Zapowiedź podatku od dochodu z reklam w mediach zaowocowała samowyłączeniem ośrodków propagandy m.in. proaborcyjnej na jeden dzień. Może to niewiele, ale co zrobi człowiek, który nie może oglądać wiadomości ani programów telewizyjnych na ulubionej, a wyłączonej stacji? Otóż z przyzwyczajenia – a to druga natura człowieka – włączy telewizor i będzie oglądał co tylko jest dostępne. Może i będzie mówił, że podatek nałożony na media to ukryta jawna cenzura, próba doprowadzenia niezależnych, niepokornych wobec rządu mediów do upadku, by “myślący obywatele” nie mieli skąd czerpać informacji i faktów, lecz będąc telewizyjnym zombie weźmie co jest dostępne w telewizji i będzie oglądał. Nie bronię słuszności planowanego podatku, ale twierdzenie, że przy milionowych dochodach z reklam koncerny medialne upadną, jeśli będą musiały oddać kilka procent z tego, jest niezrozumieniem rzeczywistości. Gdy chodzi o obronę materialnych interesów, ludzie są w stanie wznieść się na wyżyny ideowości, będąc największymi obrońcami wolności – nie inaczej jest z koncernami medialnymi.

Jest jeszcze jeden ważny aspekt sprawy podatku od reklam. Protesty związane z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego zostały skanalizowane na rzecz grupy trzymającej się stołków. Najmocniej o tym świadczy szybkie odwrócenie uwagi społeczeństwa od tego tematu. Jeden dzień przerwy w programowaniu odbiorców nie będzie wielkim uszczerbkiem na całym procesie formatowania społecznego, lecz jeden dzień przerwy w nadawaniu może wiązać się z czymś bardziej namacalnym – ze stratami finansowymi. Agencje reklamowe nie podpisałyby niekorzystnej dla siebie umowy, a ich korzyścią jest wyświetlenie zleconej reklamy na jak największej ilości odbiorników. Brak emisji w umownym czasie może wiązać się z poniesieniem kosztów kary umownej, a jeden dzień przerwy to kilkugodzinna wyrwa w blokach reklamowych (jeśli idzie o stację ze słoneczkiem w logo, to nawet kilkanaście godzin wyrwy). Ilość reklam, które nie zostały wyemitowane jest zawrotna, biorąc pod uwagę, że czas trwania pojedynczej reklamy liczy się w sekundach. Być może znajdą się i takie agencje reklamowe, które poprą “strajk” i nie będą próbować wyciągnąć konsekwencji, lecz na miłosierną solidarność wszystkich nie liczyłbym na miejscu kombinatów propagandowych.

I kończąc, chcę zwrócić uwagę na kolejną cechę tego wydarzenia. Został spreparowany nowy konflikt społeczno-polityczny, a konflikty mają tę cechę, że muszą w nich być przynajmniej dwie zwalczające się strony. Nawet mniej uważny obserwator życia społecznego w Polsce zauważyć powinien, że jak w przypadku orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego ws. aborcji, tak i tym razem jesteśmy biernymi lub aktywnymi uczestnikami otwarcia kolejnego frontu podziału narodu.

  • Paweł Dołęga

3 KOMENTARZE

  1. Jaki podział narodu? W tym konflikcie po jednej stronie są Polacy, a po drugiej chamy i nie ma co sobie nimi zawracać głowy.

  2. Sprawa ochrony życia niewinnych jest priorytetem a nie tematem zastępczym. Za “aborcją” i to bez względu na powody, stoją siły destrukcyjne wobec narodu. A co do podatku od reklam. Na biednego nie trafiło. Miliarderzy pozbędą się kilku milionów i jakoś nie jest mi ich żal.

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię