Ktokolwiek wybrał Roberta Heleniusa na rywala Adama „Babyface” Kownackiego (Promotor? Trener? Organizacja WBA? Sam Adam?) winien jest zrujnowania kariery obiecującego zawodnika. Od 2009 roku Kownacki pewnie maszerował w kierunku czempionatu w bokserskiej wadze ciężkiej – po co więc krok wstecz, który kosztował tak wiele?


Przed walką Helenius – Fin szwedzkiego pochodzenia – figurował we wszystkich rankingach (WBA, WBO, Transnational Boxing Rankings i Ring Magazine) o kilkanaście miejsc niżej od Kownackiego.  Zdawał się już być na pograniczu bokserskiej emerytury – na jego koncie widniały trzy porażki.


Złe przeczucia mógł mieć każdy, kto choć raz w życiu obserwował zmagania królewskiej kategorii wagowej. Z jednej strony: waga ciężka, za sprawą siły zawodników, ma w sobie element loterii – choć faworyt zazwyczaj wygrywa, to mimo wszystko triumf „Dawida” również jest całkiem realny. Niedawno swoje pierwsze walki przegrali wcześniej niepokonani wielcy tego sportu – Joseph Parker, Anthony Joshua i Deontay Wilder, choć rzutująca na karierę wpadka zdarzyła im się już po zdobyciu mistrzowskiego pasa. Z drugiej: zwycięstwo nad słabszym nigdy nie przynosi chwały i zazwyczaj tylko nieznacznie poprawia konkurencyjność boksera w oczach rywali i ich promotorów. To wszystko przypomina wędrówkę po oblodzonej nawierzchni – krok do tyłu jest tak samo ryzykowny, a nie zbliża do celu.

 

Jedyne rozwiązanie…

Po nieszczęśliwym wyborze przeciwnika zasadniczo możliwe były trzy scenariusze. Pierwszy to zwycięstwo faworyta na punkty lub przez nokaut w późniejszej części starcia (rozstrzygnięcie najbardziej prawdopodobne). Drugi to porażka faworyta (tak faktycznie się stało). Trzecia ewentualność – jedyna, na jakiej można było coś ugrać, to błyskawiczny nokaut w którejś z pierwszych rund udowadniający kunszt pięściarski Kownackiego. To jednak podejście z podwyższonym ryzykiem – nie sposób jednocześnie atakować na całego i zachować stuprocentową obronność. Mimo to, takiego przebiegu starcia, jako jedynego chwalebnego, wielu z nas oczekiwało i przewidywało – dla przykładu komentator Przeglądu Sportowego zakładał koniec nie później niż w piątej rundzie. Kownacki miał zasypać Heleniusa gradem ciosów – pod tym względem jest rekordzistą świata. Wydaje się, że rzeczywiście taką drogą Polak w sobotnim pojedynku podążał. Sumiennie bombardował przez pierwsze trzy rundy. Bombardował także reprezentant Finlandii, a przynajmniej próbował, choć jak mówił przed walką – miał zupełnie inny plan.

 

… i fatalny koniec

Podczas otwartej ofensywy w czwartej rundzie Helenius trafił lepiej. „Babyface” zachwiał się, chwilę później nastąpił nokdaun. Dalsze wydarzenia są powszechnie znane. Bilans Kownackiego nie ma już zera na końcu.

 

Miało być pięknie

Kownacki miał się szybko rozprawić z „Wikingiem”, a następnie stoczyć pojedynek z wysoko klasyfikowanym przeciwnikiem. Mógł nim być niedawny mistrz świata Andy Ruiz Jr. – Meksykanin rozważał Polaka jako jednego z dwóch kandydatów (przy czym drugi był znacznie gorszy). Ruiz to rywal na bardzo wysokim poziomie – wygrana z nim niemal gwarantowała awans do starcia z zawodnikiem z najwyższej półki. A tam już tylko mistrzowie świata Tyson Fury i Anthony Joshua oraz król nokautów Deontay Wilder – bokserska super-elita.

 

Powróci!

Nadzieja na walkę o pas mistrzowski przepadła lub przynajmniej została odłożona na jakiś czas – Kownacki znów musi się wspinać z niższego szczebla pięściarskiej drabiny. To wcale jednak nie jest koniec – Adam jest zawodnikiem klasowym, ze swoistym sposobem boksowania (grad niezliczonych ciosów) i ma na koncie tylko jedną porażkę. Jeśli będzie pracował – absolutnie w to nie wątpię – to już niebawem stanie się groźnym i poszukiwanym konkurentem. Oby tylko wraz z otoczeniem wybierał GODNYCH RYWALI, a następnie porządnie ich obijał – jest w tym bardzo skuteczny. Adam Kownacki jeszcze będzie wielki!

 

Piotr Krudysz

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię