Newsletter subscribe

Idea

Michał Szymański: Polemika do „Znajdzie się kij na banderowski ryj!” Joanny Przywary

Posted: 12 lipca 2016 o 17:00   /   by   /   comments (10)

W spore zdziwienie wprawił mnie tekst, który 7 lipca (czyli – z mojej perspektywy, w chwili, gdy piszę ten tekst – w dniu wczorajszym) pojawił się na Kierunkach, a popełniony został przez Panią Joannę Przywarę. Artykuł zatytułowany we wdzięczny sposób „Znajdzie się kij na banderowski ryj” jest, w moim skromnym odczuciu, wzorcowym wręcz przykładem tego, w jaki sposób nie powinno się bronić poglądu, że pojednanie polsko-ukraińskie jest w zasadzie niemożliwe, a rozmawianie z nacjonalistami zza naszej wschodniej granicy skazane na porażkę.

Na początku, względem Czytelnika, pozwolę sobie na pewien intelektualny ekshibicjonizm i przyznam się, jeśli moje nazwisko jest mu obce (mam nadzieję, że nie wypadłem na bardziej grzeszącego pychą niż w rzeczywistości… a może jednak?), że jestem zwolennikiem współpracy pomiędzy naszymi narodami, także z częścią ukraińskiego ruchu narodowego. Mówię o tym dlatego, że chciałbym zostać dobrze zrozumiany – szanuję to, że można mieć w tej materii inne poglądy. Znam osoby mające pochodzenie kresowe, które z co najmniej rezerwą podchodzą do mojego entuzjazmu względem, dajmy na to, Pułku „Azow” – rozumiem to. Znam też osoby, które są gorliwymi zwolennikami tezy, jakoby Rosja była „trzecim Rzymem” i ostoją tradycyjnych wartości, która ma moralne prawo bronić „swoich” wpływów na Ukrainie – nie zgadzam się z tym, ale szanuję, że ktoś może mieć inne zdanie. Cały problem w tym, że szanuję te osoby za to, że potrafią przy tym rozsądnie bronić swoich racji. O artykule, który jest przedmiotem niniejszej polemiki, niestety nie da się powiedzieć zbyt wiele dobrego.

Na początku Autorka wygłasza pogląd, z którym oczywiście zgadzam się w stu procentach – przyjeżdżając do innego państwa należy szanować jego mieszkańców. Niestety, już po chwili zostajemy zaatakowani stwierdzeniem, że z Ukraińcami „nie do końca nam jest po drodze, począwszy od historii, po czasy obecne”. Jest to oczywisty truizm, bo z żadnym sąsiadem „nie do końca nam jest po drodze”, nawet z tak sympatycznym i podobnym do nas narodem, jakim są Słowacy, historia ma bowiem to do siebie, że z sąsiadami zazwyczaj jakieś zatargi się trafiają. Sęk w tym, że ostatnimi czasy polskie środowisko narodowe na punkcie Ukrainy przeżywa istną obsesję. Tak jak kilka lat temu, w czasach, gdy wrogiem numer 1 narodu polskiego była Erica Steinbach, wszędzie widziano „złego” Niemca, a na Marszu Niepodległości w 2012 czy 2013 roku regularnie bluzgano na Rosjan (co osobiście uważałem – zdziwię tu może kogoś – za coś godnego politowania), tak teraz obrywa się „Ukropom”. Z Niemcami też, można by rzec, mieliśmy „nie po drodze” – mimo, że na przestrzeni dziejów zachodnia granica była najspokojniejszą. Z Rosją też „nie do końca nam było po drodze”, a dziś wielu marzy o sojuszu z Moskwą. Taka jest kolej historii, a sprowadzanie całej historii Polski i Ukrainy wyłącznie do rzezi wołyńskiej (ktoś bardziej rozgarnięty może jeszcze dopowiedzieć coś o walkach o Lwów po I wojnie światowej czy sięgnąć czasami aż do powstania Chmielnickiego) jest równie mądre, co sprowadzanie relacji polsko-niemieckich do kampanii wrześniowej i późniejszych wywózek do Oświęcimia.

Po chwili następuje istne Credo, a mianowicie Autorka każe nam wyznać, że „prawda stara jak świat światem – banderowiec nigdy nie był i nie będzie moim bratem!”. Przede wszystkim nie wiem, kto mówi o tym, by jakiś Polak miał się bratać z „banderowcami” (kimkolwiek by nie byli – o tym za chwilę). Przyznam się, że tyle słyszę o tych banderowcach i tych braciach, ale nigdy nie słyszałem z ust nawet największego zwolennika Ukrainy, by deklarowano jakieś polsko-ukraińskie braterstwo rozumiane jako więzi przyjaźni tak silne, jak na przykład z Węgrami. Rozumiem, że gotowość do współpracy to już braterstwo? Osobiście mój nacjonalizm ma charakter (może to dla niektórych paradoksalnie zabrzmi) paneuropejski, więc Ukraińcy są mi braćmi, ale nie bardziej niż Niemcy, Słowacy, Łotysze, Włosi czy Chorwaci – wspólnie tworzymy Europę będącą mozaiką narodów. Jeśli jednak dla kogoś sama deklaracja, by usiąść do stołu i rozmawiać albo by wspólnie bronić Europy przed moralnym i kulturowym upadkiem, neoliberalnym wyzyskiem i wrogimi nam imperializmami (bez względu na to, z której strony świata) jest już „deklaracją braterstwa”, to pojęcie przyjaźni jest w jego słowniku bardzo płytkie, mniej więcej jak traktowanie przypadkowego seksu w klubowej toalecie na równi z miłością.

Kim jednak są ci banderowcy? Autorka pisze o banderowcach, a chwilę później o Ukraińcach. Czy nigdy nie byli „naszymi braćmi” (kimkolwiek już ci „bracia” by nie byli)? Może chodzi po prostu o Organizację Ukraińskich Nacjonalistów – no to wówczas byłby mały zgrzyt, bo do pewnych gestów sympatii pomiędzy polskimi narodowcami a członkami OUN dochodziło chociażby w Berezie Kartuskiej, gdzie i jedni, i drudzy byli internowani. Najlepszym przykładem jest oczywiście Adam Doboszyński, który o członkach tej organizacji miał pozytywne zdanie. Tak, ten Adam Doboszyński, właśnie ten słynny. Jeśli Autorka wie, że w OUN doszło do rozłamu, to wówczas oczywiście użyła tej nazwy myśląc o OUN-B – i w tym kontekście właśnie powinniśmy głównie rozmawiać. Nawiasem tylko mówiąc – możliwe, że po prostu postawiono w tekście znak równości między całym narodem ukraińskim a pewną grupą polityczną (no i – niech będzie – sformowaną przez nich kilkudziesięciotysięczną Ukraińską Powstańczą Armią) ale wówczas to uogólnienie byłoby tak groteskowe, że ręce opadają, bo przecież nawet spora część nacjonalistów ukraińskich opowiedziała się przeciw Banderze tworząc OUN-M (od nazwiska ich lidera Melnyka), zaś wiele milionów Ukraińców w ogóle nie miała z ukraińskim nacjonalizmem absolutnie nic wspólnego. Równie dobrze można by mówić, że Polacy i endecy to jedno i to samo – a przecież to jakaś zupełna bzdura. Co się jednak już tyczy banderowców jako takich, to o ile faktycznie, jak zauważa Autorka, nigdy nie byli oni naszymi braćmi, to nie byli też zawsze przez Polaków traktowani jako wrogowie. Nawet po rzezi wołyńskiej (sic!) dochodziło do aktów współpracy pomiędzy polskim podziemiem a UPA – zarówno podczas II wojny światowej, jak i w okresie walk przeciw stalinowskiemu reżimowi w okresie powojennym. Nawet po tak tragicznych wydarzeniach niektórzy z polskich narodowców przyznawali, że z Ukraińcami i ich partyzantką można współpracować. Nie mówiono o zapomnieniu zbrodni, o brataniu się – tylko o współpracy. Mówiono o współpracy nie z nacjonalistami, którzy (jak Prawy Sektor) używają symboliki banderowskiej i traktują Banderę jako swojego ideowego ojca, ale raczej kierującymi się innymi pobudkami, niż fascynacja masowymi rzeziami lub z takimi, którzy w ogóle tradycje tamtego nacjonalizmu traktują już bardziej jako część historii swego narodu, lecz myślą o budowaniu swojej własnej idei, nadającej się do wcielenia w życie w XXI wieku (Azow). Mówiono i często dokonywano wspólnych akcji przeciw Sowietom z ludźmi, którzy byli członkami UPA. Tutaj oczywiście trzeba by uświadomić Autorkę, że nie każdy partyzant tej formacji mordował Polaków, ale pomijając to, czy skoro w imię wyższego dobra dopuszczano współpracę z armią, która dopuszczała się ataków na polskie wsie, to my po kilkudziesięciu latach mamy stać się bardziej gorliwi w nienawiści do Ukraińców od polskiego podziemia i klasyków polskiej myśli narodowej?

Wyszukiwanie banderyzmu wszędzie gdzie się da, na przykład na meczach, to aktualnie pewna moda, hobby. Pocieszam się, że ona przeminie – 4 lata temu, gdy Euro odbywało się u nas (nawiasem mówiąc – jedenastka dla Francuzów w 46 minucie spotkania była niesłuszna!), a modna była nienawiść do Rosjan, wyszukiwano na meczach flagi z sierpem i młotem. Pamiętam to. Kto wie, może za kolejne 4 lata będziemy na meczach z Litwą szukać symboli szaulisów? Żarty żartami, ale nie sądzę by zrobiono to specjalnie – ani w przypadku sierpa i młota, ani w przypadku wizerunku Stepana Bandery. Ot, ktoś postanowił wsadzić na stadionową oprawę jakiś symbol pozytywnie kojarzący mu się z jego narodem. Nam się kojarzą one źle – to inna sprawa, ale nie doszukiwałbym się na siłę prowokacji. Czym innym jest obnoszenie się z takimi symbolami w Polsce – i do tego zaraz przejdziemy.

Obnoszenie się z symboliką, która Polakom kojarzy się negatywnie, jest czymś zasługującym na odpowiednią reakcję – zgadzam się w 100%. Mam przyjemność znać członka Korpusu Cywilnego Pułku „Azow” i jego reakcja na wszystkie ekscesy, które nas, Polaków, zniesmaczyły w ostatnich miesiącach, czy to ze słynnym zdjęciem studentów z czerwono-czarną flagą, czy z „fuckiem” na Majdanku, czy z ostatnim marszem w Przemyślu zawsze jest taka sama – tacy ludzie przynoszą wstyd swojemu narodowi, nie okazują należytego szacunku gospodarzom i mają oni w stu procentach prawo reagować. Protest można więc uznać za uzasadniony – co prawda w tym roku na marszu flag UPA nie było, jednak pojawiły się inne odniesienia do tradycji, które w Polsce muszą budzić sprzeciw. Ze swojej strony uważam, że z racji na religijny charakter przemarszu (w szczególności sztandar z Chrystusem, który w wyniku przepychanek wylądował na bruku) pewne rzeczy powinny odbyć się inaczej, jednak sama reakcja narodowców na niektóre zachowania była jak najbardziej uzasadniona. Niestety, jednak i tutaj trzeba zauważyć dwie kwestie. Po pierwsze, ciężko mi zgodzić się z narracją, że jeśli jakiś przygłupi dziadek krzyczał, że „Polska zginąć musi” to jest to wina od razu całego narodu ukraińskiego. Jest to jakiś absurd, ażeby pojedyncza osoba odpowiadała za relacje pomiędzy naszymi narodami. Po drugie, pamiętajmy, że szacunek powinien działać w obie strony – słynny okrzyk o czyszczeniu butów i umierającej Polsce przypomina inną, politowania godną scenę, która miała miejsce we Lwowie, gdzie kibice Legii zaatakowali ukraińską nacjonalistkę ubraną w koszulkę z Szuchewyczem. Ja się zgadzam, że jest to człowiek, który Polakowi w pierwszej mierze musi kojarzyć się ze zbrodniami na naszych rodakach – ale aktualnie (czy nam się to podoba, czy nie, podobnie jak zapewne niejeden Niemiec wolałby mówić „Breslau” zamiast „Wrocław”) miasto to jest częścią Ukrainy, więc nasza „dzielna” husaria nie miała żadnego prawa atakować bezbronnej dziewczyny tylko dlatego, bo miała na sobie taką, a nie inną koszulkę. Jak tylko przekroczy granicę w takim stroju można mieć do niej uzasadnione pretensje – ale będąc na Ukrainie mamy obowiązek dostosować się do warunków tak samo, jak oni będąc u nas. To są elementarne zasady kultury i nic nie zwalnia z ich przestrzegania. Oni nie powinni sobie robić fotek z flagą UPA w polskich miastach, a my krzyczeć w miastach ukraińskich, że ich partyzantów należy… no, wiadomo. My możemy na marszach krzyczeć o odbijaniu Lwowa – ale liczmy się i z tym, że ultrasi z tego miasta nie bez przyczyny będą tytułować je „Banderstadtem”, a tamtejszej Polonii niejeden zgrywus postanowi uprzykrzyć życie. Osobiście wolę inne rozwiązania – na przykład gdy ukraińscy nacjonaliści z Pułku „Azow” sprzątają Cmentarz Orląt i razem z polskim miesięcznikiem „Szturm” wystosowują list do radnych Lwowa w obronie tej nekropolii albo gdy polscy narodowcy wyrażają solidarność z ludźmi broniącymi swej ojczyzny przed agresją.

W gruncie rzeczy problem polega na tym, że nacjonalizm w Europie XXI wieku musi zastanowić się nad swoim istnieniem i swym sensem. Szowinistyczne traktowanie sąsiadów ostatecznie skompromitowało się w latach 90. XX wieku w byłej Jugosławii – to między innymi przez wojnę w Bośni (a także – oczywiście – przez zbrodnie nazistowskie) ostatnie kilkanaście lat było dla nacjonalistów wyjątkowo ciężkimi. Cały czas straszy się nas, że jeśli nie demoliberalizm i nie Unia Europejska w tym wariancie, który znamy, to czekają nas czystki etniczne i ludobójstwa podobne do tych, które miały miejsce chociażby w Srebrnicy. Głupotą jest traktowanie sąsiadów jako swoich wrogów w sytuacji, w której tak naprawdę wszyscy jedziemy na tym samym wózku – wszystkich nas czeka hegemonia neoliberalnego kapitalizmu, liberalnego zepsucia, napływu obcych kultur i wielomilionowych fal pozaeuropejskiego etnosu, dyktatura politycznej poprawności oraz gotowość – mówiąc językiem islamistów – Wielkiego i Małego Szatana by zbombardować wszystko to, co sprzeczne jest z interesem Białego Domu, Wall Street i banksterów, pięćdziesięciu stanów i pewnej enklawy na Bliskim Wschodzie. Odrodzenie może spotkać albo całą Europę, albo w ogóle – nie da się pół na pół. Nasz nacjonalizm musi, na swój sposób, stać się międzynarodowy, musimy bronić całej Europy, by obronić nasze ojczyzny. To zmusza czasem do pójścia na pewne kompromisy, nawet zgniłe, ale stawka jest o wiele wyższa. Nacjonalizm musi mieć dziś charakter obrony tożsamości, religii i Tradycji, a nie licytowania się na to, kto komu zrobił więcej krzywd i kto powinien komu zwrócić jakie ziemie. Kto tego nie rozumie, niestety, ale wspiera demoliberałów, atlantystów, syjonistów i kulturowych marksistów.

