania ludziom szafarzy do sakramentów,i zniszczenia , jeszcze regularnego w Polsce sprawowanie Mszy Świętej, atak prowadzony przez bardzo konkretne ośrodki ideologiczne, podlany jedynie sosem gawiedziowego antyklerykalizmu ,,ludowego”. O plusach artykułu nie będę pisał, bo jest ich kilka zdecydowanie, choćby ten grający na nerwach nowoczesnego świata, wręcz WASP-owski 😉 motyw białego człowieka. 😉 , choć później też pojawiają się chyba nie zbyt potrzebnie moralizatorskie tony, które zawsze w społeczeństwie będą eskapadą motyką na słońce, a czasem też ,co widać często w Internecie gdy pojawia się kwestia obyczajówki ,( nie mowie ,że w tym tekście) przybierają postać antyludzkiej acz komicznej pseudognozy . Na koniec, gdyby niezbyt zrozumiale odczytać początek tekstu, to można by było sądzić ,tak miedzy wierszami odczytując, ze polski nacjonalizm jakkolwiek walczył w obronie wykorzystywania Krzyża na pewnym Przedmieściu, przez pewną wiodącą dziś opcję , czy też jakkolwiek wspierał zbierający się tam ( z różnych pobudek) tłum. Żadna chyba z organizacji mieniących się narodowo-radykalnymi ( a już wtedy te ,,wewnętrzne” nacjonalistyczne relacje były pełne rozbieżności, niesnasek i wrogości nawet ) nie zdecydowała się na tak ,, specyficzny ” krok.

  2. Ja to szanuję Pana Michalkiewicza, w wielu sprawach ma rację. Jednak uważam, że ta wypowiedź o tym, że: “sąd przyznał prawo do odszkodowania w wysokości 1 miliona złotych za wykorzystywanie seksualne przez księdza, stwierdził, że tak dużej sumy nie dorobiłaby się przez całe życie nawet dobrze opłacana prostytutka.” była niewłaściwa. Nie o to chodzi, ile zarabiają prostytutki. Ale zestawienie niewinnej dziewczyny, która była zgwałcona, z prostytutkami, które sobie same wybierają ten zawód jest krzywdzące. Przesadą jest, by niewłaściwa wypowiedź była przedmiotem sprawy sądowej. Sądy powinny być od poważnych spraw, a tu wolność wypowiedzi jest, pomówienia nie było. Więc sprawa nie powinna podlegać sądowi, ale nie uważam tej wypowiedzi za moralnie właściwą. A druga sprawa, na którą chcę zwrócić uwagę, to polityka Lenina-Trockiego i Stalina wobec religii. Lenin i Trockij byli zdecydowanymi wrogami religii, ale na samym początku po rewolucji niszczenie zaczęli od prawosławnych. Generał Anton Iwanowicz Denikin w “Oczierkach Russkoj Smuty” zauważył, że w pierwszym okresie innych religii nie niszczyli. Potem się zaczęło. Podczas wojny w 1920 r. już była walka z katolicyzmem w Polsce. Dziadek mój miał wtedy 6 lat ale opowiadał mi, jak chłopi położyli się na drodze, by bolszewicy nie mogli wywieźć księdza. Natomiast w czasach Stalina, na początku też zbudzono z rozkazu Kaganowicza Hram Hrista Spasitelja, ale podczas wojny Stalin zmienił politykę wobec prawosławia. Spotkał się z duchownymi prawosławnymi, cofnął część restrykcji z czasów Lenina-Trockiego. Robił to w warunkach przerażenia, że Niemcy podbiją ZSRR. Chciał pozyskać lud prawosławny do walki z wrogiem, ale czy tylko? Podobno podczas wojny modlił się przed ikoną Matki Boskiej. Natomiast wobec katolicyzmu miał naprawdę wrogi stosunek. Jest prawdą, że Pius XII był germanofilem i wspierał propagandowo Niemcy, jednak my wierzymy, że represje przeciw Kościołowi Katolickiemu obrażają samego Boga. Oczywiście katolicy Polacy byli szczególnie poszkodowani, chociaż przyznaję, że zwalczał szczególnie unitów. Duchowieństwo unickie współpracowało w dużej mierze z banderowcami. Niektórzy wręcz popierali ludobójstwo na Polakach. Ale tu sam muszę uważać, by nie popełnić tego grzechu, co Stalina (Ja w myślach, a nie w realnym działaniu). Duchowieństwo greko-katolickie to jedno, a sama unicka cerkiew jest częścią Kościoła Powszechnego (Katolickiego). Jak pogodzić szanowanie ich ze względów teologicznych, z jednoczesnym zaznaczeniem tego, jakie było ich duchowieństwo, to trudna sprawa.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię