Newsletter subscribe

Kultura

Piotr Puciński: Kultura – sfera zapomniana

Posted: 12 lipca 2018 o 08:00   /   by   /   comments (0)

Czy można mówić o rozwoju tożsamości narodu bez własnej, narodowej kultury? Zdecydowanie nie. Jest to jeden z jej kluczowych budulców, obok historii, tradycji, religii. Niestety błędem i naczelną dysfunkcją współczesnego, szeroko pojmowanego obozu narodowego, jest całkowite zmarginalizowanie kreowania, a nawet chęci wpływu na kulturę w Polsce. Jakie są tego przyczyny i (niestety) efekty?

Rozpocznę od stanowczej tezy: zrzec się potrzeby i chęci kreowania kultury to zrzec się wpływu na formę i jakość bytu narodowego. Współcześnie mamy do czynienia z rozczłonkowywaniem nie tylko społeczeństwa, czy pomniejszych zbiorowości, ale także próbami zaburzenia wzajemnego wpływu na siebie poszczególnych dziedzin życia społeczno-gospodarczego. Ktoś zada zgryźliwie pytanie – jaki kultura, a więc np. muzyka czy literatura, zamknięte w nutach czy na kartkach papieru, może mieć wpływ na procesy gospodarcze? Pozory mylą. Kultura nie istnieje wyłącznie sama dla siebie. Zaprzeczając zasadzie l’art pour l’art nie jest odciętym od rzeczywistości i zbiorowości, bezideowym tworem, lecz stanowi wyraz najgłębszych przeżyć oraz uczuć człowieka. Te czynniki jak wyżej wspomniano nie istnieją same dla siebie, ale oddziałują na człowieka i jego postawy społeczne, w szkole, pracy, polityce… Dostrzegali to, choć jeszcze w daleki od doskonałości sposób, przedstawiciele epoki romantyzmu. Kultura jest efektem walki nie tylko z samym sobą, ale walki ze światem, jego najgłębiej zakorzenionymi tajemnicami i żywiołami, wywieraniem presji na współczesność i przyszłość – ich kreowaniem! Być może czytelnik zwrócił już uwagę na wyraźną afirmację: walki, czynu, twórczości. Tak, potrzebny jest swego rodzaju bunt. Od lat 30. ubiegłego wieku, po dziś dzień, Polska i Europa potrzebują świeżego, rewolucyjnego wręcz powiewu.

Miało go dokonać tzw. pokolenie Kolumbów, młodych literatów wychowanych w dwudziestoleciu międzywojennym, a precyzując jego narodowe ramię, których przyspieszonym sprawdzianem dojrzałości był wybuch II wojny światowej. Mowa tu o środowisku skupionym wokół konspiracyjnego pisma „Sztuka i Naród” (SiN), związanego z Konfederacją Narodu (wywodzącą się z przedwojennego Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga). Jednym z nich był pochodzący z Radogoszczy, położonej niedaleko Łomży Andrzej Trzebiński. Oprócz fenomenalnej poezji i dramatów, słynął z krytyki literackiej i publicystyki, współtworząc koncepcję – zarys nowej polskiej kultury i Ruchu Kulturowego (ruch mający integrować środowiska kulturalne różnej maści, skupione w różnych pismach, czy ugrupowaniach). Niestety podobnie, jak pozostałych czterech redaktorów naczelnych SiN-u, zginął przedwcześnie z niemieckich rąk, rozstrzelany z zagipsowanymi ustami na Nowym Świecie w Warszawie jesienią 1943 roku. Jednakże dziedzictwo ideowe, jakie pozostawili m.in. Trzebiński, Wacław Bojarski czy ich starszy kolega Onufry Kopczyński, pozostaje ponadczasowym i inspirującym po dziś dzień.

Dewizą SiN-u była parafraza Norwida: „artysta jest organizatorem wyobraźni narodowej”. Kultura nie tylko (a może wcale?) jako forma rozrywki, indywidualnego zaspokojenia określonych potrzeb, ale przede wszystkim narzędzie do aktywizacji postawy człowieka tworzącego, silnego wewnętrznie, odważnie patrzącego w przyszłość. Nie jest to droga na skróty, poprzez tworzenie dzieł łatwych i przyjemnych w odbiorze, zrozumiałych dla każdego. Ta doza obcości, tajemniczości ma wzbudzać ukryte przez wszechobecny w XXI wieku hedonizm, siły tworzenia, pokłady determinacji i odpowiedzialności za kulturę, społeczeństwo, naród. Wzajemna zależność tych elementów jest niepodważalna. Jak jednak uczynić ją najbardziej efektywną? Poprzez pozostawienie całkowitej swobody jednostce, co nachalnie propaguje teraźniejszość? A może powrót to totalistycznych form minionego stulecia? Obie drogi – skrajne – są błędne, destrukcyjne, prowadzą w przepaść. Niech świadczą o tym doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu lat. Zabijają już w zalążku poczucie naturalnej integracji twórczej swobody jednostki z jej zbiorową tożsamością. Lekarstwem na obecny prymitywizm kultury – wyrażający się obscenicznością, libertynistycznym prostactwem zadowalającym płytkie potrzeby człowieka – nie może być wyłącznie negacja, jedna czy druga pikieta, bojkot. Nie będzie nim również państwowy przykaz, skrajna regulacja, aczkolwiek mylnym jest stwierdzenie, że państwo nie powinno w żadnym stopniu wnikać w sferę kultury. Wzrost dostępności placówek kulturalnych, zmiany na poziomie edukacji itp., mogą być świetnym uzupełnieniem potrzebnych zmian.

Miejsce na fundamentalne przemiany znajduje się jednak w sercach, myślach i sumieniach tych nielicznych jednostek niezarażonych jeszcze hedonistyczną degrengoladą. Nawiązanie nici ciągłości z wojennym epizodem ideowych poprzedników, ale przede wszystkim wewnętrzny rozwój, walka z samym sobą, wskrzeszanie w sobie potrzeby zainteresowania tym, co do tej pory było nam tak obce i niepotrzebne, a co przełożyło się na oddanie bez walki sfery kultury. Bez zdecydowanej, twórczej ofensywy na tym polu, bez wyrwania zatrutego chwastu, dającego owoce małości i płytkości kolejnym pokoleniom, „rewolucja myślenia i działania” pozostanie wiecznym pustosłowiem…

Czy nieliczni chcą podjąć trud?

Comments (0)

write a comment

Comment
Name E-mail Website