Na zakończenie jeszcze coś, co mnie autentycznie zszokowało, ale i wykazało jeszcze jedną głupią tendencję w naszym ruchu. Przede wszystkim – jestem przerażony tym, że aby „dowalić” Ukraińcom, ktoś jest skłonny używać artykułu 256 kodeksu karnego – tego, który służy właśnie do represjonowania środowisk nacjonalistycznych. Ten przepis ma służyć walce z „mową nienawiści” oraz „faszyzmem” – czymkolwiek by one nie były. Nie muszę chyba tłumaczyć na portalu związanym z ONR-em, którego członkowie byli ciągani nie jeden raz po sądach właśnie na podstawie tego przepisu, że pochwała tego zapisu w formie, w jakiej istnieje on obecnie, jest co najmniej głupia. Jak to się mówi? Na złość mamie odmrożę sobie uszy? Dodatkowy problem polega na tym, że często w naszym środowisku wygłasza się sądy na tematy, o których nie ma się większego pojęcia, co kończy się palnięciem jakiejś głupiej gafy – ja, przykładowo, nie mam wykształcenia ekonomicznego, więc generalnie staram się unikać jakichś bardziej „merytorycznych” wypowiedzi, bo zapewne nie byłyby one na najwyższym poziomie. Niestety, ale ręce mi opadły, kiedy zobaczyłem, że Autorka chce wsadzać Ukraińców z Przemyśla również na podstawie artykułu 256 paragraf 2 (mówiącego o przedmiotach będących nośnikiem symboliki totalitarnej) – czyli przepisu, który już kilka lat temu Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodny z naszą ustawą zasadniczą i którego od kilku lat w kodeksie już nie ma – kto nie wierzy, niech uda się do księgarni, wyda dychę na najtańsze papierowe wydanie kodeksu karnego i znajdzie artykuł 256, przy którym widnieć będzie adnotacja, że paragraf 2 ładnych już kilka lat temu wykreślono. Optymistycznym akcentem tego tekstu niech więc będzie fakt, że jeśli policja będzie wam robiła problemy za posiadanie wlepek z jakąś „niegrzeczną” symboliką to wiedzieć już będziecie, co macie funkcjonariuszom odpowiedzieć.

Michał Szymański

redaktor miesięcznika narodowo-radykalnego „Szturm”

Czytaj także

Comments (10)

write a comment

Comment
Name E-mail Website

  • 12 lipca 2016 o 17:57 pl80

    Autor tego tutaj wpisu niech najpierw ruszy d. i pojedzie do Przemyśla i zobaczy jak sytuacja wygląda. Tam młodzież dostaje wp#@%dol za noszenie polskich symboli narodowych. Ukrach-mafia wykupuje lokale. Za nic mają to, że są w Polsce i że milion z nich tutaj siedzi zamiast gnić w ukraińskiej nędzy. Po drugie, niech autor ruszy d. i pojedzie do Lwowa (chyba tutaj mu się coś w głowie wywróciło – to nie jest żadna Ukraina, ale polskie kresy, polskie ziemie, tymczasowo okupowane z nadania Stalina) i zobaczy, jak wygląda sklep z pamiątkami – niech znajdzie kubek bez Bandery. Po trzecie, niech ruszy d. i poczyta i zbrodni na Wołyniu: najlepszymi sprzymierzeńcami UPA w mordowaniu Polaków byli ich ukraińscy współmieszkańcy. “Szturm” do podobno dobre pismo, mam nadzieję, że p. Szymański nie zdoła go spaprać, tak jak p. Chrabota nie zdołał jeszcze spaprać “Rzeczpospolitej”. I niech autor ruszy d. i przeprosi rodziny pomordowanych, za głupoty, które tu wybzdurzył.

    Reply
    • 12 lipca 2016 o 19:24 Slimak

      W Przemyślu zabijają Polaków siekierami a Wy takie teksty publikujecie. Skandal.

      Reply
      • 3 lutego 2019 o 21:25 ıᛉı

        @SLIMAK
        Jak można takie pierdoły pisać, że w Przemyślu rzekomo Polacy mieliby być mordowani siekierami? Toż to deliryk nie ma takich faz…

        Reply
  • 12 lipca 2016 o 18:54 Magda

    Głos rozsądku, chociaż nie do końca…
    Przeraził mnie fragment niejako nawołujący do utworzenia nacjonalistycznej międzynarodówki. Rozumiem zamysł autora, sprzeciw wobec szowinizmu, ale trzeba bardzo uważać na słowa w tak delikatnych kwestiach żeby nie zrobić krzywdy osobom stawiającym pierwsze kroki w naszym środowisku.

    Reply
    • 12 lipca 2016 o 20:45 M. Sz.

      Myślę, że jakakolwiek krzywda nikomu się nie stanie. Przecież pewien duch europejskiej wspólnoty ruchów narodowych odnajdujemy u Jędrzeja Giertycha, “Prosto z mostu” opisywało działalność Legionu Michała Archanioła czy ruchu rexistowskiego, polscy nacjonaliści (niestety nie wiem z jakiej organizacji) brali udział w odsłonięciu w Hiszpanii pomnika poświęconego poległym podczas wojny domowej Rumunom, a gdzieś spotkałem się chyba z informacją, że na słynnym kongresie w Montreux z 1934 roku pojawił się przedstawiciel Falangi (choć tutaj głowy sobie uciąć nie dam). Możliwe, że określenie “międzynarodowy nacjonalizm” zabrzmiało nie do końca fortunnie, jednak też nie jestem zwolennikiem traktowania osób, które dopiero wchodzą w nasze środowisko, w sposób tak bardzo dziecinny i zakładania, że jakieś bardziej daleko idące rozważania natury metapolitycznej czy geopolitycznej to abstrakcja, którą należy zajmować się dopiero po kilku latach siedzenia w ruchu. Naprawdę, nie przesadzajmy.

      Pozdrawiam serdecznie, CWP!

      Reply
      • 8 lutego 2019 o 14:49 Dymitr Ogonowski

        Z nacjonalistami rumuńskimi można współpracować. Rumuni nie czczą zbrodniarzy na narodzie polskim. Właśnie można współpracować z Rumunami przeciw banderowskiej Ukrainie. Z Węgrami też. Tyle, że Rumuni i Węgrzy konfliktują ze sobą. Ale w sumie Siedmiogród to nie nasza sprawa, a banderowcy to wspólni wrogowie.

        Reply
  • 13 lipca 2016 o 10:04 Błażej

    Dla mnie nie do pojęcia jest stanowisko autora mówiące, że właściwie Ukraińcom wolno czcić zbrodniarzy mających na sumieniu brutalne tortury i śmierć setek tysięcy bezbronnych cywili, byle by tylko na terenie Polski brali sobie chwilowo na wstrzymanie. Nie, to jest niedopuszczalne. Dopóki państwo Ukraina buduje swoją tożsamość na fundamentach banderowskich, dopóty pozostaje nam wrogiem i nie ma możliwości żadnego dialogu ani dyplomacji. Jedyna droga współpracy, na jaką możemy przystać w stosunkach między naszymi narodami, to przyznanie się w całości do ludobójstwa obciążającego naród Ukraiński, potępienia wszystkich, którzy brali w tym udział i to popierali, a już w ogóle ściganie rosnących w siłę neobanderowców. Poza tym, należy zabiegać o odzyskanie ziem należnym Polakom, z których zostały w krwawy sposób oczyszczone. Nie może być tak, że ktoś sobie wytnie całą odmienną etnicznie ludność, zasiedli teren i powie, że należy już do niego. Kresy były i będą polskie.

    Inna kwestia – rozmowy z marginalnymi ugrupowaniami nacjonalistycznymi niebanderowskimi. W tej chwili, w świetle powyższego, nie ma sensu z nimi współpracować. Cały naród ukraiński ma wziąć odpowiedzialność za swoje zbrodnie i definitywnie odciąć się od tego czarnego dziedzictwa.

    Reply
  • 13 lipca 2016 o 15:12 Ola

    A Polacy (w komentarzach poniżej i wszędzie w internetach w ostatnich dniach) jak zwykle się żrą między sobą o tragedie narodowe. Jakbyśmy się mniej żarli, nie dość że żyłoby nam się lepiej, to jeszcze dalibyśmy dobry przykład naszym wschodnim sąsiadom (jako głównego spadkobiercy II RP taki jest nasz pieprzony obowiązek). Na temat Ukrainy pozwolę sobie skopiować to, co napisałam w artykule “Rozważni czy romantyczni”, bo szkoda się powtarzać:
    “[…] emocje, niestety, trzeba nam odsunąć na bok. Jak mówi pewien chutliwy cap w muszce: „powiedzmy sobie jasno”. I powiem, bo tak dyktuje rozum, choćby się łzy miały cisnąć do oczu: dajemy się wciągnąć w bitkę z Ukraińcami.
    Nie mówię, że to nie jest konflikt historycznie i moralnie uzasadniony. Jest uzasadniony. Rodzina mojej własnej Babci, świeć Boże jej duszy, uciekała z okolic Wołynia przed banderowskimi bandami. Jednocześnie i my, i Ukraińcy, powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że – ze względu na geograficzne położenie obu państw – wielokrotnie byliśmy przez kogoś wykorzystywani: Ukraińcy w ostatnim stuleciu szczególnie, bo tak właśnie zaprojektowano ich nacjonalizm, aby służył cudzym interesom, a jest to, niestety, jedyny nacjonalizm, jaki mają. Nacjonalizm z kolei w dzisiejszych wielkich społeczeństwach jest naturalną konsekwencją zrywów tożsamościowych w obliczu wyzysku przez obce siły. Nie usprawiedliwiam tu rzezi wołyńskiej: nic przenigdy nie usprawiedliwi mordowania dzieci (co warto sobie przypomnieć w dyskusji o działaniach USA i Izraela na Bliskim Wschodzie). Trzeba jednakże zdać sobie sprawę z tego, że i dzisiejsze elity Ukrainy, które notabene „polskie pany” (tak to wygląda z ukraińskiej perspektywy) pomogły na Ukrainie zaszczepić poprzez wspieranie „pomarańczowej rewolucji” i Majdanu, szczują Ukraińców przeciwko Polakom. Pomagają w tym różni szubrawcy i lobbyści. Ukraińców namawia się, aby na koncertach nosili czarno-czerwone barwy po to, aby nam „dopiec”. Myślicie, że ukraiński nastolatek, który ze względu na swój wiek (tak jak i każdy inny nastolatek gdziekolwiek na świecie) ma więcej testosteronu niż rozumu, ogarnia, co tak naprawdę wyprawia? Tak samo, jak „polskie” elity niszczą Ukrainę (np. poprzez podrzucenie im świni w postaci Balcerowicza), „ukraińskie” elity niszczyły i niszczą Polskę. W efekcie, zwykli ludzie albo giną, albo mają krew na rękach, albo bidują i przymierają głodem, albo żrą w nadmiarze. To jest łańcuch chorych zależności i reakcjonizmu, który trzeba przerwać; nie odstępstwami od nazywania ludobójstwa po imieniu, bo to ruch tchórzliwy, skrótowy i tani, ale chociażby poprzez odstępstwo od pokrzykiwania o kijach na ukraińskie ryje i poprzez rozpoznanie udziału skorumpowanych elit w całym tym gnoju. Warto byłoby też szukać sojuszu nie wśród tych, którzy i nas i Ukraińców (ogólnie, wszystkich Słowian) mają za tanie mięcho armatnie, a wśród tych, z którymi mamy szansę na realną, owocną i pokojową współpracę: na przykład z Białorusią, która dodatkowo mogłaby stać się mediatorem pomiędzy Polską a Ukrainą. Warto tu dodać, że współpraca z Białorusią i, rzecz jasna, Grupą Wyszehradzką, przybliżyłaby nas do prawdziwej suwerenności i na tym również powinniśmy się skupić.”

    Reply
  • 13 lipca 2016 o 16:47 Kinga

    “Żarty żartami, ale nie sądzę by zrobiono to specjalnie – ani w przypadku sierpa i młota, ani w przypadku wizerunku Stepana Bandery. Ot, ktoś postanowił wsadzić na stadionową oprawę jakiś symbol pozytywnie kojarzący mu się z jego narodem. ”

    Serio? Czyli według autora można czcić zbrodniarzy? Bo przecież niektórym kojarzą sie pozytywnie…
    Nie rozumiem jak można sie bratać w osobami, którzy sławią zbrodniarzy naszych przodów.

    Reply
  • 8 lutego 2019 o 15:01 Dymitr Ogonowski

    Co do ludobójstwa w Srebrenicy, to miało ono miejsce ale pod Srebrenicą. Oddział Orića wyruszał mordował serbskie wioski a potem chronił się do Srebrenicy, która była ONZ-etowską strefą bezpieczeństwa. A po zdobyciu przez Serbów też nie jest tak, jak przedstawia to propaganda. W jednym miejscu, to jeńcy muzułmańscy zaczęli atakować pilnujących ich serbskich policjantów i ci w związku z tym odpowiedzieli strzałami. Ale to nie to główne miejsce. W każdym razie to też zaliczyli do tego “ludobójstwa”. O głównym miejscu też jest wiele sprzecznych relacji, dotyczących faktów. Nie wypowiem się bez dokładniejszych informacji. W każdym razie gadzinówką natowskim nie wierzę.

    Reply