Zwykło się mawiać: gdzie dwóch Polaków, tam (co najmniej) trzy zdania, zwłaszcza kiedy podejmujemy się rozważań odnośnie bieżącego życia politycznego. Od co najmniej kilkunastu miesięcy na Europie ciąży piętno wzmożonego kryzysu imigracyjnego, związanego z powiedzmy sobie jasno, niekontrolowanym napływem ludności spoza naszego kręgu cywilizacyjnego. Nie zaskakuje więc mnogość pomysłów postępowania jakie powinna obrać Polska, Unia Europejska, czy też poszczególne kraje, by ten problem niwelować. Końcem stycznia na profilu Gówno Prawda 4.0 [1] pojawił się kontrowersyjny wpis, poświęcony obecności przedstawicieli partii Ruch Narodowy na spotkaniu Pegidy (niemiecka inicjatywa), w kwestii ogólnoeuropejskich protestów przeciw islamizacji naszego kontynentu.

Choć przesłanie przytoczonego komentarza, mówiąc w skrócie krytykującego owe ugrupowanie za zaniechanie swego rodzaju Realpolitik w odniesieniu do Niemiec, uważam za zbyt emocjonalne (choć mniemam, że autor dołożył tu nutę ironii), a przez to nacechowane przesadną nadinterpretacją, to skłoniło mnie do kilku refleksji i uważam, że warto rozpatrzyć ten, jak i alternatywne punkty widzenia na geopolityczną strategię, wyrażaną także na szczeblu społecznych protestów, opierając się na rosnącej świadomości zagrożeń obecnej doby. Można obrać drogę skrajności, jakże charakterystyczną dla dominujących partii w parlamencie w prowadzeniu polityki międzynarodowej. Z jednej strony byłoby to całkowite odcięcie się, odwrócenie wzroku od tego co dzieje się za naszą zachodnią granicą aż po Atlantyk, a z drugiej co traktuje się już jako zwykły slogan solidaryzowanie się z tą częścią kontynentu, w imię wyimaginowanego długu historycznego. W żadnym z tych wypadków nie można by powiedzieć o zachowaniu (w ujęciu długofalowym) własnego interesu narodowego, stającego się powoli także wyświechtanym frazesem wykorzystywanym ku celom partyjnym. Jednak to wąskie spojrzenie, tak charakterystyczne dla Polaków, tu i teraz, niezależnie od obranego kierunku, znajdzie największą grupę zwolenników. Czy zatem rozwiązanie leży po środku? Na swoje możliwości pomagajmy, nieco się solidaryzujmy, ale to nasz interes stoi na piedestale. W pewnym stopniu zapewne tak, choć taka postawa skupiająca się na ogólnikach, z czasem przyjmie formę generalizowania pozbawionego konkretów, bądź też odwrotu od pierwotnych zamierzeń, w myśl coraz większych ustępstw. Stąd uważam, że aby wypracować, a przynajmniej zbliżyć się do najkorzystniejszej strategii, warto w tym przypadku pierwszej kolejności oprzeć się na rozumowaniu indukcyjnym.

Szczegółowych problemów składających się na wizję largo polskiej geopolityki, z racji choćby położenia geograficznego nie zliczymy. Skupmy się więc jedynie na jej wycinku, na który wpływ ma zresztą poruszany kryzys imigracyjny. Co zaliczymy do tej wyselekcjonowanej grupy? Z pewnością relacje z władzami państw dominujących w Unii Europejskiej oraz krajów położonych na południe od Polski. Po drugie zagadnienie wolnego przepływu towarów i ludzi przez granice, dotyczące Europy w ogóle. Kolejny aspekt odnosić się będzie do sfery kulturowo-cywilizacyjnej, w znacznym stopniu teoretycznie zbieżnej dla większej części kontynentu. Ostatecznie bezpośredni stosunek do wewnętrznej polityki i problemów poszczególnych krajów.

Przyjęty powyżej podział na dwa obozy państw w Europie nie jest przypadkowym, gdyż można już z pełną odpowiedzialnością mówić o dualizmie politycznym Zachodu i Europy Środkowo-Wschodniej. Za konieczny uważam udział i zaangażowanie Polski w rozwój tej drugiej opcji, przywracając być może w bardziej formalnym stopniu aniżeli w przeszłości Grupę Wyszehradzką, z całą pewnością poszerzoną o współpracę z kolejnymi państwami. Nie oznacza to akceptacji dla polityki gorącej głowy, w kierunku Niemiec i Francji, od których jesteśmy w znacznym stopniu uzależnieni gospodarczo, a wszelkie nierozsądne, mówiąc trywialnie machanie szabelką, może przynieść analogiczne skutki, jak w przypadku rosyjskich restrykcji, których staliśmy się głównym beneficjentem. Niestety obecny rząd podobnie jak poprzednicy, nie zwiastuje uniezależniania się na tym polu. Brak jest spójnej, a zwłaszcza bezkompromisowej wizji, która nadałaby rangi naszemu położeniu na arenie międzynarodowej. Dotyczy to również zagadnienia granic. Błędem jest uleganie szantażowi, że ich zabezpieczenie i wzmożona wewnątrzkrajowa kontrola nagle załamie gospodarkę. Przepływ towarów dalej będzie się odbywał. Bilans strat rynku międzynarodowym byłby zbyt duży, więc mimo gróźb, bojkot przedsiębiorstw o zagranicznym zasięgu nam nie grozi. Jednak, aby wzmocnić własną kartę przetargową w przyszłości rozsądnym będzie działanie w kierunku wzmożenia gospodarczej współpracy na osi północ-południe, a także z Dalekim Wschodem. Również przepływ ludzi pomiędzy państwami europejskimi nie zostanie w większym stopniu zakłócony. Dodać należy, że utożsamianie istnienia strefy Schengen ze stanem Unii Europejskiej jest manipulacją, gdyż układ ten w sporym stopniu jest niezależnym od Brukseli, obejmując również Szwajcarię czy Norwegię. Osobnym zagadnieniem jest granica zewnętrzna Europy, która powinna być poddana pełnej kontroli i określonymi nowym prawem warunkami jej przekroczenia. W tym miejscu swój początek ma szczególnie nas interesując kwestia różnic cywilizacyjnych. Jak wiemy wchodzące ze sobą w interakcje cywilizacje nie niosą integracji, kompromisu, symbiozy itd., lecz prowadzą do konfliktu. Jedna z nich zostaje unicestwiona. Czy Europę łacińską od wielu lat utożsamianą z rozkładem swych fundamentów, stać na podniesienie miecza i rywalizację? Zdecydowanie nie. Urządzenie życia zbiorowego – etyka katolicka, hierarchia społeczna, traktowanie kobiet itp., wśród Europejczyków i wyznawców Islamu diametralnie się różnią. Jak miałoby się więc przestrzeganie prawa w poszczególnych krajach, którego postanowienia nie akceptowane są przez muzułmanów? Co wtedy z domniemaną równością ludzi? Pytania te właściwie nie powinny być zadane w trybie przypuszczającym, w odniesieniu do przyszłości. Stawia się je codziennie w coraz większej ilości miast europejskich. Niestety władze unikają na nie odpowiedzi, nie wspominając o realnych działaniach z nich wynikających. Takie podejście daje polskiemu społeczeństwu przyczynek do zróżnicowanego traktowania poszczególnych krajów i ich mieszkańców. Coraz rzadziej słyszy się głosy o współczuciu i empatii, a dominującym staje się zobojętnienie. – A nie mówiliśmy? Zgadza się, mówiliśmy. Być może ten głos rozsądku był zbyt mało słyszalny, bądź też niektórzy nie chcieli go traktować poważnie. Są to rozważania post factum, więc ewentualną odpowiedź pozostawię czytelnikowi, a być może jej brak będzie bardziej wymownym. Odnotujmy, że takie podejście nie jest wyłącznym i w dobie kryzysu zacieśniają się więzi z narodem węgierskim, czeskim czy słowackim, które dostrzegały niebezpieczeństwo również znacznie wcześniej. Choć w Polsce problem islamizacji był i jest praktycznie niezauważalny, nawet w porównaniu do południowych sąsiadów, to jako społeczeństwo tym razem potrafiliśmy w sporym stopniu przewidzieć skutki obłędnej polityki zachodu w imię multikulturalizmu. Przykrym jest niestety fakt, że głos rozsądku nie przeniknął do partii rządzących, ulegających dyktatowi Berlina i poprawności politycznej.

Powyższe rozważania miały służyć za podporę dla odniesienia się do pozornie błahej kwestii organizacji szeregu manifestacji poruszonej we wspomnianym na początku wpisie. Czy problemy państw Europy Zachodniej są tylko i wyłącznie jej problemami? Przyczyny tych problemów i ich dalsze konsekwencje zbliżają do stwierdzenia, że niestety tak nie jest. Nie jest to równoznaczne jednak, z tym że powinniśmy się bezmyślnie angażować w pomoc i współpracę z Niemcami, Francją czy innymi państwami, nawet z środowiskami opozycyjnymi do demoliberalnych rządów. Wewnętrzny rozkład tych państw, nieunikniony kryzys społeczny i gospodarczy na wiele większą skalę aniżeli dotychczas dopiero przed nami. Dostrzegam tu sporą szansę na awans w hierarchii europejskiej, oparty nie o całkowite przyzwolenie na degrengoladę Zachodu, a głównie o alternatywną wizję geopolityki, o której wspominałem wyżej. Moment statusu quo panującego aktualnie w Europie jest dobrym ku temu czasem. Nie wolno jednak przyzwolić na przekroczenie pewnego pułapu. Pogłębianie kryzysu może przeważyć szalę także naszego bezpieczeństwa, które biorąc pod uwagę działania władz państwowych jest wątpliwej jakości.

Europa jest dziś tykającą bombą i choć Polska wydaje się jeszcze znajdować w bezpieczniej strefie, to niekontrolowany dopływ kolejnych łodzi z Afryki i Bliskiego Wschodu, może doprowadzić do sytuacji, w której nasz kraj zostanie poważnie trafiony odłamkami. Tym boleśniej, że nie posiadamy żadnej realnej ochrony, które mogłaby okazać się skuteczną przed setkami tysięcy imigrantów już znajdującymi się za naszą zachodnią granicą. Przyzwolenie na pogłębianie kryzysu przez Unię Europejską, nawet bez bezpośredniego wpływu na Polskę dzisiaj, znajdzie swoje negatywne reperkusje w przyszłości.

Piotr Puciński

[1] https://www.facebook.com/GownoPrawda40 (26 styczeń o 00:37)

1 KOMENTARZ

Dodaj Komentarz

Wpisz komentarz!
podaj swoje imię