Niektórzy mogą twierdzić, że wydarzenia ostatnich dni coś w Polsce zmieniły – zakończyły zjawisko kulturowego katolicyzmu, pozwoliły antyklerykalizmowi zaistnieć na większą skalę w sferze publicznej, zaczęły “wojnę”. Otóż nie, wojna trwa od dawna, toczona każdego dnia o ludzkie serca i umysły, niewidoczna nawet dla znacznej części jej uczestników. Niedawno weszła w swoją gorącą fazę – spór ideowy został przeniesiony na ulicę.

Ten konflikt nie doczeka się swojego traktatu pokojowego, a co najwyżej okresowego zawieszenia broni i zakończy się jedynie z anihilacją którejś ze stron, gdyż prezentują one niemożliwe do pogodzenia wizje świata – z jednej strony opartą o nieprzemijające wartości i przekonanie, że nasz, ziemski porządek powinien wynikać z wiecznego prawa i je odzwierciedlać, z drugiej daleko posunięty demoliberalny subiektywizm i prawoczłowieczyzm stający się czymś w rodzaju publicznego kultu współczesnego społeczeństwa.

Reakcja społeczeństwa na wyrok Trybunału Konstytucyjnego pokazuje w jak głębokiej defensywie znalazł się dzisiaj polski katolicyzm. Sądzę, że możemy nawet mówić o straconym pokoleniu. Rozkrzyczane, wulgarne dziewczynki mają więcej wspólnego ze swoimi odpowiednikami z USA niż własnymi ojcami i dziadkami. Nie jest przypadkiem, że wściekły tłum w początkowej fazie protestów skierował się pod kościoły. Wiara chrześcijańska stanowi dla liberałów oczywisty cel, gdyż niczego nie znoszą równie zaciekle jak porządku świata wynikającego z zasad religii.

Stulecie po stuleciu, dekada po dekadzie rewolucjoniści starali się (nierzadko z powodzeniem) rozmontowywać tradycje, rodziny i wspólnoty, by w końcu mógł się urzeczywistnić ich wymarzony Człowiek – jednostka wyzwolona z krępujących ją więzów praw, moralności, religii, rodziny, narodu. Jednostka, która nikomu nic nie jest winna i od nikogo niczego nie potrzebuje. Jednostka goniąca jedynie za przyjemnością i dążąca do najróżniej pojętej samorealizacji. Nie ma się więc co dziwić, że tak ukształtowany człowiek nie będzie chciał wziąć odpowiedzialności nawet za własne dziecko, widząc już żyjącą istotę jako przeszkodę w “realizowaniu siebie” i kierowaniu własnym życiem.

W jaki sposób możemy przeciwdziałać tej tendencji? Wyjście na ulice w celu obrony kościołów i pomników jest oczywiście działaniem słusznym i chwalebnym, w obliczu zagrożenia naszych świętości należy stanąć w ich obronie, ale konieczne jest zmierzenie się ze źródłem problemu, a nie jedynie jego objawami. Każda zmiana zaczyna się we wnętrzu człowieka, a dzisiejsza “fala zła” przelewająca się przez polskie ulice ma swe źródło w propagandzie liberalnych mediów, wszechobecnemu zepsuciu i hedonizmowi wylewającemu się z ekranów telewizorów, komputerów, bilbordów.

Polsce i polskiemu narodowi potrzeba dziś przede wszystkim odnowy moralnej i religijnej, której nasze środowisko powinno być awangardą. Musimy umundurować się duchowo i zabiegać o osiągnięcie i zachowanie wysokiego poziomu moralnego, by przez przykład własnego życia przyciągać ludzi do naszej sprawy. Bardziej niż kiedykolwiek, w obliczu postępującego upadku świata musimy mierzyć się z własnymi słabościami, byśmy i my nie upadli. Niech dusze nasze płoną i rozświetlają panujące wokół ciemności. Starajmy się dotrzeć z naszym przekazem i ideami do ludzi wokół nas, w naszym codziennym życiu – w szkole, pracy, na uczelni, w rodzinie. Kto wie, może kiedyś nieliczne płomienie staną się przyczyną prawdziwego pożaru.

“Oto prawdziwa wielka rewolucja, którą trzeba przeprowadzić. Rewolucja duchowa. Albo bankructwo epoki. Zbawienie świata spoczywa w woli dusz, które wierzą.”

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię